Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Pokój życzeń
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3

Pokój życzeń



Lokalizacja: Piętro VII, Hogwart



[Obrazek: bKax2Zl.png]

Komnata spełniających się pragnień, ukryta na siódmym piętrze, naprzeciwko gobelinu przedstawiającego czarownika Barnabę Bzika tańczącego z trollami. Aby odnaleźć drzwi do Pokoju Życzeń, należy dwukrotnie przemierzyć przylegający doń korytarz, myśląc usilnie o tym, czego najbardziej się w danej chwili potrzebuje. Istnieje spora szansa, że w takiej sytuacji właśnie pomieszczenie samo odkryje przed czarodziejem swoje drzwi, zapraszając do środka, gdzie czekać już będzie spełnienie jego marzenia... W sensownych ramach ograniczeń, rzecz jasna. Wyposażenie pomieszczenia dostosowuje się do potrzeb wchodzącego - najczęściej używane jest przez uczniów i nauczycieli jako schowek na przedmioty, które woleliby oni ukryć, przynajmniej na jakiś czas.


Osoby wiedzące o istnieniu pokoju: -



Aby poznać sposób wejścia do środka należy zagrać sesję z Mistrzem Gry lub fabularnie dowiedzieć się o nim od osoby, która odnalazła już pokój.

Los sprzyjał uczniom, których egzaminy i nienadrobione zadania domowe pchały w stronę coraz częściej szeptanego na korytarzach słowa: korepetycje. Udzielający niewątpliwie mieli w swoich szeregach miłosiernych dobrodziejów, przekazujących swoją wiedzę w geście bezinteresownym, lecz posiadali także tych mniej opływających w dobroć i przyjacielską naturę, którzy posiadali w tym interes. Często stawką było zadanie z innego przedmiotu, wymarzony przedmiot lub... No właśnie, co miała do zaoferowania Hennessy? Nie zaliczając do panteonu oferty wątpliwej sympatii uśmiechu lub słów ociekających jadem, nie posiadała absolutnie niczego, co mogłaby złożyć w ofierze istocie tak przyjemnej, że litościwie jej douczającej. Carrow, bo takie nazwisko nosił cel o wiedzy z zakresu astronomii, nie określił swoich wymogów klarownie. Ciężkie słowo przysługi wisiało niczym widmo nad Antigone, jednak w tym momencie swoją uwagę przelała na nagle zbudzoną przyzwoitość pchniętą ojcowskim listem, każącym w miarę sił postarać się o wypuszczenie z bezpiecznych murów szkoły.
Cichy łut szczęścia pozwolił dwójce odnaleźć płochliwe drzwi, skrywające za swoim progiem pokój życzeń — miejsce o tyle tajemnicze i nieprzewidywalne, że o zmiennej zawartości. W planie awaryjnym pozostawała dzielnie tkwiąca w swym stałym miejscu wieża astronomiczna, jednak może z poczucia finezji i polotu, pokój "przychodź-wychodź" widniał jako ten pierwszy, wiodący wybór; Tym razem pomieszczenie, formując się wedle pragnień przybyszów, przybrało wyjątkowo przestrzenną formę. Sklepienie, obecnie przywodzące na myśl nieboskłon, mieniło się licznymi gwiazdami, w swej bezchmurnej postaci stwarzając perfekcyjne warunki do oglądania gwiazdozbiorów. Dogodnym miejscem do siedzenia okazał się koc, rozłożony nieopodal, ukryty pod paroma sporymi, wzorzystymi poduszkami. Rzecz jasna przy korepetycjach, które były celem przybycia, nie mogło zabraknąć teleskopu oraz fontanny, z której płynął alkohol (w kontekście upijania się wiedzą, rzecz jasna). Ciężko stwierdzić, czyja fantazja zaszła tak daleko, aby wdrożyć ten element do pokoju, jednak był on jego nieodzowną częścią.
Wspaniale — zaczęła Hennessy, obdarzając Graysena ukradkowym spojrzeniem, wcześniej czujnym wzrokiem oceniwszy wystrój, jaki zastali.
Graysen już od pierwszych chwil zanurzenia się w świecie maciupkich literek pisma zawartego w liście Antigone Hennessy, pozostawał w stanie głębokiego skonfundowania i zawahania. Drugą z gam emocji odczuwa głównie ze względu na głęboko zakorzenione pojęcie słowa “lojalność”, którym to szczerze darzy Kaylin Wittermore, Krukonkę pogrążoną w zaognionym konflikcie z siostrami Hennessy. Wszak przysiągł bronić dziewczęcia przed brutalnością i wszelkimi niesnaskami tego świata, co ściśle wiązało się z gnębiącymi ją Gryfonkami. Kiepski z niego obrońca i opiekun, ale siostra zdawała się nigdy na niego nie narzekać. Kaylin zatem również nie powinna.
Wszelkie starania mające na celu zniechęcenie Antygony, między innymi poprzez opryskliwą odpowiedź i zaznaczenia wysoce roli przysługi jaką będzie musiała mu sprawić, spełzły na niczym i koniec końców, Graysen wylądował w pieprzonym pokoju życzeń z gorliwą uczennicą i dylematem polegającym na wymyśleniu jakiejkolwiek sposobności do spłaty długu. Cóż, przynajmniej temat lekcji i nauki ma z głowy, bo szczerze wątpi aby miała zdać do następnej klasy.
-Zazwyczaj pojawia się tutaj również ławka i krzesło - komentuje grobowym głosem, unosząc prawą brew ku górze. O co do cholery chodzi z tym kocykiem i wzorzystymi podusiami o barwach landrynek? Antygona, to ona i jej PLUGAWE DZIEWCZYŃSKIE PRAGNIENIA musiały zepsuć doszczętnie wizję pokoju.
Carrow odkaszluje znacząco i próbując ukryć rosnące skonsternowanie, podchodzi do teleskopu, niby sprawdzając jego ustawienie i powiększenie. Tak naprawdę to nie zna się na tym za dobrze, ale mrużąc czoło i przywdziewając minę, z której aż wylewa się poważne skupienie, sądzi iż wyjdzie na profesjonalistę...
