Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Pokój życzeń
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3
Dziwny był ten świat, jak i jego życie, myśli i czyny, których się dopuścił. Być pięknym, mądrym, bogatym, uzdolnionym i wpływowym - zdawało się, że tyle powinno wystarczyć, aby czuć chociaż odrobinę satysfakcji z tego, co osiągnęło się na przestrzeni lat, a jednak - Ain Eingarp, tak samo smutne i okrutne jak zawsze, utwierdzało młodego profesora w tym, że nie był nawet blisko sięgnięcia własnych pragnień.
Kiedy pierwszy raz spojrzał w swoje odbicie nie zrozumiał do końca tego co się dzieje i przeraził wielce, widząc za swoimi plecami uśmiech, który niegdyś wystarczał, by wylizać rany po wszelkich krzywdach, które zgotował mu los. Skąpany w pięknych, złotych lokach, unoszących się we wszystkie strony jakby na ten krótki moment zabrakło wokoło grawitacji. I te oczy, piękne oczy, w które wpatrywał się godzinami odkąd tylko odkrył istnienie pokoju życzeń i trzymanych w nim sekretów.
Siedział więc teraz, z jedną nogą założoną na drugą, w wygodnym fotelu, z miną mówiącą niewiele i oczami wbitymi w Małgorzatę Kossak. Nie zmieniła się w jego wyobrażeniu ani trochę, bo nie miał przecież okazji ujrzeć jej ponownie, przez co czuł się teraz trochę staro, ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia, kiedy próbował się tu wyciszyć, oprócz myśli nad tym, jak mogłoby wyglądać ich wspólnie życie gdyby wszystkiego nie zniszczył. Gdyby nie był zaopatrzonym w siebie, krzykliwym durniem, który próbował mieć rację nawet gdy oczywistym było, że jej nie ma. Gdyby mówił z sercem. Gdyby dał jej trochę przestrzeni, gdyby nie robił problemów o nic i wideł z igieł...
Gdyby nie był sobą. Gdyby tylko był kimś innym, to mógłby być szczęśliwy. Czy naprawdę taką drogę wszechświat musiał zapisać w tych swoich cholernych liczbach akurat jemu? Pasmo porażek i powielania własnych błędów. Dążenie do autodestrukcji i zatracanie się we własnym nieszczęściu. Kiedy to się stało. Kiedy... to się zaczęło? Bez dowodów w postaci rzędów cyfr zaczynał się gubić.
Chyba nie miała już żadnego celu w tym swoim śmiesznym życiu. No bo co ona w ogóle tutaj robi? Liczyła chyba na to, że zdobędzie złote góry. Nie wiadomo jak, nie wiadomo po co i dlaczego, ale tak jakoś myślała, że wydarzy się coś niezwykłego, może nawet dobrego? Unikała tego słowa, nie lubiła i nie przyjmowała do siebie na poważnie, ale w tej chwili jest chyba najbardziej adekwatne. Błąkanie się wszędzie i nigdzie miało przynieść odpowiedzi. Miała znowu ukryć wszystko to, co niepożądane i straszne na rzecz wyobrażeń, które nie mogą się urzeczywistnić. Nie można ciągle odpływać myślami? Cóż, ona chyba utonęła w nich już bardzo dawno temu i teraz tylko jej obezwładnione ciało się na niej unosi, bo przecież to co martwe, zawsze wreszcie wyrzuci prąd na brzeg. Jak już zderzy się z jakąś skałą albo wgryzie się w piach to będzie źle, ale może da się tak dryfować troszkę dłużej? Może znajdzie się ten upragniony spokój współgrający z życiem, jakie sobie wymarzyła? Ale kto może wiedzieć... na razie można odkryć tyle, że znowu wlazła gdziekolwiek, nie wie gdzie nawet. Jak zwykle, bezcelowe spacerki. W dodatku po raz nie wiadomo który zakończony spotkaniem. Siedział sobie tutaj. Był. Dlaczego to praktycznie zawsze jest on? To jakieś fatum? Los się z niej śmieje?
Zaraz, zaraz... przecież wróciła tutaj również dlatego, że miała nadzieję, że tutaj jest, więc dlaczego nagle stało się to problemem?
