Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Pokój życzeń
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3
Spoglądała na niego ukradkiem, wzrokowi pozwalając uciekać spod lekko zmrużonych powiek, nadających czysto oceniający wyraz tkwiący w spojrzeniu. Mogła dawać się gonić przez jakiś czas, pasmo, w którym sam komizm sytuacji był tak dojmujący, że co rusz wywołujący śmiech Hennessy, który skutecznie przyspieszał niejakie zmęczenie. Jakkolwiek, gdy koszula Carrowa opadła na ziemię, mokry materiał zsunął się z jego ramion, pozwoliła sobie na opuszczenie gardy. Uważnym spojrzeniem znawcy zlustrowała jego osobę od pasa wzwyż, unosząc jedną brew. Przygryzła policzek od środka, w desperackim akcie starając się otrzeźwić. Graysen pozbywa się odzienia, nastolatki mdleją z zachwytu.
Alkohol ponownie uderzył jej do umysłu, dając znać o swojej obecności we wszystkich możliwych miejscach. Poczuła gorąc rozchodzący się powoli po ciele, promieniujący we wszystkich kierunkach, nagłą duszność, która niewątpliwie skłoniłaby ją do poluzowania już i tak luźnego, niedbale zawiązanego krawatu. Gdy odrywała wzrok od sylwetki Krukona, sięgając w kierunku kołnierza, który nagle zaczął być za ciasny, zniewalający to całe uporczywe ciepło w jednym miejscu, Carrow ruszył. Nie był to atak banalny, łatwy do uniknięcia, a skutecznie rozproszona Hennessy nie miała czasu na żadną reakcję — zdołała jedynie otworzyć szeroko oczy i drgnąć, niby w odruchu typowym dla obezwładniającej chęci ucieczki. Jednak na to było już o wiele za późno, ponieważ sekundy zaważyły nad drastyczną zmianą jej ociekającej pewnością siebie pozycji. Ramiona puchowych podusi były doprawdy urzekające.
Machinalnie szarpnęła obezwładnionymi nadgarstkami, chcąc je wyrwać z okowów chwytu Carrowa w geście nie tyle desperackim, co brutalnie typowym. Jej wątpliwy trud spełzł na niczym, pozostawiając Gryfonkę utkwioną w swej ówczesnej beznadziei sytuacji. Bezpardonowo, zupełnie niekrycie zjechała spojrzeniem na usta Krukona i zawiesiła się na tym niepozornym elemencie, w marazmie nie tyle ociekającym perfidną premedytacją, co niekontrolowanym ruchem. Mogła odczytać z ruchu warg sens słów wypowiadanych przez niego, jednak dopiero ich brzmienie rozkazało Hennessy unieść spojrzenie ciemnych tęczówek, skrzyżować je ze wzrokiem wypowiadającego. Weź się w garść, łajzo, to tylko dwa łyki mocnego trunku.
Skoro to wepchnięcie do fontanny skłoniło cię do ściągnięcia koszuli, to nie mam zamiaru przepraszać — odparła po chwili, przekrzywiając lekko głowę, ważąc dokładnie każde słowo. Pozwoliła czarującemu uśmiechowi wstąpić na usta. — Jeśli nie masz zamiaru mnie puścić, to mi zdejmij krawat. Duszno mi.
Palące ogniki muskają jego policzki, istny płomień zdaje się atakować i skażać nieodporne na śmiertelną truciznę półnagie ciało Carrowa. Przed sobą ma młodą kobietę, rozłożoną w pozycji okazującą pełnię bezbronności i... uległości? Szarpnięcie zdaje się go jeszcze bardziej ośmielać, wręcz upewniać w myśli pozostania niewzruszonym na próby ucieczki.
Krzyżują spojrzenia, których znaczenia nie są w stanie odczytać, a przynajmniej nie teraz, gdy powietrze zastyga w atmosferze co najmniej dwuznacznej i nieopisanej.
Nie pozostaje mu nic innego jak uśmiechnąć się nadzwyczaj wesoło na jej słowa, bo choć procenty skutecznie przegoniły gęste mury spowijające niebo nad Carrowem, to i komplement jest w ich relacji czymś rzadko spotykanym oraz wartym docenienia.
- Ależ proszę. Wolę gdy dziewczyny odsłaniają szyje.
Gromadząc w sobie dawkę nieuzasadnionego zaufania, uwalnia jedną z jej dłoni, swą własną sięgając ku zbędnej części dziewczęcego mundurka. Mimowolnie wypuszcza i drugą z uścisku, opuszkami palców nieznacznie trącając po jej liniach papilarnych. Pozostając w niezmiennej pozycji oparcia nad dziewczyną jedną ręką, chwytem szybkim i skutecznym, niedbale odrzuca krawat na bok.
Rozjuszonym, acz wykazującym żywe zainteresowanie swym obiektem obserwacji, wzrokiem, wodzi niespokojnie po twarzy Antygony, za cel dotyku ostatecznie obierając jej podbródek. Chciałby ujrzeć i odkryć więcej, ale bielutki kołnierzyk szkolnej koszuli wyjątkowo mu to zadanie utrudnia. Okazując całkowity brak manier, nie czeka na jej przyzwolenie i zjeżdżając dłonią w dół, rozpoczyna żmudny proces uwalniania biedaczki z rąk duszącej jej odzieży.
Czyni to jednakże powoli, celebrując należycie każdy pojedynczy guziczek. Dochodząc do warstwy, mogącej odsłonić bieliznę, wykorzystuje moment, aby ugiąć rękę jeszcze bardziej, nachylić się i ... złożyć pocałunek na zgięciu jej szyi. Usta przyciska do skóry Antygony, oddycha ciężej i stara się zapanować nad niespokojnym szumem rozchodzącym się w jego uszach i głowie.
Materiał krawatu już dłużej nie pętał szyi Antigone, został odrzucony gdzieś w dal, można rzec — w zapomnienie, jednak nie odjęło to ani o jotę wyraźnego gorąca rozchodzącego się po ciele. Wprost — o ironio — słowa Carrowa podsyciły ten niewiadomy ogień, który zaczynał okrutnie trawić umysł, przebijać się przez najtrwalsze ściany zbudowane z myśli. Uwolniona dłoń nie powędrowała w kierunku szczęki Krukona, zamykając się w pięść, nawet nie została wykorzystana w najbardziej lichym geście obronnym, dążącym ku wyswobodzeniu się. Znalazła się w sytuacji rozkosznie jednoznacznej, leżąc, przyciśnięta do miękkiego materiału poduszek przez pozbawionego części odzienia Carrowa, którego dotyk spoczywał łagodnie na jej podbródku, jednak nawet to nie wzburzało jakiejkolwiek nuty przyzwoitości. Excusez-moi, pierwiastek moralności wyblakł w rodzinie Hennessy parę pokoleń wcześniej.
Zamiast obrania jakiejkolwiek, chociażby pozornej postawy obronnej, skupiła wzrok na tęczówkach Carrowa, których niespokojny, nielinearny tor wiódł przez najrozmaitsze elementy twarzy Hennessy, skutecznie uniemożliwiając jej pochwycenie spojrzenia. Mimowolnie ułożyła dłoń na jego policzku, wskutek paradoksalnej duszności, odbierając wrażenia dotyku ze zdwojoną mocą. Przejechała kciukiem po jego powierzchni, pozwalając ustom ugiąć się w miłym dla oka, nieco filuternym uśmiechu.
Odzienie nie sprzyjało tej sytuacji, toteż w żaden sposób nie protestowała pozbawionym manier czynom Graysena — gdyby nie rozpoczął powolnej, wprost żmudnej wędrówki dłońmi wzdłuż linii guzików, sama zechciałaby uwolnić się od potęgującego duszność materiału, wszak wyłącznie o duszność chodziło. Zamarła na ułamek sekundy, gdy liczba uwolnionych guzików urosła na tyle, że ich granica zbliżyła się do krawędzi bielizny, jednak pocałunek złożony w zgięciu jej szyi momentalnie doprowadził do lekkiego westchnięcia, które opuściło usta Hennessy.
Dłonie, które oparła na ramionach Carrowa machinalnie zsunęła na włosy, aby wpleść w nie palce, odciągnąć jego usta od wcześniejszego miejsca ich przylegania i przyciągnąć do własnych warg. Pozwoliła mu zawisnąć w tej pozycji, dzieląc ich twarze milimetrami, umożliwiając jedynie subtelne muśnięcie ustami. Niewątpliwie czekając na jego ruch, gdy krzyżowała z nim spojrzenia.
Odwzajemniony dotyk mąci mu w już dostatecznie mętnej świadomości, zapala w nim żar, którego nasycenie nie ustępuje, natężenie wzmaga się z każdą następującą sekundą bliskości. Żywa istota, która nie jest ruchomą fotografią odzianą w wątpliwej przyzwoitości odzienie, żywa istota, tuż pod nim, ułożona na znienawidzonych dotąd mięciutkich podusiach i kocykach, których przeznaczenia dotąd nie pojmował. Więc to wszystko było już ukartowane wcześniej? Przez kogo? Pokój? Nich samych?
Muśnięcie go nie zadowala, zatem nie demonstrując ani cienia zawahania, przyciska usta, rozchylając wargi dziewczyny nieśmiałym skubnięciem języka, którego jednakże póki co nie wprawia w szersze zastosowanie. Jeśli nie życzyłaby sobie przeprowadzenia rzeczywistego, pełnego pocałunku, to czy jej ręka zmieniałaby umyślnie obiektu jego żywego zainteresowania?
Nie spieszy się, nie porywa się całkowicie instynktowi nabuzowanego nastolatka (choć emocje najróżniejszego kalibru zaczynają o sobie dawać znać), wydaje się za to w pełni smakować świeżego, delikatnego muśnięcia składanego na jej wargach. Hej, nie ma do czynienia z żylastym i pająkowatym kumplem, a kobietą z krwi i kości, kobietą, która z niewiadomych przyczyn pozwalała mu na składanie nań buziaczków i na odpinanie guziczków, co już w oczach wielu panien równych im wiekiem, może uchodzić za zachowanie niegodne i niemoralne.
Wolną dłonią błądzi po jeszcze nieodkrytych ramionach, przemyka w okolicę talii i biodra, ale ostatecznie nie odnajdując kontaktu z miękką, aksamitną skórą, wędruje z powrotem aż do policzka Gryfonki, który gładzi spokojnymi ruchami.
Jej warg nie traktuje już jak materiału kruchego niczym skrzydła motyla, pocałunek pogłębia i oddając w jej usta swe lekkie westchnienie, ponownie sięga ręką w stronę guzików białej koszuli, w duchu przeżywając litanię do Boga miłosiernego (w którego właściwie nie wierzy) aby tylko pozwoliła mu na więcej, ewentualnie w zaabsorbowaniu dotykiem włosów chłopaka, nie zauważyła jego podstępnych ruchów. Cóż, on już na sobie niczego nie ma, nie byłoby więc sprawiedliwe, gdyby i sama Antygona zachowała górną warstwę odzienia.