CO TU ROBI TA FONTANNA?
-Co dokładnie chcesz przerobić? Najlepiej otwórz podręcznik i pokaż mi tematy, z którymi masz problem... czemu tu jest tylko jeden teleskop - kończy swą wypowiedź z wielką pretensją w głosie, co dziwne, skierowaną wyłącznie ku sobie. Ponownie odkaszluje;włosy zaczesuje szybkim ruchem dłoni, a właściwie wprawia w stan jeszcze większego chaosu, po czym zerka niepewnie na rząd kocyków ustawionych tuż obok podusi. Trudno nie mieć dreszczy na taki widok.
Odstępuje od teleskopu, zmierzając w stronę... ich siedziska, na skraju którego wypakowuje solidny stosik podręczników i zerka wyczekująco na Antygonę.
Hennessy obdarzyła chłopaka wzrokiem, który w całej swojej postaci wyrażał szczere powątpiewanie. Uniosła sugestywnie brwi, w towarzystwie do lekkiego wzniesienia kącików ust, nadania z zasady przesiąkniętej goryczą minie odrobinę — o zgrozo — sympatycznej prezencji. Nie mogąc utrzymać się w pionie na pozycji, którą przybrała, nie mogąc nie skomentować zaistniałej sytuacji, prychnęła po chwili, krzyżując spojrzenia z Graysenem.
Oryginalny gust, Carrow — zaczęła w komentarzu odnoszącym się do mnogich barw zdobiących multum poduszek. Rzecz jasna weszli do pokoju życzeń razem, co skutecznie umożliwiło osąd, czyje pragnienia odbiło ów pomieszczenie. Hennessy z wyjątkową gorliwością była gotowa upierać się przy stanowisku, iż to fantazja Graysena zapędziła się w swe wyjątkowo mroczne zakątki, ukazując się pod postacią frędzelków, kocyków i fontanny opływającej alkoholem. Obrót spraw śmieszył ją niebanalnie, czego starała się dobitnie nie okazywać, widząc grobowy wyraz twarzy korepetytora. Uniosła ponownie spojrzenie, kierując je na gwiazdozbiory wymalowane na niebie, na czerni tła widoczne tak wyraźnie, jak małe lampki. Rzecz jasna Hennessy mogłaby kręcić się wokół własnej osi i nie dostrzec wciąż żadnego określonego kształtu — cudem wyciągała na Nędzny, tym razem niczym kat stanęła nad nią mrożąca krew w żyłach groźba Trolla. Zresztą nie tylko w tej materii groziła jej najgorsza nota, jednak w czymś trzeba znaleźć początek, czyż nie?
Po profesjonalnej inspekcji miejsca dokonanej przez Carrowa, zajęła obok niego miejsce, sięgając po podręcznik, który przyniósł. Nie miała nawet w zamiarze szukać swojego w odmętach pokoju — zaginął bezpowrotnie wiele dni wcześniej, a gorliwość Antigone wobec przedmiotu bynajmniej nie skłaniała jej do poszukiwań. Otworzyła książkę na losowej stronie, aby po chwili przewertować kartki do właściwych tematów. W skupieniu najwyższego szczebla zawiesiła wzrok na literach, prześlizgując się po nich błyskawicznie, może nieco bezrozumnie, co skwitowała zatrzaśnięciem źródła wiedzy. Dynamika ruchu wzbiła lekki podmuch powietrza, który omiótł twarz Hennessy, która po chwili ponownie uniosła spojrzenie na Graysena.
Nie wiem nic. No dobrze, może cokolwiek wiem, jednak na pewno nie to, co robiliście na lekcjach przez ostatni... — zawiesiła głos, dokonując rachunków w umyśle — ...czas. Możemy zacząć od czegoś, co było niedawno. Te poduszki to po to, żeby ci było łatwiej mnie miziać? — zmieniła błyskawicznie temat, zabarwiając swoje ostatnie pytanie nutami nienachalnej ironii. Bal wiosenny, Carrow, przednia zabawa.
Błąkając się przy rozsypanym stosie książek, Graysen nawet się nie domyśla, iż źródłem przedziwnych, uderzających do nozdrzy oparów, jest nic innego jak fontanna utopiona w alkoholu niewiadomego pochodzenia. Trwa w słodkiej nieświadomości, która swymi korzeniami sięga aż do wydarzeń mających miejsce na Balu Wiosennym.
-Ostatni czas? Ty w ogóle chodziłaś na zajęcia? - zawiesza na niej srogo oceniające spojrzenie, które swą intensywnością trwa nieprzerwanie, nawet wtedy gdy dziewczę dosyć niezgrabnie próbuje zmienić temat. Gryfonka należy do tego sortu mało ambitnych stworzeń, którym nigdy na niczym nie zależy, wagarują, nie odrabiają prac domowych, a później pasożytują na innych, tych pilniejszych uczniach takich jak on sam.
-Hennessy. Błagam, chociaż tutaj postaraj się trzymać swoje fantazje w ryzach i choć raz skup się na tym co masz robić.
Oczywiście, że słyszał plotki o jego własnych wyczynach podczas tego feralnego balu, ale do tej pory kategorycznie wszystkiemu zaprzeczał - skoro sam nie pamięta, to jak mógłby się odnieść do całej sprawy? Sprawy, która swoją drogą wydawała się niedorzecznie abstrakcyjna i groteskowa, jakim cudem mógłby się aż tak skuć i zapomnieć połowy rzekomych wydarzeń? Cóż, przynajmniej tłumaczyłoby to potworne bóle głowy dnia następnego.
Siadając na diabelskim, mięciutkim kocyku, kartkuje niemalże pusty, popisową wiedzą nieuzupełniony zeszyt dziewczyny i z trudem powstrzymuje się od aż cisnącego się na usta, wykrzywione w ironicznym uśmiechu, komentarza.