Ach, przecież minął czas. Niby nic się nie zmieniło, a równocześnie to wszystko jest inaczej. Nowe zasady, nowa rzeczywistość, tylko ona zatrzymała się w przeszłości i nie wiedziała, jak z niej wyjść. Prawdopodobnie nawet nie chciała. To, co minęło wydawało się być bardziej wartościowe. Miało przynajmniej jakiekolwiek znaczenie i wydaje się, że miało jakiś cel.
Pewnie tak, jak ten spacer - nie miało celu, a przynajmniej nie takiego, który byłby osiągalny. Więc czemu się nie cofnęła? Mogła wyjść. Zostawić go tutaj, unikać dziwnej konfrontacji, której pismem nie mogła wyrazić, jak i mówionym słowem z oczywistych przyczyn. To wszystko nie ma sensu, ale się dzieje.
Czy to też do niczego nie zmierza?
Bułhakow poczuł ogromny dyskomfort. Drzwi otworzyły się, chociaż nie powinny, a jego tajna, prywatna samotnia uległa zbeszczeszczeniu przez cudzą obecność - nie wiedział jeszcze kto stanął w progu pokoju życzeń, więc jego niezadowolone spojrzenie przesunęło leniwie po pomieszczeniu, by utkwić na dobre w oczach Prudence. No właśnie - Prudence. Najwyraźniej wiele zmieniało w jego poglądzie na sytuację to, że nie była byle kim, tylko sobą właśnie.
- Dzień dobry - powiedział odrobinę bez wyrazu, po czym wydał z siebie westchnienie. - Zaskoczyłaś mnie trochę. Myślałem, że kiedy znajduję się w środku nikt nie jest w stanie się tu dostać. Jak widać, magia potrafi być psotliwa.
Cóż miał w takiej sytuacji uczynić?
- Dziwi mnie to, że tak mało osób tu przesiaduje. Chociaż może to ja uzaleniłem się trochę od ciszy, rozmyślań...
I własnego odbicia. Urozmaiconego widokiem Małgorzaty, rzecz jasna, ale wciąż odbicia. Dopiero teraz docierało do niego w jak niewytłumaczalnie wielki absurd wplątał sam siebie. Co mu było po Ain Eingarp, kiedy przez palce przemykało mu prawdziwe życie? Kossakówna powinna być jedynie gorzkim wspomnieniem, przeszłością, a wciąż bolała. Wciąż pragnął i potrzebował jej bliskości i mimo starań nie był w stanie zastąpić jej kimś innym. Najwyraźniej był skazany na śmierć bez miłości.
Prudence nawet nie orientowała się zbyt dobrze, gdzie się znalazła. Dawno temu trasa przestała mieć znaczenie, a ostatnio jakoś przestała obserwować rzeczy. Ludzie są zdecydowanie ciekawsi, bo mają swoje opowieści, które można skonfrontować z ich czynami, więc nie starczało już czasu na określanie tego, co martwe, a znajduje się obok. Może dlatego dłuższą chwilkę zadawała się być kompletnie zdezorientowana. Tym, że ponoć nie powinna móc się tam dostać, tym, że go spotkała i tym, że w ogóle się tym przejmowała. No bo niby jaki jest tego powód? Co takiego wielkiego jest w spotkaniu jednego, konkretnego człowieka? Nie byle jakiego, ale jednak jednego z wielu. Skłoniła tylko głową na powitanie, nie mogąc nadążyć za sytuacją. Dlaczego poukładanie myśli stało się nagle trudne? Przecież ona otworzyła się na ludzi! Była sobą, ale pasowała nieco bardziej do innych, kiedy musiała. Czemu więc nie potrafiła rozgryźć, jak się zachować, kiedy ewidentnie przeszkodziła mu w trwaniu w jego samotni? Cóż, jak zwykle okazuje się, że on po prostu ma w sobie coś, co ją martwiło?
Czemu bała się, że zaraz ją wyprosi?
Dlaczego dopiero po chwili zaczynało do niej docierać, gdzie ona w ogóle jest?
W normalnych warunkach Vakel prawdopodobnie okazałby zdenerwowanie, ale obecność Prudence zmieniała jego pogląd na tu i teraz. Rzadko trafiał na kogoś, o kim mógł powiedzieć, że podobnie jak on jest szarym obszarem w świecie, w którym nie lubi się rzeczy nieokreślonych, a to przecież w tych szarych momentach odkryć się dało coś, co mógł nazwać prawdziwym człowieczeństwem. Może dlatego właśnie ciągnęli do siebie jak dwa magnesy. Łączyła ich samotność i niezrozumienie, przed którymi uciekali do osób nadających na podobnych falach.
Czekał na jakąś reakcję. Emocję, która wypłynie na jej twarz, ale Prudence wydawała się być niewzruszona. Może nawet czegoś się obawiała, ale nie był pewien czego.
- Przyszłaś... pobyć tutaj sama? - zapytał wreszcie, nie będąc pewnym jak powinien się zachować w tak dziwnej sytuacji. To nie wymagało ani zapisania zdania na kartce, ani próby dogadania się na migi, więc wydawało całkiem sensowną opcją. Wstał z fotela, zerknął w lustro raz jeszcze i ruszył w jej stronę. - Chyba straciłem tu już wystarczająco dużo czasu, więc mogę...
Nie zakładał, że miała jakieś pytania dotyczące miejsca, w którym przyszło się jej znaleźć. To był kolejny, bezsensowny przejaw naiwności młodego profesora i dowód tego jak często tracił głowę na karku. Starzał się, głupiał, przestawał myśleć. Walczył z tym dzielnie, ale przez to wszystko co się działo zaczął tracić woń tajemnicy, która otaczała go każdego dnia po przyjeździe. Spod warstwy znaków zapytania i zagranicznego akcentu wyłaniał się wyjątkowo paskudny i niejednokrotnie zraniony człowiek, jak małe dziecko mszczący się na innych za to, co go spotkało.
Czy naprawdę to wszystko sprowadzało się do człowieczeństwa? Prudence ma tyle rzeczy w sobie, różnych różniastych, ale czy cokolwiek z tego przybliżało ją do ludzi? Potrafiła trwać niezależnie od tego, kto kim jest. Tyle, że ona nie widziała nigdy różnicy między czynami i zachowaniami. Szarość, to już rozkodowali, prawda? Panna Grisham wróciła do tego miejsca, bo musiała się ukryć, ale czy to nie był tylko pretekst, by zobaczyć go jeszcze raz? Ślepa wiara w to, że znowu znajdzie to zrozumienie przerażała ją, bo naprawdę nie wiedziała, czy dalej tak będzie. Nie chciała stanąć z nim oko w oko i przekonać się, że jednak to, co widziała nie istnieje. Chociaż nie, w sumie to może to sobie nie istnieć. Chodzi tylko o to, by pozory tego trwały. Kłamstwa to wygodna rzecz, jeśli uszczęśliwiają.
Na jego pytanie odpowiedziała tylko wzdrygnięciem ramionami. Nigdy nie chciała być sama, bo było to na porządku dziennym i takie monotonne zjawisko dawało jej się we znaki przez kilka pierwszych lat jej życia, a potem wszędzie tam, gdzie trudno było jej się odnaleźć. Kiedy nie można z tobą pogadać to niewiele osób jest w stanie na dłuższą metę zaakceptować kawałek papieru jako substytut tego, co inni po prostu mają i nawet się nad tym nie zastanawiają. Ona uczyła się życia w grupie. Hej, całkiem nieźle sobie radziła do chwili, aż nie wróciła. Wszystkie jej ćwiczenia poza tym zamkiem skończyły się tym, że w jego obecności dalej czuła się takim robaczkiem, który zaraz zrobi coś nie tak przez co zostanie zgnieciony, a robaczek w dodatku będzie tęsknił. Idiotyczne, ale nikt nie twierdził nigdy, że jej zachowania mają jakikolwiek sens. Podeszła trochę bliżej, skoro i on się ruszył i stanęła przed nim przyglądając się mu, jakby wciąż nie zgadzało jej się to, że przypadkowy spacer może doprowadzić do wspólnego spotkania. Akurat z nim. Pełno ludzi w tym budynku, jej losowy dobór drogi, a i tak pierwszą napotkaną osobą jest on. Czy los w ten sposób się z niej śmieje?