Granice już dawno zostały zatarte, przyjęły formę raptem słowa, które zginęło w odmętach myśli obojga. W jakiej pozycji wszak byli? Hennessy leżała bezwładnie w koszuli rozpiętej do połowy, skutecznie unieruchomiona przez pozbawionego górnego odzienia Carrowa, w sytuacji nie tyle dwuznacznej, co doskonale klarownej, jasnej do odczytania. Koszula, której pozbywanie się szło wyjątkowo opornie, jednak uchylona na tyle, że ukazująca dekolt Gryfonki, w żaden sposób nie odejmowała uporczywego gorąca rozchodzącego się po ciele. Sama Antigone straciła poczucie przyczyny, alkohol niewątpliwie potęgował to oczywiste uczucie duszności, jednak miano głównego czynnika zaskarbiła sobie sama egzystencja Carrowa. Egzystencja, która została umoszczona na niej, wobec czego — o zgrozo — nie posiadała żadnych obiekcji.
W geście zupełnie obcym sztywnym damom nieodzownie goszczącym w świecie czarodziejskim, była gotowa w akcie okrutnej pokusy złączyć ich usta z własnej inicjatywy, jednak w tej materii nie została zawiedziona. Zjechała powoli dłonią, ówcześnie wplecioną we włosy Krukona, ku nasadzie jego karku, smyrając go lekko. Subtelne muśnięcie wargami, kontemplacja tej chwili zdawała się zupełnie nie satysfakcjonować Gryfonki. Gdzie zgubiłaś maniery, Hennessy — ów szept odbił się jedynie głuchym echem w umyśle, nie pozostawiając po sobie nawet gorzkiego posmaku, kompletnie niknąc w odmęcie emocji wagi wyższej. Zgodnie z tą ignorancją wobec przyzwoitości, oplotła Carrowa nogami w pasie, wszak swoją moralność zgubiła wraz z tą okrutną słabością wobec Krukona.
Pogłębiwszy pocałunek, który niewątpliwie przyjął miano czystej namiętności, zjechała dłonią z wcześniejszego miejsca, które obdarzała lekkim dotykiem. Sunęła nią wzdłuż pleców Graysena, na tyle daleko, na ile długość kończyny jej pozwoliła, badając powierzchnię skóry, każdy mięsień budujący je. Z wyjątkowym, wprost nietypowym dla siebie skupieniem przejechała paznokciami po ich powierzchni, w geście na tyle subtelnym, że nie pozostawiającym po sobie śladu. Czując dłoń Carrowa zbliżającą się ponownie do materiału śnieżnobiałej koszuli, nie wykazała nawet cienia zawahania, który ze zwykłej, przyziemnej pozycji winien pojawić się w umyśle. Cała sytuacja, wprost szydząca jaskrawość barw, którymi mieniły się poduszki, dojmująca świadomość, iż to wszystko zostało odgórnie postanowione, miało się stać uśpiły jakiekolwiek refleksje nad postępowaniem. Dobierz się do tych guzików, bo jestem w stanie uczynić to samodzielnie, ale nie chcę wyjść na desperatkę.
Racja. Ostatni ślad czy filigranowy okruch przyzwoitości już dawno został stłamszony dzięki potędze nieposkromionej namiętności, która skrywać musiała się już w nich od dawien dawna. Splecione nogi w pasie budzą w nim uśpione i nieodkryte dotąd żądzę, emocje o których strzępkach mógł co najwyżej pomarzyć, a teraz stawały się częścią osnutej oniryzmem rzeczywistości.
Powietrze zdaje się uginać od przesyconej weń ciężkości, a wkrótce zaś i własny oddech Carrowa zaczyna podzielać jego uciążliwy los. Czuje jej dotyk, rękę sunącą po wierzchni lepkiej skóry, co przy wartkiej próbie rozeznania pragnienia dziewczyny, popycha go ku ostateczności i zwieńczeniu swego dzieła - pozbyciu się dolnej partii guzików jej koszuli.
Zanim odważy się podzielić się z nią swą perwersyjną stroną typowego młodzika i tym samym zerknąć na dopiero odkrytą skórę, zjeżdża dłonią w odsłonięte rejony, opuszkami palców badając wnikliwie strukturę gładkiego, kobiecego ciała.
Przerwawszy pocałunek, odrywa się spokojnie od jej ciała, jedną wolną ręką muskając udo Antygony, tak aby tymczasowo uwolniła go ze splecionego uścisku.
- Potrzebujesz tego? - pyta, gładząc rękaw zbędnej w jego mniemaniu koszuli -... i tego? - ostrożnie, wręcz nieśmiało trąca materiał bielizny, cholernego surrealistycznego obrazu, który jak dotąd objawiał się w jego życiu jedynie w nędznych świerszczykach podrzucanych mu przez równie niewyżytych kolegów. Ale Hennessy jest cudacznie realna i materialna, nie mogłaby być zjawą ani widmem, prawda?
Procenty przeklętego trunku na dobre zaczynają płynąć w kruczych żyłach Carrowa, co mogłoby objawiać się niczym innym jak nadmierną bezczelnością i odwagą, jakiej w normalnych warunkach nie byłby w stanie zaprezentować. Z tego też powodu nie obawia się napadu pięści w kontakcie z jego nosem, ani też potężnego i porywczego plaskacza ze strony Gryfonki. Nie czekając na jej odpowiedź, delikatnie rozwiera jej kolana i ponownie sytuuje się tuż nad nią. Podwinięta spódniczka i ciasno napierające na siebie dolne części ich garderoby sprawiają, że Graysen powoli zaczyna tracić spokój oraz dotychczas towarzyszące mu opanowanie. Całuje ją mocniej, dłonią wędrując po odkrytym, niezmiernie kuszącym go biustonoszu.
O ironio, w umyśle Hennessy zabłysła pod przymiotem odkrywczej myśl, że pokój miał ich w swoim posiadaniu, określił z góry przebieg wydarzeń, które właśnie rozgrywały się na scenie. Wysunięcie wniosku równie błyskotliwego w swej prostocie zajęło jej kilka chwil, podczas których jakiekolwiek wątłe nici myśli, przeplatały się z zaabsorbowaniem fizjonomią Carrowa. Jakakolwiek licha próba segregacji myśli, poddania własnych poczynań dogłębnej, a nawet tej powierzchownej ocenie kończyła się rozbiciem na drobne kawałki, powróceniem do standardowej zasadności chaosu. Irracjonalizm sytuacji przerastał ją wielokrotnie, siejąc spustoszenie w umyśle, pozostawiając ją przed pustą, białą kartką, na której zapisywał się jedynie dojmujący gorąc rozlewający się po ciele. Nie istniał racjonalizm myśli, każda chwila była porywcza w swej leniwej naturze, dotknięta tą uciążliwą namiętnością.
Dotyk nie podlegał znudzeniu. Całkowite rozpięcie koszuli dostrzegła dopiero, gdy poczuła dłoń muskającą świeżo odsłonięte rejony. Deprawacja ochłapów panieńskiej godności brnęła dzielnie naprzód, wraz z każdym, najdrobniejszym dotknięciem młodej skóry, skwitowanym gęsią skórką kwitnącą na brzuchu Hennessy. Było jej gorąco, czuła łagodnie obejmujące ją ciepło bijące z ciała Carrowa, potęgujące to kuriozalne wrażenie temperatury, wcześniej podsycone przez alkoholową ciecz. Nie zadawała sobie zbędnych pytań, całą uwagę przelewała na ten cały surrealizm sytuacji — materialną, lecz nierzeczywistą sylwetkę Krukona, którego dłonie miały okazję błądzić po jej ciele nie zastając najdrobniejszego sprzeciwu.
Zsunęła dłoń na jego klatkę piersiową, badając w swej wędrówce mięśnie lekko rysujące się pod powierzchnią skóry. Przerwany pocałunek pozostawił ją z nieokreśloną pustką, subtelnie szarpiącym pragnieniem, które kierowało wzrok ponownie w kierunku warg Carrowa. Pozwoliła jednak wstąpić na usta wyzywającemu uśmiechowi, któremu towarzyszyło lekkie zmrużenie oczu, aby po chwili unieść się na chwilę i pozbawić zbędnej w obustronnym mniemaniu koszuli.
Nie potrzebuję — odparła po chwili, jednak treść zawarła w sobie pewne opóźnienie, wszak śnieżnobiały materiał nie okrywał już jej ramion. — Nie musisz pytać — dodała półgłosem, po wątłym momencie zawahania, wszak jej słowa przybrały brzmienie wyjątkowo wieloznaczne. Typowe dla niej samej kurwiki goszczące w tęczówkach rozpaliły swój ogień na dobre, dając znać o tym dojmującym, młodzieńczym pożądaniu, które rozgościło się w Hennessy, odbierając ostatnie okruchy spokoju tlącego się w głębi rozsądku.
Nim Carrow ponownie rozsunął jej kolana, sięgnęła ku zapięciu biustonosza, bez zbędnego siłowania się rozpinając je. Opadła ponownie w ramiona miękkich podusi i barwnych kocyków, nie pozbywając się jednak do końca górnej partii bielizny, pozwalając ramiączkom zsunąć się gładko z ówczesnego miejsca przylegania. Namiętność płynąca z kolejnego zetknięcia ich ust skłoniła Hennessy do raptownego pogłębienia pocałunku skwitowanego przygryzieniem krukońskiej wargi.
Nie musi pytać.
Antigone nie przerywa ani na moment, zapada jeszcze głębiej w odmętach półświadomości, kalejdoskopu obrazów niemożliwych, pozbawionych myśli racjonalnej, tej którą właśnie traci bezpowrotnie i ostatecznie.
Przyciska ją do siebie mocniej, napiera powoli ciążącym na jego rozdygotanych z ekscytacji kończynach, materiałem, dłoń, jeszcze nieśmiało, prześlizga się po uwolnionej z górnej bielizny skórze dziewczyny. Gdyby nie śladowe, acz intensywnie z krwią złączone, procenty alkoholu, zapewne wpadłby już w stan agonalnej paniki, bo jak na bardzo pewnego siebie by nie pozował, tak nie ma szczerego pojęcia co robi. Co powinien zrobić, ani jak. O ile we własnych fantazjach to on zawsze prowokował całe wydarzenie, dominował nad swą zdobyczą, to w starciu z onieśmielającą rzeczywistością pozbawioną choćby krztyny prawdziwego doświadczenia, liczy na prowadzenie jego ręki przez dziewczynę. Albo słowa, komentarz jakikolwiek, który naprowadziłby go na właściwą drogę, bo jak na rozpuszczonego panicza, Carrow znajduje w sobie zaskakujące pokłady pokory i niepewności w tejże sytuacji.
Myśli jednakże szybko ulatniają się z umysłu zaatakowanego przez młodzieńcze pragnienia, usta chłopaka odrywają się od słodkich ust dziewczęcia i swą nową wędrówkę rozpoczynają w miejscu dzisiejszego wieczora już odkrytym, jej szyi. Pamięta westchnienie jakim go obdarzyła, gdy tylko zainteresował się tym rejonem, wie również, że podobna reakcja dziwnie go rozjuszyła i zmotywowała do dalszych działań. Ach, powinien był zacząć myśleć o dobrych manierach i przyzwoitszych ruchach, ale te myśli już od dawna nie koczują w jego głowie.
Przysysa się na dłużej do fragmentu jej skóry, tak jak koledzy instruowali, jednakże w napięciu i rosnącej ekscytacji sytuacji, przerzuca się na niższe partie jej ciała. Mało w tym wszystkim wyważenia czy ustanowionego celu - zdaje się badać, odkrywać i... cieszyć się chwilą, dostępnością atrakcyjnej panny, która właśnie eksponowała przed nim swe wdzięki.
Napięcie nie daje mu spokoju i nie jest w stanie ignorować swego męskiego problemu (a o świadomości kobiecej żądzy jeszcze nie wiele ma do powiedzenia), co za tym idzie, bezczelnie podwija jej spódniczkę aż do samego końca.
Odrywa głowę od jej klatki piersiowej i nieprzytomnym, zamglonym spojrzeniem, w którym tańczą tysiące rozbawionych, tryskających żywym ogniem, iskierki, spogląda w jej równie rozgorączkowane spojrzenie. Tak jakby pytał jak się ma, co u niej, hej, co u diaska mam teraz zrobić?
Wraz z przyspieszonym oddechem, tętnem mknącym z nadnaturalną prędkością przyspieszoną przez rękę ekscytacji związaną z nieznanym dotąd dotykiem, w umyśle Hennessy myśli rozlały się gwałtowanie niczym mleko, nie pozwalając wydobyć zeń żadnej spójnej układanki. Już dawno porzuciła liche przejęcie własną przyzwoitością, wszak pozbycie się górnej partii odzienia nie sprzyjało tak abstrakcyjnym odczuciom. Chociaż już dawno powinna się zatrzymać, brnęła w nieznane, nie widząc w tym ani grama grzechu, który dostrzegłaby każda przyzwoita panna. Cały umysł i nieodzownie związany z nim rozsądek przyćmiła ta jedna chwila, która przyjęła monstrualną wagę, namiętność, którą okazała wobec Carrowa była niemożliwa do cofnięcia, a dłonie Krukona uświadamiały ją w przekonaniu, że cofać jej nie chce.
W swojej ówczesnej niewinności, wówczas okrutnie tłamszonej i deptanej, wszystko czyniła machinalnie, nie znała odpowiedniego dotyku, a młodość nie ukazała jej jeszcze, jak powinno to zbliżenie wyglądać. Instynktownie ułożyła dłoń na krukońskiej, która w nieśmiałym geście błądziła po pozbawionej bielizny skórze, kierując ją odpowiednio, nadając właściwy tor — jej samej obcy, jednak uchodzący za ten odpowiedni. Przesunęła kciukiem po wierzchni jego dłoni, aby po chwili własną ponownie usytuować na jego ramieniu. Rozbiegane myśli ponownie rozpadły się na kawałki, nie pozwalając się posegregować w odpowiednim szyku, gdy usta Carrowa zsunęły się na jej szyję. Ten gest, którego miała okazję zasmakować już po raz drugi tego wieczoru, uwolnił z ust Hennessy subtelne westchnięcie, ulatujące z nich mimowolnie, które pogłębiło się wraz z wargami przyssanymi do skóry.
Nie oponowała przeciwko podwinięciu lekkiego materiału spódniczki, nie wyraziła także żadnego sprzeciwu wobec ust błądzących nielinearnie po powierzchni skóry. Wplotła dłoń w jego włosy, pozwalając sobie na subtelne nakierowywanie go ku ponownej niewiadomej właściwości ruchu. Złapała jego rozgorączkowane spojrzenie, dostrzegła tlące się iskry w ciemnych odmętach tęczówek, szukając odpowiedniego doboru słów. Wyzwanie jednak przerosło ją, bo obdarzyła go jedynie tym typowym, figlarnym uśmiechem błądzącym w kącikach ust, nim jakiekolwiek słowa popłynęły strumieniem.
Chcę, żebyś mnie posiadał, Carrow — odparła miękko po chwili na jego pytający wzrok, dłonią sunąc w dół jego klatki piersiowej, aby paznokciem zahaczyć o krawędź materiału spodni.
Przechwytuje ten jej figlarny uśmieszek, znak firmowy bałamutnej Gryfonki, która teraz jawi się Graysenowi niczym postać z najbardziej kusicielskich okładek pism dla rzekomo dorosłych mężczyzn. Tylko, że te nie plują werbalną kokieterią, zwodzą, wabią tylko przez chwilę, aby w całej swej posągowej dostępności, rozpłynąć się wraz z zamknięciem ostatniej strony. Dziewczę wydaje się nie mieć pojęcia, jak krytyczne w swym działaniu okazuje się być wydźwięk jej treści. Posiadał? O Panie. Dotąd nie sądził, iż czyjeś słowa mogłyby uchodzić za pieszczotę pobudzającą równie silnie co fizyczne lubieżności. Musi przystopować, odetchnąć głębiej i zapanować nad szalejącą reakcją swych męskich porywów.
Wszystko co ma miejsce dalej jest niczym sen na jawie, ten wywołany przy ledwie przymkniętych powiekach, pół świadomie, z obrazem odbijającym się martwo od nieobecnych, przymglonych spojrzeń. Carrow już nie czuje się sobą, część jego własnego ja rozmyła się przegnana przez uśpione dotąd tęsknoty i pragnienia.
Wraz z ubywającymi częściami garderoby, oboje coraz bardziej zapadają się w otchłań mięciutkich, tulących swą delikatnością podusi, które dzisiaj postanawiają przyczynić się do popełniania zbrodni nieprzyzwoitości w murach komnaty życzeń.
Wciąż nie wie co robi i jak cokolwiek się dzieje, powoli dochodzi do wniosków akcji reakcji, lecz wciąż wiele pytań pozostaje dla niego bez odpowiedzi. Błądzi dłońmi po jej ciele, nie spiesząc się wcale, ni to z obowiązku, ni to z własnej uciechy. Ogromu nowych doznań nie byłby w stanie ogarnąć w całym swym niedoświadczeniu i płytkim przeświadczeniu o dawno straconej niewinności, która dopiero teraz istotnie przekracza swe granice. Ostatnimi okruchami sił, niemrawo, wyłącznie z powodów ściśle związanych ze swym śmiesznym sumieniem i pseudo godnością prawdziwego mężczyzny, pyta o przyzwolenie na dokonanie ostatecznego aktu. Już jako para całkowicie ze sobą połączona, Graysen wydaje się widzieć dziewczynę jako nic więcej aniżeli cielesną fatamorganę, widmo przecudacznego, acz... słodkiego, pachnącego łąką i pedalskimi kwiatkami snu. Przyjemnie, cholera, wręcz za przyjemnie. Zamiera już na samym początku, nie będąc pewnym czy aby cudowny koniec już się aby nie zbliżał wielkimi krokami, choć sama wizja tak druzgocącej, sekundowej porażki zaczęła przerażać go dogłębnie. Zerknąwszy na jej oblicze, krzyżując raptowne spojrzenia, składa lekki, kruchy pocałunek na ustach dziewczyny, którą właśnie...posiadał?