- Najpierw zobaczymy co umiesz, zacznijmy więc od konstelacji Perseusza. Wymień gwiazdozbiory znajdujące się w tej rodzinie i opisz dwie dowolne, każdą z nich pokażesz mi zaraz na niebie.
Zamknąwszy zeszyt, wyciąga z rąk Antygony podręcznik astronomiczny, po czym wyczekująco zerka w jej stronę i... cholera, to by było całkiem dobre.
- Zanim zaczniesz - przerywa, jeśli nie słowom wymykającym się z jej warg, to myślom kłębiącym się pod kopułką i próbującym złożyć przyszłą wypowiedź w całość -za każde dwie niepoprawne odpowiedzi z rzędu, albo brak kluczowej informacji, będzie kara. Cielesna - obdarza Antygonę sztucznymi ochłapami uśmiechu, zamieniając się tym samym w słuch. W końcu czas najwyższy na odpowiedź Orła Wiedzy z Gryffindoru.
Nim posiadanie jakiejkolwiek ambicji wypaliło się w Hennessy całkowicie, zostawiając po sobie jedynie pustą wylinkę, nie dostrzegała nawet cienia sensowności w przedmiotach tak bzdurnych, jak te, którymi uporczywie karmione były hogwardzkie umysły. Numerologia? Astronomia? Och proszę, ich przydatność na wykresie zarysowałaby się wartością ujemną, nie znaczyły absolutnie niczego w obliczu świata, a wiadomości z ich zakresu stwarzały imitację jakiejkolwiek wiedzy. Antigone zgubiła swoją ścieżkę i nie miała pojęcia, w którym kierunku powinna dalej kroczyć — w nieustannym wahaniu stanęła w miejscu, okręcając się wokół własnej osi jak dziecko zagubione w lesie, które z własnej bezmyślności dokonuje aktów tak samobójczych, jak marsz, wobec którego wróżby były od początku czarne. Wiedza wciąż zajmowała honorowe miejsce w jej szklanym sercu, jednak nie ta mądrość; Pomimo śladów po oparzeniach, które odchodziły w niebyt, w maniakalnym tiku, którego miała okazję się nabawić, potarła ramię przez materiał szaty.
Oczywiście, że chodziłam — prychnęła pogardliwie, unosząc lekko podbródek. — Kiedyś. Będziemy dalej rozmawiać o mojej frekwencji, czy masz zamiar przestać mnie tak protekcjonalnie traktować? — fuknęła, wyraźnie oburzona, w dziecięcym geście wywracając oczami. Po chwili jednak spojrzenie zawiesiła na osobie Graysena, odbijając srogość uchodzącą z jego tęczówek, mierzącą w jej osobę niczym sztylet. Pozwoliła powoli ujść emocjom wraz z równie rozwlekłym wydechem, irytacja zaczynała nieznośnie kłębić się w umyśle, jednak wciąż nie pozwalając temperamentowi przejąć pałeczki dowodzącej nad ruchami. — Moje fantazje, Carrow? Naprawdę moje? — podniosła lekko głos, aby po chwili zbyć ciążącą myśl machnięciem dłoni. — Zresztą, nieistotne. Ciesz się, że byłeś tak nawalony, że nic nie pamiętasz.
Konstelacja Perseusza... — zawiesiła głos, z silnym uporem wertując powoli wszelkie karty umysłu, wyblakłe wspomnienia, treści, które kiedyś mogły rzucić jej się w oczy. Podręcznik astronomiczny nie był fascynującą lekturą, aczkolwiek blade informacje powoli wynurzały się zza gęstej mgły. Już gdy miała rozpocząć ciąg swojej wypowiedzi, której ów ciągłość przerywana byłaby częstymi chwilami namysłu, Carrow jej przerwał. Zmarszczyła brwi, słuchając jego słów lekko zbladła, aczkolwiek nie pozwoliła na wymalowanie się standardowej konsternacji na twarzy. Przybrała pewną dawkę sztucznego, chytrego uśmiechu na usta, po czym nieco konspiracyjnie nachyliła się do Krukona. — Będziesz mnie bił? Nie boję się — odparła, nie zdradzając jakiegokolwiek zwątpienia nawet najdrobniejszym drżeniem głosu. Dobra maska do złej gry, Hennessy.Dam głowę, że bijesz jak panienka.O ile panienki miotały tobą na balu jak gałązką, Hennessy.
Odchrząknęła lekko, powracając do zadanego pytania. Perseusz — dobry boże — już posiadała świadomość, że zbyt wiele na jego temat nie powie. A o znalezieniu tych jego paru punktów pośród miliarda jaśniejących na niebie nie było absolutnie żadnej mowy. Odruchowo spojrzała w czerń nieboskłonu, szukając jakiegokolwiek patyczkowego szlaczku, który mógłby za Perseusza uchodzić, a przynajmniej doskonale go udawać. Westchnęła nieco ciężej, ogniskując wzrok ponownie na korepetytorze. Czeka Cię lanie, Antigone.
Jest powiązany z Andromedą. I z Kasjopeją. Z Wielorybem? Może z czymś jeszcze. Andromeda jest duża i wyrazista, jednak wciąż nie na tyle, abym była w stanie ci ją pokazać. — Litości, Troll+ za chęci.
-Protekcjonalnie? Ty chyba nigdy nie zaznałaś protekcjonalnego traktowania Hennessy - stwierdza cierpko, wnet przypominając sobie o ojcu i jego surowej naturze, gdyby nie domowy rygor, którym raczono go od czasów brykania w bielusieńkich pieluszkach, to zapewne nie mógłby teraz liczyć na żadne przyzwoitsze oceny, owoc pracy wpojonego zdyscyplinowania - ale pewnie gdyby było inaczej, to nie musiałabyś tutaj ze mną siedzieć.
Racja, nie będzie już się na nią pastwił, sama to zrobi, gdy tylko otworzy usta.
- Na swoje worki treningowe nie obieram takich chucherek. Zaczynaj - dodaje od niechcenia i dyskretnie lubuje się reakcją jaką u niej wywołuje zwykła, maleńka groźba rękoczynów, których nawet nie planuje wykonać. A może właściwie... czemu nie?
