Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do wróżbiarstwa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11
Bardzo oczywista odpowiedź, panno... — zawiesiła głos, chcąc znaleźć odpowiednie nazwisko, właściwe jednak nie chciało wynurzyć się z wartkiego strumienia płynącego wspomnieniami, nie poszło z nim tak dobrze, jak z tym należącym do Carrowa. Zmrużyła lekko oczy, po czym zbyła trud machnięciem ręki. Wszak kogo by interesowały ich imiona? — Jednak czy mając do dyspozycji wróżenie z fusów i grzebanie w brzuchu owcy złożonej w ofierze, wybrałabyś to drugie? Śmiem wątpić. — Uniosła lekko brwi, podsumowując tym głupią prostotę, która zawarła się zgrabnie w słowach Puchonki. Szybko tę drobną nieścisłość nadgoniły słowa Wittermore, którą uprzednio zmierzyła ją uważnym wzrokiem. Jeśli zgodnie z jej zaleceniami sięgnęła po eliksir sporządzony przez pielęgniarkę, efektów musiał nie przynieść. Prędzej mogła jednak zwalić to na karb drobnych opóźnień w tej materii. Całą swoją uwagę zogniskowała na słowach Krukonki, skinąwszy głową, gdy wypowiedź dobiegła końca.
Zgadza się. Poza tym, przyczyn możemy się doszukiwać w dawnej mentalności ludzkiej. Udział we wróżeniu z wnętrzności, podobnie jak wizyta u wyroczni, miały szczególną wartość, która pozwalała rozjaśnić pewne niedomknięte sprawy. Sama specyfika wróżenia z wnętrzności uruchamiała pewne mechanizmy — wyrzuty sumienia, niezadowolenie z własnych decyzji tudzież z ich skutków. Podłamana psychika w kontakcie z uszkodzoną wątrobą, która symbolizuje nieszczęście, w późniejszym czasie powodowała samoistną wróżbę. — Zatrzymała się, oczekując jakiegokolwiek lichego znaku, który pozwoliłby stwierdzić, iż jej paplanina nie przechodzi niczym wiatr przez puste mózgi uczniowskie. — Dlatego właśnie, często to było zwykłe placebo. Przejdźmy do iście ekscytującej praktyki. — Wskazała dłonią na model wątroby, goszczący na stoliku zajmującym miejsce nieopodal Lestrange. Standardowo, posiadającym wyznaczone szesnaście rejonów nieba i czterdzieści wpływów bogów. — Jak wspomniałam, wróżenie z wątroby budziło uśpione wyrzuty czy żal. Czas na wasz rachunek sumienia. Powiedzcie mi, co czujecie dotykając tej wątroby.
Słuchała wypowiedzi Kim. Być może, gdyby czuła się lepiej pokusiłaby się o poprawienie koleżanki, dopowiedzenie czegoś i wyplucie z siebie kolejnej, czysto książkowej wiedzy, jaką zdobyła przez szesnaście lat swojego życia. Teraz jednak nie mówiła więcej, niż powinna. Tylko tyle, by zaklepać aktywność na lekcji, by powiedzieć coś mądrego, ale jednocześnie nie skomplikowanego. Takiego, by jej zmęczony umysł za tym nadążył i by nie zaplątała się w tym za bardzo. Kątem oka spoglądała na siedzącego obok Graysena i westchnęła tylko słysząc z jego strony... ciszę. Mógł powiedzieć coś mądrego, może nawet zdobyłby jakieś punkty dla domu? Ach, zabawne, jak bardzo przejmowała się takimi drobiazgami, skoro potrafiła o tym myśleć nawet w stanie skrajnego wyczerpania. Niemniej, uśmiechnęła się pod nosem - nie wiadomo tylko czy do niego, czy do nauczycielki czy bardziej do samej siebie.
- To może ja pierwsza. - Powiedziała ledwo podnosząc się z krzesła. Wolała mieć to już za sobą, zwłaszcza że dotykanie wnętrzności zwierząt do przyjemnych z pewnością nie należało. Położyła dłoń na wątrobie, starając się powstrzymać nasilające się mdłości. Uch, obrzydlistwo!
- Jest jakiś konkretny sposób, w jaki należy tego dotykać? Coś, o czym należy myśleć? A może trzeba po prostu czekać w milczeniu? - Zapytała nauczycielki, jednocześnie powstrzymując napływające do oczu łzy obrzydzenia. Miała nadzieję, że długo nie będzie musiała czekać na efekt i choć raczej wątpiła w skuteczność akurat tej metody wróżenia, musiała przyznać, że po pewnym czasie zaczęła czuć się... Dosyć niekomfortowo. Zadrżała i przygryzła wargę. Nie umiała określić uczuć, które zaczęły się w niej rodzić.
Wstyd? Złość? Wyczerpanie? Czym było to coś, co sprawiło, że zrobiło jej się gorąco?
Kaylin miała problemy z emocjami, nigdy ich nie rozumiała. Czytała o nich bardzo dużo, by umieć je naśladować, by umieć nazywać chociażby podstawowe z nich. Do tej pory największy problem miała z miłością, bo to co czuła nie zawsze było zgodne z wyuczoną formułką, a według niej tym właśnie było. Ale od jakiegoś czasu borykała się z uczuciem, którego w ogóle nie rozumiała.
Zaciskający się żołądek, rozchodzące po całym ciele ciepło, rumieńce wypływające na policzki. Właśnie to teraz czuła, gdy z jej ust wydobył się cichy, dosłyszalny jedynie przez stojącą najbliżej nauczycielkę jęk, którego istoty dziewczę nie potrafiło pojąć. Jak się można domyślić, skamieniała od natłoku uczuć nie powiedziała absolutnie nic. Czy było to wywołane jej problemem z emocjami, czy może kwestią natłoku uczuć, jakie pojawiły się w niej przez zdolność zwaną trzecim okiem? Tego żadne z nich nie wiedziało i pewnie nigdy się nie dowie.
Spojrzała na kawałek wątroby na swoim stoliku i mruknęła czując jak to śmierdzi. osobiście nie miała nic do surowego mięsa, ale nie lubiła go dotykać, ani wąchać. gdy robiła w domu obiad to zwykle tata był od mięsnych dań. Sama nienawidziła babrać się w surowym mięsie. popatrzyła na nauczycielkę i uniosła brew do góry. tyknęła palcem mięsa, które zatrzęsło się jak galareta. Co czuła. gapiła się na wątrobę i gapiła.
- O! - zawołała.- Ja coś czuję - powiedziała gapiąc się na kawałek mięsa. - Czuję... czuję... - jeden odruch wymiotny. - Śniadanie - drugi odruch wymiotny. Poczuła kropelki potu na czole. - Wie pani, ja chyba nie umiem poczuć nic oprócz śniadania - mruknęła i odsunęła się od czerwonego, mięsistego, galaretowatego, surowego, tak bardzo błyszczącego mięska. czuła jak jajecznica, z pyszną kiełbaską cofa się jej z żołądka do gardła, jak pięknie, kwasowo toruje sobie przejście przełyku chcąc, by panna Miracle ponownie zasmakowała pysznego hogwardzkiego śniadanka tego dnia. Zasłoniła mięcho kartką i usta dłońmi - Mogę wyjść? - zapytała, ale w tym momencie przełknęła i całe śniadanie wylądowało ponownie w brzuchu. Kaszlnęła i pokręciła głową marszcząc przy tym nos. - Już nie muszę.
Normalnie już dawno zasnąłby oparty o własną dłoń, lub wzrok zawiesiłby w odległym punkcie klasy, niechętny do przyswajania wiedzy z durnowatego przedmiotu. Zabawne, ale temat dzisiejszej lekcji zainteresował go na tyle, aby wysłuchać dokładnie wypowiedzi każdej z przedstawicielek płci pięknej i w głowie zanotować potrzebne notatki. Chociaż tyle, ale dla jego dotychczasowej niechęci do Wróżbiarstwa to i tak wiele.
Sam nie odzywa się i nie wnosi nic do lekcji, nie może pochwalić się wybitną, popisową wiedzą, toteż zostaje przy biernym zaangażowaniu i żywej reakcji zainteresowanego spojrzenia. Kątem oka zerka na Kaylin i upewnia się czy aby dziewczę nie jest gotowe zbełtać się przed siebie, lub co gorsza, na jego własną szatę, o którą biedak stara się dbać, tak jak tylko może i na ile pozwala mu rozpuszczenie typowe dla paniczyka dziedzica. Nie musiałby zezować na każdą z dziewcząt, aby domyślić się, że panikują i zanoszą się płaczem. Cierpieniem.
Łapy Carrowa aż palą się do dotykania kawałka gładkiego, cuchnącego mięsiwa. Może i jest zboczony, ale nie będzie ukrywał swych prawdziwych emocji, o nie.
-Nie czuję żadnych wyrzutów sumienia czy żalu. Wręcz przeciwnie. Jestem podekscytowany - stwierdza na głos, szybko nawiązując kontakt wzrokowy z nauczycielką - oceniam, że ujawniają się we mnie pierwotne instynkty pierwszych ludzi. Coś jakby przeszywała mnie energia koczujących plemion, które aby przeżyć polowały na zwierzynę łowną. Mógłbym być myśliwym, który po obdarciu ze skóry zwierzęcia, zajmuje się przyrządzaniem mięsiwa. Może dotykając tej wątroby, jednocześnie jestem wdzięczny naturze za taką ofiarę? Tak, to zdecydowanie gama pozytywnych emocji.
Kończy swą wypowiedź, jednocześnie przygotowując się na solidny opierdol ze strony nauczycielki, chociaż... Ma szczerą nadzieję, że równie kopnięta Lestrange doceni jego starania i zapał do pracy. Wszak to taki rzadki widok.
Zmarszczyła brwi, zawieszając spojrzenie na Wittermore, która utkwiła w kompletnym zastoju, stagnacji, z której zdawało się, że nic jej nie ruszy. Westchnęła ciężko, nadając spojrzeniu nieco zmartwiony wyraz, objęty drobną troską malującą się gdzieś w głębi.
Byłabym wdzięczna, panno Wittermore, gdybyś zechciała oprzytomnieć. Nie myśl o niczym konkretnym. Skup się na samych emocjach, które towarzyszą dotykowi. Może czujesz coś szczególnego? Ta technika ma swoje oparcie w skupieniu na przeżyciach wewnętrznych, nie na rzeczywistych faktach. Brak komfortu jest naturalny, musisz jednak szukać głębiej — odparła powoli, omiatając wzrokiem trójkę uczniów, dając do zrozumienia, że wyjaśnienie zostało skierowane do nich wszystkich. Przeniosła swoją uwagę na Puchonkę, która w nagłym, pozornie entuzjastycznym zrywie rozpoczęła swoją wypowiedź. Szybko jednak na światło dzienne wyszła prawdziwa głębia emocji towarzyszących dotykaniu mięsiwa. — Nie kazałam ci tego wyciągać prosto z brzucha zabitej owcy, daruj ten dramat. Jeśli jednak naprawdę nie możesz wytrzymać widoku kawałka mięsa, to wyjdź. Wolałabym, abyś nie uraczyła nas treścią żołądka — rzekła, starając się wyprać brzmienie słów z wszelkich ewentualnych nut szyderstwa, które na normalnym porządku dziennym niewątpliwie by w nim zagościły. Westchnęła lekko. Carrow, nadziejo narodu.
Zogniskowała spojrzenie na trzecim uczniu, nieco zaintrygowana jego słowami. Wszak był pierwszym uczestnikiem lekcji, którego widok surowej wątroby nie zemdlił. Zmarszczyła brwi, wsłuchując się w wypowiedź — nie była tragicznie zła, była czymś odmiennym. Czymś zawierającym jakiekolwiek emocje, wciąż nie płynącą z wnętrza wróżbą, jednak reakcją odmienną na tle dziewcząt.
Interesujące. Prawie udaje ci się nadgonić tę wiedzę na poziomie minus pięć. Jeśli masz coś jeszcze do dodania, możesz kontynuować — odparła po chwili.
Trwała w stagnacji jeszcze przez dłuższy czas, wpatrując się wzrokiem całkowicie nieobecnym w wątrobę, której już tak naprawdę nie widziała. Mdłości, które pojawiły się jakiś czas temu zmieniły swoją formę, zaczęły krążyć w jej żołądku, ściskając go lekko, a gdy głos nauczycielki wreszcie przebił się przez grubą ścianę świadomości, aż podskoczyła. Odrobinę wystraszona, wręcz nieświadoma tego, co działo się z nią przez kilka chwil odetchnęła i gdy tylko przeanalizowała słowa Ophelii kiwnęła jej głową na znak, że rozumie.
- Właściwie... Sama nie wiem, jak określić uczucie, które czuję. - Mówiąc to dalej dotykała narządu, który o dziwo przestał ją przerażać. Czy możliwe, że tak szybko przywykła do tego widoku?
- Niepokój. Wstyd. Strach. - Zaczęła od tego, co było najsilniejsze. - Ale czuję też coś przyjemnego. Nie umiem tego opisać. To coś, jak ciepło rozchodzące się po całym ciele, zatrzymujące się... - Zachłysnęła się powietrzem urywając wypowiedź. Zdała sobie bowiem sprawę, że nie jest w tej sali sama z nauczycielką. Że nie może czuć się bezpieczna ze wszystkim, o czym mówi. A biorąc pod uwagę dyskomfort jaki wywoływało w niej uczucie ciepła i mrowienia, nie sądziła by dzielenie się tym było dobrym pomysłem. Rumieniec oblał jej policzki, kiedy odchrząknęła i cofnęła dłoń, wycierając ją w chusteczkę.
Słysząc słowa nauczycielki parsknęła śmiechem. Uwielbiała, gdy takie osoby próbowały zrównać ją z błotem. To naprawdę nic jej nie robiło, ale nie jej wina, że nie lubi surowego mięsa. To tak jakby miałaby dotknąć wnętrzności człowieka. Wysłuchała wypowiedzi innych uczniów, ale i tak najbardziej spodobała się jej wypowiedź Greysena.
- Dobra, już poważnie myślę - powiedziała cicho i spojrzała na galaretowany kawał mięcha. Dotknęła go znowu, ale o dziwno nic złego w żołądku nie poczuła. Zamknęła na chwilę oczy starając się wyciągnąć z siebie choć trochę prawdy i powagi. Musiała jakoś pomóc swojemu domu. Wzięła głęboki wdech czując jakieś ukłucie w klatce piersiowej. - Żal, zawód... - powiedziała cicho, bez uśmiechu, bez krzty wesołości. - I...porażkę... - cofnęła palec i wytarła go w chusteczkę łapiąc swoją dłoń. Dziwnie się poczuła. Nie rozumiała tego, mimo że w głębi duszy podejrzewała o co chodzi. O nią, o jej ojca i oczekiwania, które sobie postawiła.
Carrow na słowa nauczycielki kiwa głową i przystępuje do ponownego miętolenia mięsa. Przymyka powieki, skupia się jak tylko pozwala mu na to nieprzystępna atmosfera miejsca, a palcami muska kawałka gładkiego mięsa i... wydaje z siebie westchnienie. Nie tak ciężkie i głębokie jak na początku lekcji, ale daje znać wszystkim zebranym, że właśnie zaznaje smaku gorzkiej porażki. Czyli nici z triumfowania na Wróżbiarstwie, trudno.  
- Obawiam się, że nic więcej. Mógłbym coś wymyślić, ale podejrzewam, że Pani Profesor chodzi o autentyczne odczucia i emocje, a nie te udawane i nie mające nic wspólnego z rzeczywistością.
Kończy swą wybitną inaczej wypowiedź i kątem oka zerka na resztę klasy. Wie, że Lestrange nie będzie zadowolona, ale wygląda na to, że dzisiaj to on bawi się w orła-prymusa, który przynajmniej stara się podejść do tematu jakkolwiek poważnie.
Poważnie do Wróżbiarstwa, kto by pomyślał.
Kiwnęła głową na słowa Kaylin, przyjmując gładko tę gamę emocji powstałą wskutek kontaktu ze zwierzęcym mięsem. Udała, że nie dostrzega jej zakłopotania, rumieńca oblewającego policzki, zamiast tego, swój wzrok zogniskowała na pannie Miracle, wysłuchując jej zdawkowej interpretacji. Już niemalże chciała coś dodać, chociaż odrobinę wzbogacić tę ubogą wypowiedź, jednak w ostatnim momencie się powstrzymała, wzdychając jedynie ciężko. Oczywiście — to była wprost wzorowa paleta uczuć towarzyszących obcowaniu z wnętrznościami zwierząt ofiarnych, jednak jawiła się prawie że jako formułka. Znacznie więcej uwagi przykuł Carrow, który pomimo braku kontynuacji, odkrył w sobie liche zaangażowanie w tę lekcję. Haruspicja była niewątpliwie ciężką, przechodzącą do historii metodą wróżenia, stąd nie oczekiwała popisu wiedzy i zdolności w tej materii od uczniów.
W porządku, jesteście wolni. Jako że egzaminy zbliżają się wielkimi krokami, nie zadaję wam żadnego zadania — odparła po chwili, z entuzjazmem większym kończąc lekcję, niż ją rozpoczęła. Ach ten nieubłagany czas! — Do widzenia. Wittermore, zostajesz. — Skierowała się do swojego stolika, aby po chwili grzebania w papierach, gdy reszta uczniów opuściła salę, unieść wzrok, czekając, aż Krukonka zgodnie z niewerbalnym poleceniem do niej podejdzie.

@Ophelia Lestrange +20 Punktów Specjalnych, +10 Punktów Nauki, +30ʛ
@Kaylin Wittermore +20 Punktów Specjalnych, +5ʛ
@Graysen E. Carrow +20 Punktów Specjalnych, +5ʛ
@Kim Miracle +20 Punktów Specjalnych, +5ʛ

Graysen E. Carrow, Kim Miracle
Koniec sesji
Kaylin była zadowolona z tego, że lekcja dobiegała końca. Zawsze lubiła wróżbiarstwo, a i grzebanie w zwierzęcych wnętrznościach ostatecznie nie było takie złe. Wittermore była po prostu zmęczona i chciała odpocząć. Chciała się wyspać. Ostatnio nie była w stanie skupić się na żadnej lekcji, na żadnej pracy domowej, na niczym tak naprawdę. I chyba ta świadomość, że zawala to, co zawsze wychodziło jej dobrze, była najgorsza. Zbierała się już do wyjścia, gdy usłyszała swoje nazwisko i poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Niby wiedziała, że nie zrobiła nic, za co mogłaby dostać ochrzan, ale jednak... Poczuła się odrobinę zdenerwowana.
Stan ten jednak nie trwał długo, bo jej umysł niczym olśniony żarówką przypomniał sobie o tym, że profesor Lestrange miała jej pomóc. Najprawdopodobniej chodziło więc o zwykłą rozmowę, kilka pytań - nic s t r a s z n e g o. Podeszła więc, zgodnie z oczekiwaniami nauczycielki i czekała na to, co miało wyjść z jej ust.
Posegregowała plik kartek, co leżało w jej nieodzownym zwyczaju, oczekując na Wittermore. Spokojnie pozwoliła jej się spakować, nie poganiając wzrokiem, unosząc ten dopiero, gdy Krukonka znalazła się przy stoliku, w zasięgu ręki. Spojrzenie, które zogniskowała na Kaylin nie było w żaden sposób ganiące, uporczywe, ale daleko było mu także do bezkresnej troski — ta nigdy nie gościła w tęczówkach Lestrange. Westchnęła lekko, lustrując uczennicę od stóp do głów, niby oceniając stopień mierności, w którym ta wegetowała. Zacmokała z dezaprobatą, unosząc dłonią podbródek dziewczęcia, aby móc się dokładniej przyjrzeć śmierci, która wprost zionęła z wyblakłego lica.
Wyglądasz jeszcze gorzej. Co się stało? Panna Mark nie dostarczyła ci eliksiru? Nie zadziałał? — spytała, unosząc jedną brew, odsuwając przy tym swoją dłoń, pozwalając twarzy Kaylin powrócić do swej naturalnej pozycji. — Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy zbierali twoje truchło z podłogi — dodała po chwili, wprost skonfundowana beznadzieją sytuacji. Co mogło pójść nie tak? List nie dotarł, zaginął? Szkolna pielęgniarka nieuważnie zapomniała o wykonaniu polecenia zawartego w nim?
Wbrew temu, jak wyglądała - Kaylin czuła się odrobinę lepiej. Noce zaczęła mieć spokojniejsze, a i zmuszanie się do jedzenia przynosiło jakieś efekty. Niewielkie, ale jednak. