Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do wróżbiarstwa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
Spojrzała na Bułhakowa zaintrygowana tym, jak zamierza ukarać Hennessy i prawdę mówiąc... Była zawiedziona. Może nie była mistrzynią karania innych, a kopanie leżącego nie było zbyt szlachetne i jeszcze rok temu nawet nie pomyślałaby o takiej opcji, a teraz siedziała i sądziła, że w tym konkretnym przypadku z chęcią dobiłaby rudą małpę kolejnymi ujemnymi punktami. Ale ona nie była nauczycielem i nie jej było o tym decydować - niemniej, z pewnością nie omieszka wspomnieć o tym na kolejnym spotkaniu prefektów i podać jako przykład totalnego niedostosowania społecznego. Ostatecznie musiała też przyznać, że wypracowanie karne musiało być całkiem dobrą karą dla osoby pokroju Yvon, która unikała robienia wszystkiego, co tylko wymagało myślenia.
Niestety, wyglądało na to, że wszyscy Gryfoni mieli jakieś braki, a pytanie Seymoura ją tylko w tym utwierdziło. Prawdę mówiąc, po zadanym przez chłopaka pytaniu wcale nie wyglądała lepiej od Bułhakowa, a zaskoczoną twarz ukryła za dłonią, którą uderzyła się w akcie żalu nad nimi wszystkimi zbyt mocno w nos.
Na szczęście, nauczyciel nie pociągnął tego tematu i mogli się wreszcie skupić. Nie przesiadła się, mimo to odsunęła nieznacznie od Gryfona i polerowała kulę dalej. Kątem oka obserwowała Bułhakowa, każdy jego ruch i dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że nie wykonywała już powierzonego jej zadania. Odetchnęła głęboko, zamknęła na kilka sekund oczy po czym zaczęła wpatrywać się w kulę. Ciekawa była, czy w ogóle cokolwiek zobaczy.
Wydała z siebie coś na kształt żałosnego jęku rannego wieloryba, umierającego na piaszczystej, dzikiej plaży nie powstrzymując się przed przytknięciem czoła do kryształowej kuli. W niemocy, w żałości z myślą o tak absurdalnym zupełnie niepotrzebnym do szczęścia zadaniu. Doceniła to, że przynajmniej Seymour próbował wdrożyć się w temat, że sprawiał wrażenie równie nieogarniętego sytuacją, a może naprawdę on też książki do wróżbiarstwa czytał tylko dlatego, że wymagano tego na lekcji – a nie traktował tego nad wyraz poważnie, zawsze w ustrojstwie zwanym kulą nie widząc niczego. Tak było też i tym razem, kiedy odsunąwszy się na pewną odległość wpatrywała się w ten znienawidzony obiekt, który nigdy nie miał do ukazania nic. Zerknęła znad kuli na Wittermore. Wspominała już o tym, że nie przepadała przebywać w jednym pomieszczeniu z tą paniusią, co jedynie trzy włosy na krzyż na głowie nosiła? Rodzice powinni wysłać ją na wieś. A w tym stroju to jedynie do karmienia kaczek. W końcu wyglądała jak przemądrzała pastereczka. Aż nosa chciałoby się jej utrzeć, postarać się na następnych zajęciach. Ale...
Z drugiej strony, to nie jej aprobaty potrzebowała, nie takiego chwalenia, dziwienia się. Zmrużyła nieprzyjemnie oczy, kontemplując wyraźnie nad tym czy Wittermore była już przed, czy po klęczeniem przy sławetnych Vakelowych kulach. Parsknęła. Przetarła jeszcze kulę, stukała o nią palcami, kiedy we wnętrzu rozchodziły się kłęby gęstego dymu. Nie układały się w nic szczególnego, nie były to jasno sprecyzowane obrazy, ale Hennessy miała w zanadrzu niesamowitą opowieść o tym, co udało się jej w tych kłębach dostrzec. Przygotowała się na powiedzenie czegokolwiek, byleby tylko nie dostać gorszej oceny.