Słowa, które niedawno opuściły jej usta, powoli rozpływając się w przestrzeni, w umyśle nie dźwięczały perwersją, którą w stosunku do niemoralnego wydźwięku czynów się cechowały. Dopiero gdy uleciały przebijając gęstą, skoncentrowaną ciszę, przyjęły swoją prawdziwą, figlarną formę, prowokując w sposób nienachalny, dotarły do niej swoim brzmieniem. Tak oczywista gra, choć prowadzona z młodzieńczą niewinnością, najpewniej zszokowałaby niejedną pannę w jej wieku, wobec której sam męski dotyk wspiąłby się w swoim geście na wyżyny braku nieprzyzwoitości. A pozwalanie na tak bezwstydne traktowanie! Ha, grzech piastujący miejsce w jednym z kręgów piekła. Jednak Hennessy, ogarnięta dziwną, nieznaną do tej pory żądzą, nie usiłowała nawet okiełznać myśli śpiesznie przebiegających przez umysł, nie próbowała pozbyć się egzystencji Carrowa umoszczonej tuż nad nią. Chciała tego pozbawionego krztyny moralności dotyku i — o ironio — w swym braku wysublimowania nie zamierzała go odtrącać z niemających miejsca pod czarną czupryną pobudek pseudomoralnych.
Czas przeciekał między palcami, a chwile, które na tarczy zegara mieniły się jako nieuchwytne sekundy, rosły do miary trwania w tym irracjonalnym pożądaniu przez patetyczną wieczność. Co jakiś czas spoglądała w ciemne tęczówki, krzyżujące z nią badawcze, nieco zagubione w nieznanej sytuacji spojrzenia, chwytała tlące się w nich iskry przez mgłę, która ogarniała całą rzeczywistość, czyniąc ją raptem nierealnym mirażem. Ubywające części garderoby, które stały się raptem zbytecznymi skrawkami materiału znikały sukcesywnie, miarowo, bez zbędnego w tak obcym momencie pośpiechu. Jej niewinność zaczęła upadać u lichych podwalin, przemieniać się w mogiłę, z każdą sekundą przymierać coraz bardziej w miarę dłoni błądzących po ciele Carrowa, zatrzymujących się w miękkich włosach, wplatając weń bezwiednie, a także na karku i klatce piersiowej — mknęły spontanicznym torem, pod subtelnym wpływem chwili.
I we właściwym momencie, przy obcowaniu samym w sobie, bezpowrotnemu umknięciu ścieżką, z której nie ma przestrzeni do cofnięcia się, nie zawahała się, pchnięta przez tę błogosławioną lekkomyślność młodości. Drgnąwszy pod nieznanym dotykiem, zarzuciła Krukonowi ręce na szyję, przytulając go, w geście niepewnym, kierowanym przez samą potrzebę tej niewiadomej bliskości. Oddechowi nieco przyspieszonemu, dotkniętemu tym paradoksalnym rozgorączkowaniem, pozwoliła spokojnie omiatać szyję Carrowa, w drażniący sposób dotykać ją swym gorącem.
Pocałunek, który musnął jej wargi był kruchy, niemalże powolny, pozwalał jej zatrzymać się w tym dziwnym niebycie, w przestrzeni między słowami. Odwzajemniła go, gdy tylko odnalazła w sobie odpowiedni rezon, gładząc leniwie plecy Carrowa.
Gra intuicji. Czym innym można by nazwać akt pozorowany przez dwójkę jeszcze przed chwilą niewinnych, niedoświadczonych młodych dusz, które po raz pierwszy oddają się tym zakazanym, niedostępnym dotychczas doznaniom i ekspresjom? Wciąż jednakże wiele w ich dotykach, reakcjach, delikatności, subtelnych powiewów i przeplatanych fal to namiętności, to powracającej na nowo zachowawczości oraz wstrzemięźliwości.
Spragnione, acz nieśmiałe pocałunki, gorliwe, choć podszyte niepewnością muśnięcia, czy wciąż nieskładne, pozbawione rytmu ruchy ciała. Jego umysł zdaje się nie dopuszczać do siebie żadnych myśli rozsądku, czystą intuicją dyktując scenariusz każdej pojedynczej sekundy. Trwają zawieszeni w cudacznej, surrealistycznej próżni, która niczym potężna bańka mydlana, odcina ich od reszty świata.
Jakkolwiek nie próbowałby się wzbraniać przed normalnymi procesami młodzieńca jego wieku, tak dosłowna presja dosyć szybko pozbawia go siły. Carrow wydając z siebie ostatnie westchnienie, ponownie zamiera i przytrzymuje mocno swą nowo zdobytą kobietę, opadając nieznacznie i głowę opierając w zagięciu jej szyi. Ciężkim, miarowym oddechem oplata jej ciało, dłonią zaś chwyta przeklęty kocyczek i unosi się na łokciach. Nie zerka na Antygonę, oprzytomniony wzrok kierując na stertę podusi chaotycznie porozrzucanych wokół ich siedliska.