Bułhakow zatrzymał się, stojąc na wprost kobiety i stał tak, z rękoma opuszczonymi w dół przez dłuższą chwilę. Nie wiedział co powiedzieć, ale nie wynikało to w tym przypadku z pewnej niezręczności sytuacji, a tego, że naprawdę wiele cisnęło mu się na usta. Nie mógł wypowiedzieć wszystkich pytań i opinii na głos, nawet przy niej, a mimo to chciał. Może dlatego, że go nie papugowała, tylko analizowała i snuła opinie, po swojemu, inaczej, ale podobnie. Potrzebował dyskusji z takimi ludźmi i dlatego właśnie tęsknił, wracał wspomnieniami do chwil sprzed jej zniknięcia i pielęgnował je ze świadomością, że nic dwa razy się nie zdarza, a ich piękno było wyjątkowo ulotne - trzeba było dbać o to, co powtórzyć się nie miało. Wspólne dni zdawały się być widzialne jak przez mgłę, a mimo to wciąż dostrzegał w niej intensywne bodźce i to one właśnie, wbrew wszelkiej logice, wzbudzały w nim najwięcej emocji, chociaż jego pamięć zakodowała wiele wydarzeń pozornie wartych więcej uwagi. Stała się jakąś stabilną, nie wymagającą wiele ostoją w hałasie codzienności.
Obojętne wzruszenie ramionami. Oznaczało tyle, że sprawa była jej obojętna, ale dla Bułhakowa znaczyło to, że nie oczekiwała jego wyjścia.
- W takim razie... - wskazał ręką owy fotel, na którym to w ciszy zasiadał wcześniej, popalając papierosy (co wnioskować można było po ubrudzonej popiołem podłodze). Niech chociaż usiądzie, skoro już znalazła się w środku.
- Od twojego powrotu nie mieliśmy okazji porozmawiać w cztery oczy o czymś innym niż praca - stwierdził.
Do idealnego stanu brakowało co prawda ich obecności w jego starym gabinecie, zastawy od Swietlany i większej ilości nierozwiązanych tajemnic. Ale nie szkodzi. Jeżeli to los bawił się teraz ich życiami to nie znaczyło wcale, że miał zamiar zrobić im na złość.
- Prudence... co widzisz w tym lustrze?
Nie spodziewał się czegokolwiek innego, niż metaforycznego obejścia tematu, bo znał ją już trochę. Nie wiedział nawet jak miała mu to przekazać, bo nie był pewien, czy miała przy sobie coś do pisania. Z drugiej strony... ten pokój go zadziwiał.
Wreszcie jej mózg przetworzył, że to naprawdę jest TO miejsce. Teraz już nie była obojętna, oj nie. Panikowała, ale jedyne, co na to wskazywało to rozszerzające się źrenice, które próbują jak najwięcej pochłonąć z otoczenia. Nie chciała więc by on wyszedł, ale po krótkim zastanowieniu to ona była jednostką, która powinna się szybko stamtąd ulotnić. Czuła się niekomfortowo, bo natychmiast wróciły do niej wspomnienia zmarnowanych godzin na gapieniu się w cholerny kawałek szkła. To nic przyjemnego tak wracać do rzeczy, które zakopało się lata temu. Przeklinała więc w duchu ten przedmiot za to, że w ogóle istnieje. Za to, że dawał niegdyś małej dziewczynce złudną nadzieję na spełnienie marzeń. Odciagał od rzeczywistości w stronę wszystkiego, co nigdy się nie wydarzy. Prudence wolała obejść temat lustra szerokim łukiem, a przynajmniej spróbuje to zrobic. Zasiadła w miejscu, które wsazał. Spojrzała w nie znowu po takiej przerwie i chciala natychmiastowo odwrócić wzrok. Dlaczego nic się .nie zmieniło? Dlaczego świat po prostu nie może jej wybaczyć tego, że nie wyciąga dłoni po ten zakazany owoc? Wybór między. życiem, a szczęściem to żaden wybór. Jak na złość łza uciekła wbre woli panny Grisham na kawałek papieru, który wyjęła, by mu odpowiedzieć. Udała jednak, że nic się nie wydarzyło. Jak zwykle. Przemilczenie to nie kłamstwo przecież.
Wszystko, czego nie chcę nigdy więcej widzieć i czego nie zobaczę
Podała mu kartkę bez żadnej metafory.
Bo on też był tam w tym głupim lustrze między ludźmi, którzy znają prawdę, a mimo tego... wciąż są obok niej i to nie po to by ją wykorzystać.
Ludzi, którzy ją kochają.
Co za bzdura. Bzdura, którą Prudence może przypłacić życiem albo jej bliscy, a przecież ona naprawdę nie chciała już nikogo zabijać. Szczególnie kogoś ważnego.
Bułhakow wyglądał na zaintrygowanego jej reakcją i odpowiedzią. A więc, co przynajmniej podtrzymywało go nieco na duchu, nie tylko w nim owe lustro wzbudzało emocje skrajne. Widziała kogoś. Kogoś. Osobę. Czy zawsze widziało się ludzi, za którymi w pewien nieracjinalny, niewytłumaczalne sposób się tęskni? Mógłby zebrać podobnych odpowiedzi więcej, ale Ain Eingarp nie było czymś, czym chciał się dzielić z innymi. Wolałby mieć je jako wyłączność, prywatny skarb, nad którym mógł przesiadywać godzinami. To było niezgodne z jego naturą. Wiedział, że jego pragnienia stają się właśnie jego zgubą, ale nie potrafił przestać. Małgorzata nie była przecież czymś na co mógł zapracować, co mógł odzyskać. Istniała z nim tylko w tym pomieszczeniu.
- ...ale mimo wszystko tęsknisz?
Już nie do człowieka, ale do całokształtu przeszłości, jaką jego obecność ze sobą niosła. Nawet jeżeli była podłym, niewytłumaczalne kłamstwem.
Nawet świadomy jej winy nie potrafił odgonić myśli, że ich rozstanie nastało z jego winy. Bo przecież... nie przeszkadzały mu nawet oszustwa i zdrady, póki miał ją u swojego boku. Podłe intencje, związek dla korzyści majątkowych, gorzkie słowa na zakończenie - i co? Wdał się w dziesiątki podobnych i innych związków, ale żaden nie dał mu takiej satysfakcji.
- Wolę nie wiedzieć ile czasu spędziłem na wpatrywanie się tutaj w kobietę, która się ze mną rozwiodła. Ten pokój odbiera mi resztki racjonalnego myślenia...
Postawił wyjątkowo trudne pytanie, ponieważ nie da się chyba tęsknić za czymś, czego nigdy się tak naprawdę nie miało. Widziała projekcję swojej wyobraźni, która tworzyła idealne dla niej otoczenie. Wiedziała jednak, że to utopia, która nie ma prawa bytu, a mimo tego... chyba rzeczywiście tęskniła do tego. Przez ostatni rok miała całkiem przyjemne życie, jako Nikt, a mimo tego to wciąż nie było nawet trochę bliskie temu, co widziała w lustrze. Chciała mieć stałe miejsce, niezmieniających się ludzi, którzy wiedzą wszystko. Informacje są jednak w cenie. Kosztują cholernie dużo, więc łatwiej po prostu nie wykładać ich na ladę. A mogła. Mogła po prostu napisać mu wszystko, to przecież niewiele. Problem leży jedynie w tym, co mogłoby wydarzyć się potem. Szkoda byłoby odkryć, że jest zachłanny tak, jak inni. Szkoda byłoby musieć go wyeliminować. Szkoda byłoby zaryzykować zniszczenie swojej wizji jego osoby. Wolała nie ryzykować, bo on przecież jest inny. Dlatego wróciła, mimo tego, że siedząc obok niego tęskniła jeszcze mocniej do tego, co tylko w durnym lustrze mogła zobaczyć. Pokiwała więc głową twierdząco. Bo chyba tak właśnie jest. Tęskniła za zmarłymi, żywymi, za życiem, które mieć nie może. Nawet za tamtym pierwszym człowiekiem, któremu wszystko zdradziła i na którym się zawiodła. Którego zabiła.
Krew na rękach.
Wiara w to, że może osiągnąć to, co pokazywało jej lustro przyniosła tylko to.
Krew na rękach.
I strach. Bo oni wiedzą. W jakiś niewytłumaczalny sposób, nie mając dowodów, żadnej poszlaki. Tak, jakby krew zaschła jej pod skórą i miała tam pozostać na znak winy. Mogłaby zaprzyjaźnić się z Lady Makbet, ona miała podobne urojenia.
Człowiek nie musi zawsze myśleć racjonalnie. Taka jego uroda, że lubi się zatracać - W marzeniach, w ludziach, w kłamstwach... we wszystkim, co wiąże się z chociaż cieniem tęsknoty i pragnieniem odzyskania lub zdobycia.