Cisza. Brak szeptów, szmerów i wiercenia się na fotelu. Zadziałało to na Vakela tak kojąco, że zamrugał dwa razy i spojrzał w tworzące się w kuli obłoki. Mgła spoczywająca na przekazywanej mu właśnie wizji zaczęła się rozrzedzać, a Bułhakow zmarszczył brwi, widząc wyłaniającą się z dymu, wierzbową różdżkę, którą znał tak dobrze. Oczom wróżbity ukazała się ręka brata, wyciągnięta do przodu, trzymana sztywno i niepewnie, a następnie twarz. Zdawała się nie wyrażać żadnych emocji, a jednak po chwili dostrzegł zeszklone oczy, a po policzku Jewgienija spłynęła żałosna, samotna łza. Rozchylił usta, a wargi zakomunikowały wypowiedzenie najpotworniejszego ze wszystkich zaklęć. Avada Kedavra i wizja rozmyła się w błysku zielonego światła, po chwili na powrót pokrywając warstwą bliżej nieokreślonych kształtem chmur.
Milczał, nie drgnął nawet, czekając aż wszyscy skończą, co jakiś czas zerkając w ich stronę. Wstał dopiero w momencie, w którym stwierdził, że wszyscy już skończyli i/lub mają dość. Oparł dłonie na biodrach, co było pozycją, dla niego przynajmniej, dość nietypową.
- I jak, udało wam się dostrzec coś nietypowego? Opowiedzcie o tym koniecznie. Może zaczniemy od Hennessy? Wyższy rocznik, więcej doświadczenia... Chyba, że macie wcześniej jakieś pytania? - z początku planował opowiedzieć wpierw to, co sam ujrzał, spodziewając się dostrzeżenia mało istotnego przebłysku losowego wydarzenia, ale to... miał im teraz wmawiać, że zobaczył siebie w nowych skarpetach? Oczywiście mógłby, zrobiłby to, gdyby ktoś się go zapytał, ale wolał posłuchać o tym, jak próbowali dostrzec w kształcie chmury banana. Przynajmniej było zabawniej.
Kiedy tylko usłyszała swoje imię, poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku wywołany stresem. Powinna przestać liczyć na łut szczęścia, kiedy znajdywała się na jakichkolwiek zajęciach. Czekała, aż ktoś uratuje ją z tej sytuacji, rzuci kolejnym niewybrednym pytaniem, ale w pomieszczaniu nie usłyszała ani jednego chętnego do odpowiedzi głosu. Zawiesiła wzrok na kulistym przedmiocie.
Jeszcze przez chwilę udawała niesamowicie skupioną, a kiedy niepewny wzrok uniosła z powrotem na nauczyciela, zaczęła się z dokładnością co do słowa wypowiadać, przekazując wymysły.
- Widziałam mężczyznę. Znamy się, ale teraz nie możemy się kontraktować. Smoki. Trzy. Gdzie wzrokiem nie sięgnąć, tam kłęby gęstego dymu. A także wyzierający się z gardeł ogień, a później wyraźny pęd. Ludzie. Potwory, wzbijające się w niebo na pokaleczonych skrzydłach. Łańcuchy. Przepiłowane do tego stopnia, że wystarczy porządne szarpnięcie, żeby się z nich uwolnić. - Opowiadała nie tyle co z przejęciem, w końcu to mogłoby zostać odebrane za zbyt sztuczne, a ze spokojem, może nutą konsternacji kiedy świadomie w opowieści umieściła tego, od którego dawno nie dostała już znaku życia zaczynając z każdym dniem wymyślać nową historię, powód nagłego odcięcia kontaktów. Spuściła wzrok. Gdyby tyko to ustrojstwo mogło pokazać jej prawdę. Kiedy skończyła, nawet nie czekała na specjalną pochwałę, tylko wsparła dłoń o policzek wiedząc, że niedługo ulubienica Vakela dojdzie do głosu. Nie zamierzała wsłuchiwać się w jej wypowiedzi, ani tym bardziej w nie świadomie ingerować.
Przez chwilę polerowała jeszcze kulę i kątem oka obserwowała ruchy profesora Bułhakowa. Robiła to dosyć dyskretnie nie chcąc, by ktokolwiek zwrócił na to uwagę. Gdy zobaczyła, że ten skupia się na wróżeniu, sama postanowiła poświęcić chwilę na zadanie, jakie im przygotował. Nie była pewna, czy to w ogóle zadziała, co zobaczy i czy w ogóle coś się w tej kuli pojawi. Westchnęła i zamknęła oczy, próbując się wyciszyć. Wyobrazić sobie, że Hennessy wcale nie siedzi w tej samej sali, że serce nie bije jej szybciej niż powinno.
Po otworzeniu oczu widziała w kuli przede wszystkim mgłę, czyli tak naprawdę nic niezwykłego. Potem jednak coś się z niej wyłoniło. Zobaczyła las i namiot. Nic więcej, bo obraz znowu przykryła mgła. Przygryzła wargę i próbowała wypatrzeć coś jeszcze, całkowicie niepewna, czy robi to dobrze. Wkrótce obłoki rozsunęły się jeszcze raz, a jej oczom ukazała się sylwetka, ach tak dobrze jej znana! Profesor Bułhakow siedział na pomoście, a w ręce trzymał wędkę. Nim jednak ujrzała więcej szczegółów, mgła w kuli się zagęściła i już niczego nie mogła dostrzec.
Przez chwilę siedziała w milczeniu i próbowała rozgryźć, co tak naprawdę zobaczyła. Nie była nawet pewna, czy przypadkiem sobie tego nie wmówiła - w końcu pojawił się w wizji profesor B. i wiadomym było, że mogła podświadomie bardzo tego chcieć.
Wypowiedzi Yvon nie słuchała. Nie interesowała jej, a poza tym, cały czas miała przed oczami te dwie króciutkie sceny, tak bardzo urwane. Tak bardzo bez kontekstu i bez jakiegokolwiek... sensu.
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero fakt, iż nadeszła jej kolej. Odsunęła się nieznacznie od kuli i chrząknęła spoglądając w twarz Vakela niepewnie. Nie wiedziała, jak zacząć. Czy w ogóle o tym mówić.
- Widziałam las i namiot. Wędki, pomost i pana. - Powiedziała cicho, patrząc na niego nieobecnym wzrokiem. - I nic więcej. Wszystko było bardzo zamglone i trochę bez sensu. Chyba zrobiłam coś nie tak. - Dodała po chwili cicho, przyznając na głos do bliżej nieokreślonego błędu, jakby zapomniała, że w sali siedziała z nimi Yvon. Myślami cały czas była gdzie indziej i siłą musiała sprowadzić się na ziemię.
- A pan, profesorze? Co pan ujrzał? - Zapytała zaciekawiona.
Westchnął, kiedy profesor zapalił świeczki i zasunął kotary. Wziął swoją kulę w obie dłonie i bezpardonowo położył się na podłodze, unosząc ją do góry i wpatrując się w nią. Od zawsze mu się w ten sposób lepiej myślało. Wiedział, że niewiele w tej kuli zobaczy. Nie miał daru. Z tego powodu znacznie bardziej wolał wróżenie z fusów z określonymi symbolami, tarota, albo dłonie. Kula była najgorsza, najnudniejsza i najtrudniejsza w interpretacji. Mimo to dość poważnie traktował ów przedmiot toteż się starał.
Zaciągnął się głęboko zapachem świeczek i kadzideł, zanurzając w mętnym obrazie chmur pływających w szkle. Zastanawiał się chwilę, jakie pytanie zadać. Myślał i myślał, a mgły przewalały się z jednej strony na drugą. W końcu westchnął i zamknął oczy, a kula przybrała na dole mleczną barwę.
- Isabelle Malfoy się ze mną nie umówi. W tym miesiącu - jęknął, udając rozczarowanie i wrócił do badania mgieł. Seymour próbował skupić się na czymś istotniejszym, czymś ulotnym, eterycznym. Próbował wypatrzeć w ruchach kłębów jakieś kształty, budował skojarzenia.
- Widzę... - Zaczął, marszcząc brwi i nie do końca wiedząc, jak ma interpretować chmurki przemieszczające się to z góry, to na dół kuli. - Widzę psa biegnącego przez pole. Następuje na węża, który oplata go z zamiarem uduszenia. Szarpią się. Pies wygrywa i rozszarpuje gada na malutkie kawałeczki, z których wystrzeliwują tulipany, kiedy te padają na ziemię. Wtedy, kiedy nie ma już po nim śladu, pies wyje do księżyca i zamienia się w ogromny dąb.
Na koniec wzruszył ramionami i podniósł się do siadu. Nie wiedział, co to wszystko oznacza, nie wiedział, czy może zaufać swoim przeczuciom. Ale przynajmniej się starał. Może to wszystko było na wyrost, może to nie była walka psa z wężem, a wyścig dzikich kaczek, które nie zamieniły się w tulipany, tylko wystrzeliły gradem chmur w niebo. Było mu to obojętne.
Bułhakow, którego prorocze wizje prześladowały już od czasów wczesnego dzieciństwa traktował wszelkie rodzaje obrazków ukazujących się w szklanej kuli niesamowicie poważnie. Gorzej było z wiarą, szczególnie w takie osoby jak Yvon Hennessy. Na szczęście nie był już pracownikiem ministerstwa i nie musiał przejmować się opowieściami o smokach zrywających się z łańcuchów, bo na pokazy wybrać się i tak nie zamierzał, a informacja o chęci zabrania tam gromadki Malfoyów jeszcze do uszu Rosjanina nie dotarła, więc nie miał ich za bardzo przed czym ostrzegać. Wsłuchiwał się więc w ich próby interpretacji dymu w kuli ze spokojem i uwagą wypisaną na twarzy, rozdając każdemu po kartce, piórze i paletce. Rozsunął również zasłony, a kiedy białe, dzienne światło wpadło do pomieszczenia aż syknął, ocierając formującą się w kąciku lewego oka łzę. Następnym razem użyje mózgu. Tak przynajmniej sobie postanowił. Świetnie. Jedna widziała smoki, druga jego w namiocie, a trzeci nawdychał się kadzideł.
- Widziałem w kuli waszą niedopitą herbatę. - powiedział z tak pochmurnym wyrazem twarzy, że wprost mówił - ciągnięcie tematu nie ma sensu. - Wspaniale. Zanotujcie to, możecie użyć do tego kolorów i na następne zajęcia przyniesiecie mi o tym wypracowanie w długości na minimalnie jedną rolkę pergaminu. Poinformujcie o tym kolegów, których dzisiaj nie ma. Nie obchodzi mnie kiedy do mnie przyjdą, ale mają przyjść, mają skorzystać z kuli i też piszą, więc nie martwcie się - ich również żadna zabawa nie ominie. Macie czas do następnych zajęć.

@Vakel Bułhakow: +20 Punktów Specjalnych, +10 Punktów Nauki, +30ʛ
@Kaylin Wittermore: +15 Punktów Specjalnych, +10 Punktów Uczniowskich, +5ʛ
@Yvon Hennessy: +15 Punktów Specjalnych, +10 Punktów Uczniowskich, +5ʛ
@Seymour Hardy: +10 Punktów Specjalnych, +10 Punktów Uczniowskich, +5ʛ

Na zadanie domowe daję wam czas do 10 kwietnia. Wysyłacie je na sowę Vakela.

Yvon i Seymour
Koniec sesji
, Wittermore zostaje.


- Chciałaś mnie o coś zapytać, panienko Wittermore?
Milczała. Wpatrywała się jeszcze przez dłuższą chwilę w kulę i myślała. Próbowała skupić wzrok i swoje własne myśli tak bardzo, że w końcu rozbolała ją głowa. Zaczęła masować skronie jednocześnie zamykając oczy i wzdychając cicho. Koniec wpatrywania się w kulę na dziś, tak właśnie postanowiła. Choć prawdę mówiąc, to wszystko, co działo się ostatnio bardzo intensywnie na nią działało i sama nie wiedziała, czego spodziewać się po tej wizji. Prawie prychnęła w myślach na samą siebie - czego miała się spodziewać, jak nie tego, że po prostu zabujała się w Bułhakowie tak bardzo, że wszędzie go widziała?
Otworzyła oczy i słuchała uważnie jego odpowiedzi. Po wyrazie twarzy wiedziała, że nie chciał o tym rozmawiać, więc nauczona już doświadczeniem, po prostu nie pytała. Nie sądziła jednak, by chodziło o zwykłą herbatę. Czy miało stać się coś złego? Czy wiedział o czymś, co mogło zagrozić im wszystkim? Wszak to ona ciągle widziała... Nie, nie mogła panikować. Była z natury spokojną osobą, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Tak miało być nadal!