Podczas gdy Gryfonka niechętnie przystępuje do wyczerpującej odpowiedzi, Carrow zbiera wszystkie przyniesione podręczniki i układa je w jednym, pedantycznie symetrycznym rządku tuż na skraju siedziska. Zajmuje mu to mniej więcej tyle, ile Antygonie uformowanie pełnej i składnej odpowiedzi na zadane pytanie, czyli jakieś dwadzieścia sekund.
Głębokim westchnieniem kwituje całość, rozpostartą ręką przecierając twarz, na której formują się ślady zażenowania i konsternacji niewiedzą starszej rocznikiem koleżanki.
Bez słowa podnosi się z mięciutkiego kocyka i wyciągnąwszy zza pazuchy różdżkę, przystawia jej końcówkę pod brodę dziewczęcia, planując jednym, stanowczym ruchem, unieść głowę Antygony, tak jakby miała właśnie spojrzeć w oczy Panu Życia, swemu przyszłemu katu ze śmiercionośnym narzędziem w dłoni. Chciałby zaśmiać się jej w twarz, nastraszyć i prześwidrować na wylot wzrokiem nieobliczalnego psychopaty. Dzieje się jednakże inaczej.
Ładna buzia naznaczona śladami barwy przypieczonego raka uświadamia mu coś, o czym dotąd nie myślał zbyt często. Jakkolwiek to nie zabrzmi, wyparł z umysłu koncepcję pyskatej Antygony, która z wydarzeń mających miejsce kilka tygodni temu wyszła jako ofiara ledwie uchodząca z życiem. Rola bezbronnej istoty, która doznała krzywdy kolidowała z jej dotychczasowym wizerunkiem dziarskiej i żywotnej istoty pełnej życiowej zgryzoty czterdziestoletniej wdowy z ogromnym bagażem doświadczeń.
Ślady oparzeń dostrzega również i na łabędziej szyi oraz dłoniach, mógłby się również domyślać, że i pod jej szatą kryją się podobne bolesne blizny, pamiątki po młodzieńczej głupocie dwóch, niepełnosprytnych Gryfonek. Na Merlina, dać się tak urządzić na Marszu na cześć szlam i mugoli! A on jeszcze poświęca podobnej oszołomce czas i nerwy, których mu ostatnio brakuje.
Opuszcza w rezygnacji różdżkę i ciężkim westchnieniem, wskazuje nią w kierunku fontanny.
-Zobaczmy co my tu mamy - spokojnym krokiem podchodzi do miejsca przyszłej zbrodni i niepewnie zanurza weń dłoń. Nie wie czym do cholery wypełniony jest ten maleńki zbiornik, ale całkiem możliwe, iż jest to najzwyklejsza woda z dodatkami nieznanych związków chemicznych. Zapach wydaje się być dziwnie znajomy, ale poprawna odpowiedź póki co nie gra w jego umyśle -nie rozpuściło mi ręki, więc nie powinno rozpuścić ci twarzy. Albo głowa pod wodę na dziesięć sekund, albo dwa pełne łyki tego czegoś. Wybieraj.
Odpowiedź, której udzieliła, bezsprzecznie jawiła się jako ta ledwo wybijająca się poziomem poza dno wieńczone Trollem. Nie dziwiła się, iż Carrow nie przyjmie jej z owacjami, jego zrezygnowanie przemykające przez twarz nie było niczym, czego by się nie spodziewała. Wszak gdzieś z tyłu głowy jawiła się u Hennessy myśl, że wiedza astronomiczna stoi u niej na poziomie żałośnie niskim, zapewne równym obeznaniu przeciętnego ucznia IV rocznika. Była w stanie pełnie opisać może dwa gwiazdozbiory, na których formułę trafiła czystym przypadkiem, w końcu sama nigdy nie obdarzyłaby zainteresowaniem rzeczy w tak prosty sposób głupiej jak bezmyślne gapienie się w migające na firmamencie punkciki. Nawet nie fuknęła w reakcji na nazwanie jej chuchrem, zbyt pochłonięta usilną potrzebą sformułowania względnie sensownej wypowiedzi, zawierającej chociażby najmniejszy pierwiastek z prawdy. Ten dzień, tak jak wiele innych, nie należy do Ciebie, Hennessy.
Gdy już doszła do konkluzji, iż Graysen wcale nie ma zamiaru znęcać się nad jej lichą osobą fizycznie, poczuła lekkie rozczarowanie. Chciała dostać za swój błąd, za brak mobilizacji, za wszystkie głupoty, które popełniała rwana młodzieńczą, nieco butną naturą. Zapewne nie umiałaby się obronić, jednak nie grało to wiodącej roli — chciała wreszcie poczuć cios, który boleśnie ją sprowadzi na ziemię. Ślady po oparzeniach ponownie zaczynały istnieć jako miraż, coś, co napawa trwogą, ale nigdy nie miało miejsca. Zacierały się w pamięci, bezowocnie próbując wybić się ponad powierzchnię. Z ów okrutnej stagnacji wyrwał ją jednak czyn — czyn, którego w żadnej mierze się nie spodziewała. Uniosła podbródek, kierowana tępym zakończeniem różdżki, przytkniętej doń. Bezsprzecznie, chciała znieść jego spojrzenie, móc się z nim wielokrotnie krzyżować, nie puścić, tym razem okazać siłę. Uniosła więc spojrzenie, chcąc je spleść z wzrokiem Graysena, nie złapała z nim jednak kontaktu. Carrow ślizgał się wzrokiem po jej twarzy, śladach po oparzeniach goszczących na niej, jak i na szyi — zapewne na całym ciele.