- Zapaliłbym - stwierdza bezdusznie, odwracając głowę w kierunku Gryfonki i po raz pierwszy przełamując zawstydzenie, zerka na dziewczynę. Oboje są nadzy, choć myśl ta jakoś nieszczególnie zdaje się zajmować Carrowa. Patrzy na jej ciało, dając po sobie poznać nieukrywane zaciekawienie i fascynację.
- Hennessy, co teraz?
Wyciągniętym kciukiem muska subtelnie jej kolano, czuje wahanie i niepewność wysoko nasycone w powietrzu jeszcze nie pozbawionym oparów ich młodzieńczego uniesienia.
Łagodnie oplatał ją ten szalony surrealizm sytuacji, w której nie odnajdywała pierwiastka własnej tożsamości. Nieregularne linie rzeczywistości, zupełnie nowe, żywotne kolory, przebijające się przez ciemne kotary myśli, otrzeźwiały ją w tym cudacznym medium, w którym była zupełnie obca, jednak porzucając swą dotychczasową niewinność, opiewając przyzwoitość ostatnim tchnieniem przeszłości, przestała czuć się jak gość daleki od własnego miejsca przylegania. Dotyk łagodnie przylegający do ciała Krukona, nieznana dotychczas ekspresja, całe nietrzeźwe szaleństwo sytuacji omiatały ją powoli, przebijając kolejne bariery świadomości. Błądziła dłońmi po jego plecach, racząc swe linie papilarne samym w sobie poczuciem istnienia, realizmu sytuacji, której dotychczasowo nie wpuściłaby nawet do własnej niematerialnej sfery myśli. Nowa rzeczywistość, kształtowana raptownie, niemalże gwałtownie, acz w samym obcowaniu doskonale nieporadna, przemieniała każdy cal w coś znaczącego, czyniąc z nich istoty oddychające jedynie własną obecnością, ulotną chwilą.
Ostatni oddech oddany sytuacji, gęste, gorące powietrze uchodzące z ust Carrowa, leniwie ją obejmujące, finał sam w sobie zwieńczyły przyspieszony oddech Hennessy, który powoli powracał do swej naturalnej częstotliwości. Zsunęła dłonie na jego ramiona, zatrzymując się na nich machinalnie, gdy tylko ten podniósł się na łokciach, sięgając po barwny materiał koca. Zmarszczyła brwi — nieznacznie, aczkolwiek dostrzegalnie — w skupieniu weryfikując twarz Krukona, powróciwszy doń spojrzeniem, którym on wciąż jej nie uraczył. Ulotnymi sekundami studiowała go, nie chcąc się wpatrywać z uporem nachalności, jednak nie mogąc odpocząć od tego kuriozum. Obce, pełne emocji uczucia rozlały się w niej niczym szklanka mleka, gwałtownie wrzucając ją na płaszczyznę nową, niezbadaną. Spoglądała na niego z ciekawością wyglądającą z tęczówek, doznając tego nieznośnego poczucia zatracania się. Zatracania w banale, w rysach twarzy, oswajając emocje zupełnie obce.
Jesteś bucem, Carrow — odparowała po chwili na jego bezduszne stwierdzenie, jednak zachowując tę beznadziejną miękkość głosu, zdradzającą wszystkie szarżujące w niej nieodkryte uczucia. Na jej usta szybko wpłynął uśmiech, który po chwili rozszerzył wargi w swym bałamutnym wyrazie, którego nijak nie potrafiła zmyć ze standardowego miejsca bytu. Ułożyła dłonie na jego policzkach, przesuwając kciukami po skórze, badając jej fakturę. Szczupłe palce lekko przylgnęły do jego rysów, spojrzenie zaś, spoczywające na chłopięcych ustach, momentalnie zgubiło tor.
Hennessy, co teraz? zmroziło jej krew w żyłach samym swoim brzmieniem. Gęsta atmosfera, przesycona świeżością doznań, skażona wszystkimi emocjami, które z nieludzką gwałtownością wybuchły między nimi, momentalnie poddusiła myśli Gryfonki, które nagle stały się okrutnie nieskładne. Uśmiech powoli zstąpił z jej ust, odchodząc w łaski niebytu, gdy ta szukała odpowiedzi, której nie posiadała. Wszystkie słowa grzęzły w ustach, nie ulatując z nich w standardowej bezpośredniości, konały w swojej naturze, rozbijane o wewnętrzną blokadę, którą w sobie odnalazła.
Co teraz? Ja... — zamilkła, szukając odpowiedniego konceptu po raz kolejny, wahając się, zamierając, porzucając wszelkie przemyślenia — ...nie wiem — odparła po chwili, wypuszczając powoli powietrze grzęznące w płucach. Chciała się schować, jednak z nietypowym szokiem zorientowała się, że obnażona pod jego wzrokiem jedyną drogę ucieczki posiadała ku własnemu wnętrzu. Zakłopotanie, które w niej urosło, było wprost namacalne. — Chcę twojej obecności przy mnie, ale nie wiem......czy ty chcesz mojej. Uciekła wzrokiem, licząc, że zniknie.
Uśmiech, którego nie spodziewa się na jej twarzy, dosyć szybko wybija mu z głowy myśli mroczne i niepokojące. Dziwi go brak pretensji w jej głosie, tonu oburzenia i wzburzenia. To na nich, na barkach mężczyzn spoczywać ma jarzmo, brzemię natury typowego samca, którego jedynym życiowym celem jest zdobywać i zapładniać słabsze, podatne, ulegające kobiecym instynktom istoty. Antygona zdaje się go nie winić; ręką wodząc po twarzy kamiennego, zastygłego Carrowa.
- Hm. Nigdy nie twierdziłem, że nie jestem - odpowiada lekko, dłoń swą wycofując z terenów jeszcze przed godzinami zakazanymi. Niegdyś nieśmiałe, anemiczne spojrzenie przybiera wnikliwej, poważnej nuty, choć usta, wciąż rozedrgane i niespokojne, zdają się przekazywać wiadomość o zgoła innym umaszczeniu.