Dopiero po chwili zamyślenia dotarło do niej, że zaczął zadawać pracę domową. Złapała szybko za pióro i zapisała ją sobie na kartce przygryzając wargę i mając nadzieję, że usłyszała wszystko, co potrzebne. Cały czas bolała ją głowa i gdy lekcja się skończyła odetchnęła z ulgą. Chciała z nim porozmawiać, więc nie mogła iść do dormitorium od razu, ale przy nim czuła się trochę lepiej. Luźniej, swobodniej... bezpieczniej?
- Tak, przepraszam, że zajmuję panu czas. Ja... - Zaczęła i spojrzała na jego twarz, jednocześnie chowając kulę do pudełeczka i zbierając przedmioty. Skoro już miała zatruwać mu dupę, postanowiła trochę pomóc.
- Właściwie to mam dwie sprawy. Pierwsza jest bardzo organizacyjna. Nie wiem, czy pan o tym wie, czy wie o tym profesor Fletcher... Theodore Callaghan jest animagiem. Przyłapałam go w sowiarni i gdy zapytałam, czy ktoś o tym wie, powiedział, że tak i że jest animagiem zarejestrowanym. Ufam, że jako prefekt nie okłamałby mnie, jednak czuję się w obowiązku o tym poinformować, a skoro jest pan opiekunem jego domu... - Umilkła kończąc składać swój zestaw i biorąc się za ten, z którego korzystał Seymour. Przez dłuższą chwilę nie mówiła niczego innego, po prostu milczała. Czuła, jak zaciska jej się żołądek.
- Co może mi pan powiedzieć o jasnowidzeniu? - Wypaliła wreszcie i spuściła wzrok.
Zastanawiając się wciąż nad wizją ukazaną mu przez szklaną kulę nie wpadł nawet na to, by choćby udawać, że ma czas na polekcyjną pogadankę, co zasygnalizował wyciągnięciem z kieszeni papierośnicy i położeniem jej na blacie swojego stolika. Widział wyraźnie, że dziewczyna stresuje się tematem, więc wyciągnął jej szklaną kulę z ręki i skinął głową na siedzenie.
- Nie musisz tego robić. Dopij swoją herbatę. - powiedział, z naciskiem na drugie zdanie. Najwyraźniej nieopróżnione filiżanki przynajmniej trochę Bułhakowa zdenerwowały, ale po głębszym rozpatrzeniu sprawy nie dziwiło to wcale - wszakże jego herbaciana pasja już dawno wymknęła się spod kontroli i można było stwierdzić, że powoli przeradzała się w manię. - Owszem, jestem świadom tego, że prefekt mojego domu jest animagiem, panno Wittermore i mogę potwierdzić jego legalną rejestrację w spisie brytyjskiego ministerstwa magii.
Wyciągnął kasztanową listewkę, którą zaczął obstukiwać kule przed umieszczeniem ich na powrót w skrzyneczkach, ostrożnie odkładanych przez numerologa na swoje miejsce. Lubił mieć nad wszystkim kontrolę, więc pomaganie mu w sprzątaniu bez bycia o to poproszonym odebrał dość negatywnie, chociaż nie chciał Krukonki tym zadręczać. Wystarczyło, że już teraz wyglądała jakby szła na ścięcie.
Nabrał powietrza.
- Jasnowidzenie, panno Wittermore to zdolność rzadka. Mniema się, że wrodzona, chociaż tak naprawdę nikt nie dowiódł jej faktycznego źródła. Znałem widzącą, kiedy studiowałem w Petersburgu i przyznam otwarcie, że samo oglądanie skutków napadów było ciekawym doświadczeniem. Otóż, chociaż ciężko w to uwierzyć, łapała nas czasami za fraki i krzyczała słowa, nie zawsze konkretne, chociaż zdarzało się, że przewidywała jakieś zdarzenie co do godziny... a później nic, absolutnie nic nie pamiętała. Osoby z tą niezrozumiałą dla innych zdolnością widzą obrazy, słyszą głosy i czasami, ale nie zawsze - wypowiadają proroctwa. Nie wiem czy wiesz, ale brytyjskie ministerstwo posiada departament zajmujący się przechwytywaniem takich proroctw i umieszczaniem ich w zamknięciu, gdzie tylko osoby najwyższego szczebla będą miały do nich dostęp. Zabawne, prawda? A podobno, cytując uczniów przechadzających się po korytarzach Hogwartu - nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w takie bzdury jak wróżby i jasnowidzenie. Najwyraźniej pana Croucha należy przebadać.