Bułhakow przeczytał słowa wykreślone dla niego na papierze i na twarz wylał mu się dziwny, podejrzanie pogodny uśmoech. Jakby uśmiechał się do okrutnego losu znalazłszy potwierdzenie tego, że w jakimś stopniu przynajmniej, zwariował. I co najgorsze - nie tylko on widział w tym wariactwie coś nieuniknionego, naturalnego, typowego. Nie wyróżniał się wcale z tłumu mu podobnych, chociaż dostał ten niewątpliwy przywilej posiadania Ain Eingarp blisko siebie.
- Mija drugi rok, a ja wciąż nie mogę się zdecydować, czy człowiek który je stworzył był geniuszem i zbawcą, czy potworem. Może i nawet dla samego siebie, skoro musiał wiedzieć w nim również swoje odbicie. Powinienem wiedzieć w nim coś, czego obecność podtrzyma mnie na duchu, a widzę rozczarowanie, dawno popełnione błędy, których nie mogę naprawić...
Nie przeszkadza ci czasem to, że tak wylewnie się zwierzam? Wydaje mi się że czegoś szukałaś, a ja samolubnie zatrzymałem tu, przy sobie. I ciebie, i lustro.

Ostatecznie nie miał przy sobie nikogo, komu mógłby się zwierzyć. Nikogo, komu mógłby przekazać swoje sekrety, ani nikogo kto chociaż spróbowałby go zrozumieć. Sam zapracował na taki los, serią kłamstw i przekłamań, zatajaniem połowy swojego życia, nie pozwalając zbliżyć się do siebie nikomu, kto naprawdę tego chciał. Stał się stary, samotny i odrobinę zgorzkniały.
Geniuszem? Cóż na swój sposób tak. Trzeba być geniuszem, by tak sprawnie niszczyć ludziom życie poprzez wykorzystywanie największej ludzkiej słabostki - chęci sięgnięcia po swoje marzenia. Pokazywanie ich w tak banalny sposób - poprzez kawałek cholernego szkła, które pozornie niczym się nie różni od tego w toaletach. Tylko szklana płyta oddziela człowieka od marzeń. Najgłębiej skrywanych nie bez powodu, a tak parszywie pokazywanych. Chwała za to, że nikt inny prócz patrzący tego nie zobaczy. Zbawcą? Zdecydowanie nie. Potworem? Tak! Geniusz bestialstwa, nawet jeśli celem jego twórcy nie było unieszczęśliwianie ludzi. Jaki w ogóle jest cel w tworzeniu czegoś takiego? Nie jest użyteczne - nie pozwala spełnić marzeń, nie jest też super narzędziem zbrodni. Chyba, że zamknie się tutaj kogoś na lata, wtedy zdecydowanie zadziała. Ale pomijając to wszystko to... jaki był prawdziwy cel? Co może przynieść kawałek szkła, który obdziera ludzi z najskrytszych marzeń? Często takich do których woleliby już nie wracać dla dobra swojej psychiki. Wszyscy wariaci woleliby jednak unikać popadania w szaleństwo. Prawie wszyscy.
Bo oni przecież to właśnie robili.
Samolubnie zatrzymałeś ją w tym zamku nawet o tym nie wiedząc.
Samolubnie zatrzymałeś ją w swoim życiu, bo zostawiłeś ślad na szarości.
Samolubnie zatrzymałeś ją przy jej przeszłości.
Samolubnie zatrzymałeś ją na wiele sposobów.
A ona właśnie tego chciała, więc czy to wciąż egoistyczne?
Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Skąd wiesz, że samolubnie jakaś Siła Wyższa, Los, Fatum, Przeznaczenie, czy cokolwiek innego nie zechciało, byśmy się spotkali? Nigdy nie będzie przeszkadzać mi coś, na co nie mam wpływu. Trzeba się z tym po prostu pogodzić. Szczególnie, kiedy chodzi o to, że ktoś mówi. Przecież sama nie pogadam, więc czemu miałabym mieć problem z cudzą wylewnością? - Słowa to coś, co jest w cenie. Nie mogła ich używać, więc tym bardziej wolała je chłonąć. To wygodniejsze, szczególnie kiedy chce się odrzucić własne wspomnienia.

Sesja zakończona

Powód: Nieaktywność graczy.
Stron: 1 2 3