Na co się pat... — urwała, zdając sobie sprawę z przyczyny nagłego zainteresowania Krukona. Wtem sama ponownie zmierzyła się z rzeczywistością, z tym, że pomimo tracących na sile śladom, wciąż pozostawała naznaczona dłonią marszu. Tego, że płonęła. Tego, że padła ofiarą. Wywołało to u niej niebanalne zdenerwowanie, lekko uderzyła dłonią w różdżkę Carrowa, odpychając ją od siebie, po czym szybko odwróciła wzrok. — Przestań. — Głos, w przeciwieństwie do oczekiwań, nie zawierał znajomych nut cynizmu, nawet najdrobniejszej irytacji. Pomimo gniewu targającego umysłem, zachowała niemalże nietypowy dla niej spokój. Sama barwa sugerowała bardziej przerażenie, aniżeli zdenerwowanie.
Po chwili milczenia, podniosła się z miękkiego materiału koca i podeszła za Graysenem do fontanny, z której gładką taflą spływała tnąca słodką wonią ciecz. Wbiła wzrok w nieznanego pochodzenia napój, obdarzając po tym słowa Carrowa pełnym wewnętrznego zwątpienia spojrzeniem.
Wymyślny sadyzm. Czy miałbyś na tyle sumienia, aby mnie uratować, gdy zacznę się zwijać w konwulsjach? To dość istotne pytanie, bo z dwojga złego wolę się tego napić — odparła bez namysłu. Słodki zapach unoszący się nad fontanną mógł przywodzić na myśl skojarzenie z typowym, cierpkim zapachem alkoholu. Hennessy prędzej by zginęła, niż włożyła w to swoją głowę. Westchnęła ciężko. — W porządku, ale od tej pory rozbudowuję zasady. Jeśli opiszę poprawnie wybraną konstelację, ty też bierzesz dwa łyki. Przez poprawnie, mam na myśli wyczerpując temat. Jesteś w lepszej pozycji, bo idę na pierwszy ogień. Możesz obserwować, czy umieram. Skup się lepiej. — Pociągnęła dwa łyki niezidentyfikowanej cieczy, modląc się w duchu o brak kalectwa. Szybko w jej ustach rozlał się charakterystyczny, cierpki smak, którego się spodziewała, powstrzymała się jednak o zbytniego krzywienia.
Mógłby być jednym z tych chorych zwyroli, który pastwiłby się nad jej okaleczonym ciałem przez długość całego wieczora. Może ojca rozpierałaby po raz pierwszy od narodzin Graysena duma? Zawsze się zastanawiał na ile w swoich opowieściach mijał się z prawdą. Czy jest tak okrutny jak rozwodzili się na jego temat w towarzystwie? Czy jest tak bez serca jak sam kreował się na oczach rodziny? Cholera, przebywa w jednym pokoju z atrakcyjną, długonogą dziewczyną, o której ględzi połowa prawiczego dormitorium Krukonów, a on sam właśnie zatapia się w myślach i obrazach skoncentrowanych wokół swego starego. Trochę słabo, czas powrócić do rzeczywistości.
-A co? Liczysz na sztuczne oddychanie? Trudno mnie nabrać, więc jeśli zaczniesz symulować to nawet nie kiwnę palcem - głosi dumnie, ręce krzyżując na wypiętej do przodu klatce piersiowej. Tak naprawdę to za nic w świecie nie byłby w stanie stwierdzić czy ktoś swą żenującą grą aktorską próbuje mu spłatać figla, czy dana osoba faktycznie zaraz wyzionie ducha na jego oczach. Prawdopodobnie i nie w takiej sytuacji można by go jeszcze nabrać.
Hennessy jak na Gryfonkę przystało, klasycznie obiera opcję bardziej ryzykowną i beznadziejną w swej głupocie, nie śmie jednakże komentować jej wyboru. Na Merlina, jeśli rozsadzi jej żołądek, albo zamieni się w ludzką maszynę do tworzenia baniek mydlanych, to co wtedy? Mogłaby po prostu zamoczyć twarz, ręki mu nie wypaliło. KOBIETY I ICH LOGIKA.
-Fantastycznie. Opisz wyczerpująco choć jedną, to przemyślę twoją niezwykle kuszącą propozycję - częstuje ją sztucznym uśmieszkiem, przechodząc wartkim krokiem do teleskopu.
-Pokażesz mi też to co wiesz na niebie. Później wyjaśnię ci to czego nie wiesz i spróbuję wyrobić się przed wschodem słońca, zaczynaj.
W ustach szybko rozlał się cierpki, charakterystyczny smak, którego esencja niemalże natychmiastowo uderzyła do mózgu. O ile żywiła ciche przypuszczenia, iż substancja może być blisko spokrewniona z alkoholowymi nutami, o tyle w swym nastoletnim, lichym obeznaniu, które ograniczało się do ojcowskich nalewek, nie wpadłaby na siłę, z jaką ciecz uderzy. Dwa spore łyki, które zgodnie z poleceniem wzięła, z uporem walczyły o skrzywienie, które potencjalnie mogłyby wymalować na buzi dziewczęcia. O ile ta nie chciała ugiąć się tej sile, na jej twarzy zakwitł cień skrzywienia, jawnego niezadowolenia. Pozostała jednak dzielna i przełknęła, a w dodatku nawet nie zginęła.
Napicie się potencjalnej trucizny nie było wynikiem ryzykanckiej natury Hennessy, chociaż ta grała główną rolę w umyśle dziewczęcia. Ostra, słodka woń wisząca ciężko nad fontanną podpowiadała jej, że może substancja ta niekoniecznie dogadałaby się w kontakcie z oczami. W lichej naiwności również uznawała, że dzieło pokoju życzeń nie mogło jej zrobić realnej krzywdy, wszak było owocem pragnień któregoś z obecnych. Może gdzieś z tyłu czaszki zakwitła myśl, że Carrow mógłby chcieć okrutnego otrucia jej, jednak zbyła to niedorzeczne przypuszczenie, pozwoliła rozmyć się w przestrzeni umysłu. Wszak byłoby to kompletnie głupie, prawda? Prawda? Czy tu zawsze było tak ciepło?