Choć była zdenerwowana, jej uwadze nie uszły takie rzeczy, jak wyciągnięta papierośnica, czy dosyć zamyślony wzrok profesora. Czując podświadomie, że Vaksilij nie ma czasu chciała zrezygnować z poruszania tego tematu i po prostu uciec z sali, przepraszając, że w ogóle wpadła na pomysł zawracania mu głowy. Powstrzymała się jednak w ostatniej chwili. Policzyła do trzech i trochę odetchnęła, siadając na wskazanym przez niego miejscu. Sięgnęła po herbatę i zaczęła ją pić. Lubiła, gdy ją nią częstował. Nigdy nie piła lepszej i za każdym razem, gdy proponował zgadzała się na filiżaneczkę gorącego, pachnącego napoju.
- Robi pan naprawdę dobrą herbatę. Ale to już pewnie pan wie. - Powiedziała uspokajając się nieznacznie. Rozluźnienie, choć tylko częściowe, było widoczne w jej ruchach i przede wszystkim, w wyrazie twarzy.
- W takim razie w porządku. Mam nadzieję, że rozumie pan, czemu z tym do pana przyszłam. - Powiedziała kiwając głową. Naprawdę ulżyło jej, bo Theodore był bardzo miłym chłopcem i musiała przyznać, że nawet go lubiła. Nie chciała żeby pakował się w jakieś kłopoty.
- Właściwie, nie do końca o to chciałam spytać. Przepraszam. - Zaczęła z miną, która wskazywała na skruchę. - Jest pan jedyną osobą, z którą mogłabym i chciałabym o tym porozmawiać, choć ciężko wydobyć mi jakiekolwiek słowa. Zawsze miałam siebie za osobę całkowicie przeciętną, nieuzdolnioną. Ostatnio jednak dotarło do mnie, że mogłam przeoczyć pewne... znaki. - Zrobiła przerwę na dopicie herbatki i odstawienie filiżanki na stoliczek. Potem odetchnęła kilka razy i zebrała się na odwagę.
- Wie pan, miewam sny. Od jakiegoś czasu, te same, natarczywe. Nie dające mi odpocząć, wwiercające się w pamięć i umysł. Ciągle widuję te same obrazy i prawdę mówiąc, bardzo mi się one nie podobają. Czuję niepokój, za każdym razem, gdy tylko sobie o tym przypomnę. Nawet teraz przebiegają mi po plecach ciarki. Z pewnością zignorowałabym to tak, jak robiłam do tej pory. Niedawno minęło jednak pół roku odkąd zaczęły się pojawiać, a one nadal nie chcą zniknąć. To sprawiło, że zaczęłam dużo o tym myśleć. Coraz więcej czytać. A potem przypomniałam sobie kilka sytuacji z przeszłości i zaczęłam się po prostu zastanawiać, czy to możliwe... - Urwała. Czuła się idiotką, gdy opowiadała mu o swoich domysłach. A jeżeli się myliła i to nie miało nic wspólnego z trzecim okiem?
- Kilka lat temu miałam wypadek, w którym zginęli moi dziadkowie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że zanim do tego doszło w mojej głowie pojawiały się znaki, których wtedy nie zauważyłam. Może wyolbrzymiam, może sobie dopowiadam. Może moja potrzeba bycia kimś innym wywołała we mnie to całe uczucie... Sama już nie wiem. Dlatego przyszłam do pana, bo wiem, że się pan na tym zna i być może będzie umiał pan odpowiedzieć na moje pytania. - Skończyła, z każdym zdaniem mówiąc coraz ciszej. Dopiero po chwili była w stanie spojrzeć mu w twarz.