Carrow nie jest szermierzem słów ani panem wyrazu werbalnego, a i nawet najczystsze, najbardziej pierwotne emocje drugiej osoby zdają się go przytłaczać, konfundować w swych wieloznacznych elementach oraz nieskończonych interpretacjach. Zapytał szczerze i prawdziwie o pobożne życzenia, wolę dziewczęcia i tego jak bardzo nastoletnie serce oraz namiętności miały utorować jej pragnienia, marzenia dotąd Graysenowi nieznane. Poprzez absurd całej sytuacji, coś czego cofnąć się nie dało, spłynął na niego niewidzialny balast odpowiedzialności, przygniatającej uciążliwości. Świadomości, iż od tego momentu coś go z drugą istotą połączyło, a wspólna tajemnica i ekstremum ich teraźniejszości miało przywdziać szatę szarej codzienności.
-Chcesz...mojej obecności? -zbliża się i nachyliwszy się powoli, wysuniętymi palcami unosi jej podbródek - Nie wiesz? Jak mogę ci coś zapewnić, jeśli sama nie jesteś pewna czego oczekujesz?
Jego głos łagodnieje, spojrzenie mięknie niczym powiew lekkiego wiatru w letnie popołudnie, ręka zaś mimowolnie gładzi ją po odkrytym, mlecznym ramieniu Antygony. Improwizuje. Nie ma pojęcia co czynić, a myśli o natychmiastowej ucieczce z trudem przegania. Ale jeśli stanowczą odpowiedź od dziewczyny otrzyma, to...czy to będzie posiadało jakikolwiek sens, iż wtedy i pozna swoją własną?
Dotychczasowe obce rysy jego twarzy, których nielinearny tor mogła podziwiać, to, jak gładko układały się w zwartą kompozycję, której tak dogłębnie nie mogła docenić. Ilekroć skupiała myśli na samym materialnym kuriozum sytuacji, jego ciepłym oddechu omiatającym ją spokojnie, kojąco, przez zasłonę myśli przedzierały się mroczne nici świadomości — tego, że zupełnie nie wiedziała, jak ofensywną postawę powinna przyjąć wobec nieznanej fali emocji; tego, że proza codzienności mogła okazać się zbyt ciężka dla ich młodzieńczych dusz, pchniętych lekkomyślną dłonią swawoli. Subtelny wicher namysłu przemykał przez niezamieszkane myśli, niosąc na sobie liczne formuły — kantyczki, przekleństwa, krzepiące refreny. Trzeźwość, która przeganiała skłębione, ciemne chmury lekkiego upojenia alkoholowego, które gorącem rozlewało się we wnętrzu, podsycało wszystkie abstrakcyjne doznania, przez których połacie przedzierała się uparcie. Będąc osobą nieświadomą, targaną przez uczucia najróżniejszego kalibru zrodzone z absurdu życia, krzywdzących zdarzeń marszu, które zrodziły w niej potrzebę bliskości, nie rozumiała swojego położenia. Momentalnie targnęła nią panika, której parszywe oblicze odbiło się w tęczówkach.
Nieprzygotowana do wyznań w swej lichej postaci tak trudnych, błądziła spojrzeniem, umykając przez ciężkim wzrokiem Carrowa ciążącym na niej w swym poważnym wyrazie. Umykała, nie mogąc się zdobyć na żadne słowa, które powinny dopasować się do sytuacji przerażającej, pełnej nieznanych emocji. Pąs, będący owocem procentów nieustannie rozgrzewających organizm i istnego chaosu myśli buzujących pod osłoną czaszki, dotknął czerwoną barwą jej policzków, muskając je łagodnie. Zwinnie przywiązała się do egzystencji Krukona, wobec której gorejących uczuć nie była w stanie poddać klasyfikacji, jednak zaczęła je — pod wpływem dynamiki sytuacji — postrzegać jako konieczność. Nie przeszkadza mi to, jak tragicznym bucem jesteś, jak bardzo mam ochotę cię zbić, po prostu zostań.
Nie wiem, czy ty mnie chcesz — odparła nerwowo, nieco rozproszona, wciąż nie mogąc skupić wzroku na Krukonie. Pozbywała się z siebie słów abstrakcyjnych, które miały nigdy nie zabrzmieć jej głosem, a jednak wypełniły przestrzeń dźwiękiem, brzmiąc dla niej samej obco, absurdalnie, nie na miejscu. — Och, pierdol się. Po prostu ze mną bądź. — Wbiła w niego spojrzenie uporczywe, zabłąkane, odnajdujące się dopiero w odmętach brązu goszczącego w jego tęczówkach.
Odnalazła w sobie nagłe pokłady bezpośredności, tak typowej dla niej samej, jednak nieobecnej w momentach ostatniego czasu. Bliskość, która ponownie zniwelowała dystans między nimi, zwiększona przez Carrowa, odebrała jej ponownie tchnienie. Złożyła na jego wargach pocałunek krótki, miękki, niemalże ulotny, o smaku abstrakcji.

***

Gdy podnosiła się, zawodowo zbywała ignorancją własne rozedrganie emocjonalne, burzę przechodzącą przez umysł. Zawiesiła wzrok na podręcznikach, które zatrzymały się w swojej statycznej pozycji, ułożone w pedantyczny stos, niezachwiane. Wszystko, absolutnie każdy element otaczającej rzeczywistości i ich materialnych powłok został zwrócony odgórnemu porządkowi, dyktowanemu przez uniwersum. Wszystko zdawało się tak nieprawdopodobne, jak przetrwanie późnoletnich motyli, tych kołyszących się lekko w powietrzu, jednak określone mianem nieistotności.

[z/t] x2
Stron: 1 2 3