Więc konstelacja Oriona — zaczęła, odchrząknąwszy lekko. Pomimo gorącego uczucia rozlewającego się po wnętrzu, pozbierała myśli w zgrabny ciąg, uznając wyczerpanie tematu ów gwiazdozbioru za sprawę honoru. — Rozciąga się w obszarze równika niebieskiego, jest jednym z najbardziej charakterystycznych gwiazdozbiorów nieba zimowego, stąd łatwym do odnalezienia. Wokół niego znajdują się Bliźnięta, Byk, Wielki Pies i Zając — urwała, aby wziąć wdech, nie chcąc się zbytnio rozpędzić z potokiem słów, który powoli zaczynał przyjmować sensowną formę czegoś — o zgrozo — dotkniętego wiedzą, a przynajmniej jej fatamorganą. — Właśnie w związku z tym, że jest doskonale widoczny na niebie, łączy się z nim wiele mitów. W mitologii greckiej Orion jest postacią myśliwego. Uważał, że jest w stanie zabić każde stworzenie, jednak ukąsił go skorpion, przez co znaleźli się po przeciwnych stronach firmamentu. Pies Oriona — Syriusz — jest najjaśniejszą gwiazdą na niebie, a także elementem Wielkiego Psa. Druga wersja jest nieco bardziej dramatyczna, bo mówi o tym, że Oriona zabiła zakochana w nim Artemida, strzelając do niego z łuku. Rzecz jasna nie wiedziała, że był to on. Umieściła martwego myśliwego między gwiazdami, wraz z Wielkim Psem i Małym Psem, konstelacjami leżącymi na wschód od Oriona. Ponoć to żal Artemidy sprawił, że światło Księżyca jest zimne. — Zmarszczyła brwi, próbując przywołać jakiekolwiek fakty, jakie na temat tego gwiazdozbioru miała w zanadrzu. Nie ukrywajmy — astronomicznie przedstawiała poziom banalnej nędzy, Orion był jedną z nielicznych konstelacji, które potrafiła opisać. W najwyższym skupieniu jednak przegrzebywała myśli, szukając ukrytych weń wiadomości. — Jedne z jego najjaśniejszych gwiazd to Alnitak i Saif. Alnitak to jedna z gwiazd tworzących Pas Oriona, błękitny nadolbrzym, znacznie większy od słońca. — Zamilkła, czując, że wyczerpała temat. Gratulacje, Hennessy, nawet samą siebie zadziwiłaś.Pij. — Wskazała ręką w kierunku fontanny, krótkie polecenie wypowiadając tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Szybko wychwycił cień skrzywienia próbujący zdominować grymas jej twarzy. Mógłby się zastanawiać, czy nie jest to niczym innym niż gierką dziewczyny, sposobem na wywołanie w nim wyrzutów sumienia. A czy miałby je, gdyby faktycznie coś się stało? Wpadła w spazmatyczne drgawki, oklapła po natychmiastowo, lub po kilku godzinach i już się nie obudziła ze snu? Nie mógłby wtedy winić samej dziewczyny, to wymysłem któregokolwiek z nich, fontanna zawitała w murach komnaty. A może jest samobójczynią, albo co ciekawsze, sama próbowała właśnie go... zabić? Co prawda nie żadna z niej szlama, a i nie przypomina sobie, aby jakoś szczególnie ją gnębił w przeszłości, ale przecież taki Carrow nie jest najsympatyczniejszym i najżyczliwszym osobnikiem w tej szkole. Może się za kogoś mści?
...
Bądź co bądź, nie przystaje tuż pod jej nosem i nie przygląda się jak wlewa w siebie ciecz, a gdy pannica kończy swą powinność, nie pozostaje mu nic innego jak ocenić nadchodzącą wypowiedź. Krążąc po komnacie i wsłuchując się rzetelnie w przytaczane informacje, przy okazji poświęca czas na detale ukryte przez skryte pragnienia umysłów obojga z nich. Wcześniej tego nie dostrzegł, ale kilka metrów od siedliska pastelowych kocyków i podusi, ustawiono urządzenie, które z daleka przypomina chłopakowi gramofon. Panie. O co chodzi z tą całą dekoracją, eklektycznymi elementami, które za nic w świecie nie sklejają się w jedną, klarowną całość?
Sam odchrząka, nie będąc zbytnio zaabsorbowany jej słowami. To nie tak, że podawała złe, nieprawdziwe fakty, albo coś się nie zgadzało, nic z tych rzeczy. Carrow nie może się skupić, a stawiane, niepewne kroki poniekąd odzwierciedlają jego obecny stan umysłowy. Nad czymś się głowi, aż iskry sypią się spod gęstej czupryny, ale co jest sprawą jego przemyśleń?
- Brawo Hennessy, znasz jedną konstelację. Jestem pod wrażeniem.
Nie powinien przystawać na jej warunki, a każde słowo sprzeciwu czy foch, najlepiej potraktowałby bezsłownym opuszczeniem pokoju. Marszczy nos, ale chyba nareszcie udaje mu się prześwietlić na wylot motywacje Antygony. Najpewniej mu nie ufa, co by było pierwszym objawem zdrowego rozsądku u dziewczyny.
- Boisz się, że cię otrułem, prawda? Gdyby mnie takie sadystyczne zabawy kręciły, to już nie stałabyś teraz ze mną w jednym pokoju - co nie jest prawdą i nie ma większego sensu, bo gdyby faktycznie był psycholem, to gierki tego typu oraz zabawa w kotka i myszkę wpisałyby się w profil klasycznego zwyrola z wariatkowa, jakim czasem faktycznie się czuje. Ale to mija.
Pewnym krokiem zmierza do fontanny, przywdziewa minę obojętnego nihilisty i pochyliwszy się nad źródłem całego zamieszania, upija swój pierwszy, głęboki łyk płynu. Błyskawicznie się odwraca, a wzrokiem groźnego, nieokiełznanego mordercy z głębokiej Tajgi, niemalże połyka sylwetkę psotnego dziewczęcia, którego plan musiał tak wyglądać od samego początku.
- Ty... - mała paskudo? Cwana lisico? - Hennessy, serio? - nieustępliwym spojrzeniem, wzroczy na Gryfonkę i szczerze nie dowierza w co właśnie ma miejsce.
Fontanna z alkoholem. W SZKOLE.
Och, wcale się nie boję. Gdybym się bała, to kazałabym ci spieprzać i stąd wyszła. Nie wierzę w to, że chciałbyś mnie naprawdę otruć, litość wobec kalek powinna wziąć nad tobą górę — odparła po chwili namysłu, wzruszając ramionami. Jeśli pokój życzeń doskonale odwzorował ich pragnienia, to trucizna nie powinna odbijać się taflą w powierzchni cieczy powoli sączącej się ze sporej gabarytowo fontanny. Hennessy w swych fantazjach nie widziała Carrowa targanego przez konwulsję, a jeśli w jej umyśle zagościła myśl, iż ten zechciałby ją ściągnąć ze świata żywych — szybko ją zbyła. Pomimo cienia refleksji szybko przechodzącego przez wartki potok myśli podczas przełykania pierwszego łyku, najzwyczajniej w świecie zignorowała tę drobną wątpliwość, co śmiało można było zwalić na swoisty temperament ryzykantki. Wszak cóż jej się mogło stać gorszego od spłonięcia? Ignorancja wobec potencjalnych zagrożeń zakwitła wyjątkowo bujnie w umyśle Gryfonki po opuszczeniu św. Munga. Zero wniosków wyciągniętych.
Uważnym spojrzeniem wodziła za postacią Krukona, koncentrując wzrok ze zdwojoną siłą na jego osobie, gdy brał pierwszy łyk alkoholu. Skupiła się niebanalnie, nie chcąc dać się oszukać, a spryt Carrowa zwykła doceniać. Reakcja Graysena nie pozostawiała żadnych złudzeń — jego przełyk musiał wypełnić się cierpkim, odrobinę gorzkim w smaku napojem. Drugi łyk, którego dokonał jedynie ze względu na przyzwoitość i wyczekujące spojrzenie Hennessy, ta skwitowała wzrokiem pełnym szczerego, nieskrępowanego rozbawienia sytuacją oraz wzburzeniem korepetytora. Parsknęła śmiechem, po raz kolejny czując ciepłe uczucie rozchodzące się z procentami zawartymi w dwóch pełnych łykach mocnego trunku.
Mogłabym ci zadać dokładnie to samo pytanie! Dam głowę, że to twój umysł stworzył ten wybryk — prychnęła w jego kierunku, krzyżując ręce na piersi. — Ale co mogę powiedzieć, c'est la vie, Carrow, nie udawaj takiego grzecznego — dodała po chwili, pozwalając lekkiemu grymasowi, który mógłby uchodzić za uśmiech wstąpić na usta. Westchnąwszy lekko, kwitując całokształt sytuacji, który Hennessy wydał się nad wyraz zabawny, podeszła do Carrowa z zamiarem czystego, wymownego spojrzenia mu w tęczówki i podjęcia ponownie tematów... astronomicznych, rzecz jasna.
Tym razem jednak, Antigone przeceniła swoje zatrważające zdolności ruchowe i gdy dzielił ich raptem jeden krok, potknęła się i z solidnym rozmachem poleciała na skonfundowanego Krukona. Z racji, iż ten znajdował się bliżej krawędzi fontanny, pod wpływem siły, z jaką Hennessy się w niego władowała, majestatycznie poleciał w kierunku jej środka, z donośnym pluskiem uderzając w taflę alkoholowej cieczy. Antigone zaś, zdołała odzyskać wątpliwej jakości równowagę i po wsparciu się na krawędzi fontanny, unikając dotknięcia poparzeń przez procenty zawarte w napoju, podniosła się, dając chwilę umysłowi na przyjęcie zaistniałej sytuacji.
Po chwili perlisty śmiech przeciął powietrze jak sztylet.
- Chodzić możesz? Możesz. Więc kaleką nie jesteś, chyba, że miałaś na myśli kalectwo umysłowe, to w takim razie przemilczę z grzeczności.
Nie pozwoli jej użalać się nad sobą i smęcić nad własnymi bolączkami, a surowe wychowanie niejednokrotnie przenosił na resztę relacji międzyludzkich. Głowa do góry, idziemy na przód. W całej swej wypowiedzi dziewczyna najpewniej kpi z samej siebie, ale tak głęboko podszyta autoironia jest już nie do wykrycia przez lekko autystyczny radar Carrowa.
Nie musi celebrować łyku numer dwa, lecz pod osłoną jej nieustannego spojrzenia, czyni swą powinność jak na człowieka honorowego przystało. Nigdy niczego jej nie obiecywał, a jedynie wspomniał, że nad propozycją się zastanowi, ale skoro fontanna już nie ma przed nimi żadnych tajemnic, łyk w tę lub drugą stronę nie powinien czynić żadnej większej różnicy.
Jednym sprawnym ruchem wyciera gębę i łypie na nią groźnie spode łba.
- Z logicznym myśleniem naprawdę u ciebie kiepsko. Nie musiałbym pamiętać wydarzeń z balu, żeby wątpliwej jakości pocztą pantoflową, dowiedzieć się o swoim stanie. Skoro ja i procenty mamy do siebie uraz, to na cóż mi kolejne problemy? - zamachnąwszy się solidnie, wprawia zawartość fontanny w zmąconą falę, której część głośnym pluskiem kończy na podłodze.
Obserwuje lekki krok Antygony, kapryśny wyraz mogący uchodzić za ograniczoną formę uśmiechu oraz spojrzenie dążące do skrzyżowania źrenic. Najprawdopodobniej, gdyby nie ostatnia czynność wyprowadzająca go z pełni skupienia i świadomości, byłby w stanie pełnego refleksu godnego zawodowego pałkarza zareagować na potknięcie dziewczęcia i jej niespodziewany lot. Nie może niczego chwycić, ani ustrzec się przed nieuchronnym losem, lądując tym samym w lepkiej, cuchnącej niezmazaną z jego godności plamą alkoholu cieczy.
- Jesteś. Martwa. Hennessy. Bardzo. Martwa - wypowiada, podkreślając osobno każde wypowiadane słowo. Wesoły śmiech kwitujący sytuację, jedynie podjudza go do popełnienia krwawego, zimnego mordu na Gryfonce.
Zmoczony do najsuchszej niteczki, powstaje burzliwie i spluwa w pełni pogardy palącym gardło trunkiem; niczym zbity pies wwiercając się intensywnie w sylwetkę dziewczyny. Jeszcze nie wie czy będzie uciekać, ale jeśli to zrobi, to postara się DOGONIĆ NICZYM GEPARD SWĄ OFIARĘ oraz złapać w pół, wynosząc do góry niczym małą kukiełkę. On już wie co z nią zrobi!
O, a to ciekawe, czyli jednak wierzysz w wydarzenia z balu? — spytała, unosząc lekko podbródek. Była święcie przekonana, że Graysen, w całym swoim byciu literalnym bucem, nigdy nie przyjmie do świadomości faktów z wiosennego balu, niesionych od ust do ust, niegdyś będących najświeższą plotką. A Carrow leżący na parkiecie przykleił się do ust hogwardzkich uczniów wyjątkowo uparcie, czyniąc z siebie gorący temat — odrobinę śmieszny, jednak w lwiej części zwyczajnie zaskakujący. — Jeśli masz jeszcze jakieś wątpliwości, to mogę ci pomóc w odwzorowaniu wydarzeń z tego dnia, może to pobudzi twoje zwoje do jakiejkolwiek współpracy — sarknęła ewidentnie, puentując wypowiedź typowym dla siebie prychnięciem — pogardliwym, a jednak nie.
Ciąg zdarzeń gwałtownie przyspieszył, tempem urastając do szaleńczego tańca z dnia balu, do rozgrywek z meczu, osiągnął apogeum dynamiki. Moment, w którym Carrow wpadał do fontanny osiadł na umysłach, wyraźnie odznaczając się na tle innych wspomnień, wprost ze swoistym spowolnieniem przeciskający się przez kratki myśli. Cała sytuacja, w swojej śmiesznej niedorzeczności, zajęła raptem parę sekund, sekund, w których rozproszony Krukon uderzył w przejrzystą taflę alkoholowej cieczy; Hennessy wyprostowała się, gdy tylko przestała zwijać się ze śmiechu, co mogło skwitować napotkanie wzburzonego wzroku Graysena, wprost sączącego złość, ukazującego instynkt mordercy.
Musisz się rozeb... — zamilkła, odchrząkując lekko. — Jesteś mokry.Gratuluję, Hennessy, mistrzu stwierdzeń koniecznych i nieoczywistych. Przez moment nie wiedziała, co powinna zrobić. W myślach jawiła się chęć podjęcia ucieczki, wszak burzliwy wzrok Carrowa wprost wywiercał w niej dziurę. Cofnęła się o parę kroków, oddalając od zasięgu krukońskich rąk.  
Zaczęła uciekać. Przed siebie, jednak nie był to bieg przerażonej ofiary uciekającej przed konsumentem. Bliżej było mu do urywanego śmiechem oddalania się. W pewnym momencie, wyznaczonym literalnie niczym konkretnym, zatrzymała się, obdarzając go najwspanialszym uśmiechem "błagam o litość", na jaki było ją stać.
- Wierzę. Nie wierzę. Robię jak mi wygodniej - odpowiada zgodnie z prawdą, tym samym zastanawiając się jak bardzo pojemne płuca tego dziewczęcia muszą być, skoro na każdym kroku częstuje go przepełnionym rzeczoną pogardą prychnięciem. On by się zmęczył po którymś razie.
Wzrusza jedynie ramionami, okazując pełną obojętność na przytoczoną propozycję pobudzenia wspomnień, nie widzi bowiem większego sensu w całym tym działaniu, a i upartość Antygony utwierdza go w przekonaniu, iż przypomniane wydarzenia mogłyby jedynie sprawić jej ogromną satysfakcję, której z całą swą pyszałkowatością gryfońską by szczerze nie zniósł.
Im dłużej przygląda się ofierze, im dłużej łypie na nią spode łba, tym bardziej przeraża go ciepło rozchodzące się w dół gardła, przenikające przez żołądek, aż do każdej pojedynczej kończyny. Wie, że i niewiele potrzeba jego policzkom, aby zaczęły trącić upokarzającą czerwienią, szczypać i uwydatniać graysenowe słabości.
Podbieganie i gwałtowne zatrzymywanie się w połowie drogi, w całym swym komizmie nie ma większego celu niżeli zastraszenie ofiary ( a raczej zagranie z nią w kotka i myszkę), toteż w pewnym momencie, rozjuszony Carrow, odpina lepkie guziki białej koszuli, nozdrza rozszerzając niczym byk gotowy do ataku czerwonej chorągwi.
Kiedy tylko klejąca i wilgotna część odzienia opada na podłogę, cień uśmiechu przecina jego usta i sam Graysen z rozpędu dobiega do Antygony, tym razem skutecznie łapiąc ją w pół i obalając na ziemię, wprost w puchowe ramiona różowych podusi i kocyków wszelkiej maści.
Przygniata ją swym ciężarem, rękoma sięgając do jej nadgarstków, które zręcznie unieruchamia nad głową brunetki. Niby nie używa przy tym całej swej siły, ale jasnym się staje, że nie ma zamiaru jej puszczać, przynajmniej na ten moment.
- No i co teraz, Hennessy? - wargi wykrzywia w cynicznym uśmiechu, nie wykazując przy tym ani żadnej zadyszki, ani haustu zmęczenia opuszczającego jego płuca. Gapi się na buźkę dziewczyny, chce wychwycić ten jeden, satysfakcjonujący moment, w którym to jeśli nie przestraszona, to w pełni pokorna, odda mu pałeczkę i przeprosi za swe grzechy.
Bo właśnie o to mu chodzi... prawda?
Stron: 1 2 3