Doszedł do momentu, kiedy jej lizusostwo było już męczące, ale nie widział innej drogi, niż w to brnąć. Nie pasowała mu ta historia, bo najzwyczajniej w świecie nie chciał od niej żadnej wyjątkowości. Pasowała mu zwyczajna, możliwa do utarcia i urocza. Młoda prorokini gryzła się z jego wizją Wittermore i jej monolog mocno go wynudził.
- Dostrzeżenie u pewnych osób zdolności tego typu przez osoby trzecie graniczy z cudem, dlatego uważam, że jest to twoja sprawa indywidualna. - a przynajmniej taka, z którą nie chciał mieć do czynienia. - Dostrzeganie symboli w snach jest kłopotliwe, ponieważ nie ma określonego schematu, nie da się ich wyczuć. Można zasugerować się doświadczeniem innych, masz w bibliotece spory dział dotyczący dostrzeganiu symboli, więc nie powinnaś mieć z problemu ze znalezieniem interesującej lektury, ale nie możesz odebrać każdego słowa dosłownie. Ile ludzi, tyle opinii. Ilu wróżbitów, tyle sposobów interpretacji. Dla jednych dziecko to świat, dla innych... przekleństwo. Rozumiesz to, prawda? Nie znam odpowiedzi na twoje pytania, bo tak naprawdę żadnego nie zadałaś. Stwórz sobie sennik, Wittermore, notuj to, co widzisz. Dostrzegaj szczegóły i podobieństwa. Nie ma innej rady, a mówi ci to człowiek, który żyje z tym całe życie. - westchnął ciężko, odkładając ostatni kuferek na miejsce. Wtedy posprzątał również materiały piśmiennicze, które rozdał w celu umożliwienia im odnotowania swoich wizji. - Niestety nie mogę dzisiaj porozmawiać z tobą dłużej, ponieważ za chwilę mam kolejne zajęcia, a muszę jeszcze zapalić, bo zaraz dostanę szału. - mówiąc to wyciągnął sobie papierosa, którego wsadził do ust i szybko umył filiżanki. - Wsadź ją proszę do zlewu, kiedy skończysz. Umyję ją później. Nie darowałbym sobie, gdybym miał się spóźnić. - ciągnął, chociaż trzymając coś w zębach brzmiał dość zabawnie. Po chwili zniknął za drzwiami, jak zawsze zmęczony i zabiegany. Praca, praca, zawsze tylko praca.

Koniec sesji
Zdecydowanie nie tego oczekiwała po rozmowie z Bułhakowem, choć... Właściwie sama nie wiedziała, czego chciała. Czuła się teraz jednak jeszcze gorzej i dużo bardziej niepewnie niż do tej pory. Słuchałą jego słów, zapamiętując je wszystkie i kiwała co jakiś czas głową dając znać, że rozumie, co ten do niej mówi. Bawiła się przy tym kantem spódnicy i zastanawiała, czy na pewno czuła to, co jej się wydawało. A może sobie to wszystko wymyśliła?
W tym momencie coś w niej zaprotestowało, jakby wzburzyło się w ogóle takim myśleniem. I właśnie przez to uczucie postanowiła zastosować się do jego rady i przewertować dział wróżbiarski jeszcze raz, choć była tam całkiem niedawno. Notować, interpretować. Słuchać samej siebie. Tak zamierzała postąpić.
Nie zdążyła się z nim pożegnać, a jego nie było już w sali. Została w niej więc sama, na co jedynie westchnęła. Dopiła herbatę, potem wsadziła filiżaneczkę do zlewu i wyszła zdając sobie sprawę, że chyba spóźniła się na kolejne zajęcia. Przyspieszyła więc kroku i zostawiła za sobą całą tą rozmowę, która była jeszcze gorsza niż to, co sobie wcześniej wyobraziła.

z/t
Wróżbiarstwo to taka lepsza wersja run. Znaczy się runy to gorsza wersja wróżbiarstwa. Gadanie o pierdołach wysnutych na podstawie halucynacji z niedożywienia, ale bywało śmiesznie.
Rurek zabrał potrzebne rzeczy w łapkę i ruszył na kolejną lekcję, którą pewnie spędzi sam na sam z nauczycielem. Hoho. Może znowu wykombinuje coś ciekawego, może znowu na lekcję wpadnie jakiś młodszy uczeń... Szkoda, że nie zaprosił Cyryla.
Wbił do sali, zajął najbardziej wysuniąte do przodu miejsce i czekał... na zbawienie. A może nauczyciel nie przyjdzie i będzie mógł sobie pospać? Prawdę mówiąc był trochę zmęczony. Wczoraj zasiedział się przy książce z pająkami, którą powinien w końcu oddać do biblioteki. Kiedyś ją odda.
Nadejście Lestrange oznajmiał głuchy stukot butów, rozlegający się na korytarzu, gdy energicznym krokiem zmierzała w kierunku sali wróżbiarstwa. Silnym pociągnięciem otworzyła drzwi, aby po chwili mogło zabrzmieć w powietrzu brzmienie spowodowane ich zatrzaśnięciem. Już w progu omiotła wzrokiem klasę, która zionęła pustkami, po chwili ogniskując wzrok na jedynym uczniu, którego obecność wypełniała salę. W myślach wertowała nazwiska, które zdążyła już zapamiętać, aby po chwili nikłego skupienia, unieść jedną brew.
Widzę, że jesteśmy dzisiaj w licznym gronie, Marquez — zaczęła powoli, w swoim standardowym geście zmierzając do wyższego stolika znajdującego się przy stanowisku nauczyciela. Położyła nań podręcznik, który dzierżyła w dłoni, lekko stukając paznokciem w blat, myśląc, jaki temat powinna zrealizować posiadając do swojej dyspozycji jednego, piątorocznego chłopca.
Czym jest onejromancja? Jesteś w stanie mi wytłumaczyć to pojęcie? — spytała po chwili, będąc pewna tematyki, która miała zagościć na dzisiejszej lekcji. Spojrzała na ucznia wyczekującym wzrokiem, nie spodziewając się po jego nieskażonym myślą wyrazie twarzy niczego nadzwyczajnego, ba, przygotowując się do samodzielnego wyjaśnienia zagadnienia.
- Dzień dobry, pani profesor. Ostatnio w takim licznym gronie pojawiam się na niemal każdej lekcji - posłał nauczycielce uśmiech. Było mu trochę smutno, że nikt nie przyszedł. Ale z drugiej strony nikt nie zniszczy mu nadziei na dobrą zabawę, tak jak to zrobił Finian na runach. Właściwie to było całkiem śmieszne, że Gryfon szczerze chciał się czegoś nauczyć na tej lekcji, która niestety nie wypaliła.
Pani profesor zadała pytanie, na które Ururu postanowił odpowiedzieć całkiem szczegółowo. Ale nie oszukujmy się, nie wyjdzie mu. Skupił swoje miodowe ślepka na nauczycielce. Onejromancja. Ururu lubił takie ładne wyrazy. Szczególnie, kiedy kryło się za nimi coś wartościowego, a w tym wypadku... no nie do końca tak było. Ale właśnie. Ururu wiedział, że w snach odbija się jednak jakaś prawda, aczkolwiek nie wiązał z nią przyszłości, lecz bardziej teraźniejszość.
- Onejromancja to wróżenie ze snów. Polega na interpretacji tego, co nam się śniło, a dokładniej na wydobywaniu poszczególnych symboli z marzeń sennych, którym przyporządkowane jest znaczenie, zależne od kontekstu. Kontekst jest tutaj bardzo ważny, bo potrafi całkowicie zmienić symbolikę. Sztuka ta jest bardzo stara, korzystano z niej już w starożytności. Należy też do jednych z bardziej popularnych, ponieważ nie należy do specjalnie trudnych. Każdy może nabyć sennik ze spisem symboli i znaczeń - powiedział całkiem zgrabnie. Zakończył nieco szerszym uśmiechem. Od razu zaczął sobie przypominać, co mu się dzisiaj śniło. Pewnie zaraz będą ćwiczyć interpretację symboli w praktyce. Niestety nie zapamiętał chyba tego dzisiejszego snu, jednak po głowie chodził mu jeden, który miał jakieś dwa miesiące temu, kiedy to usnął w skrzydle szpitalnym podtruty przez kolegę. Paskudna przygoda.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11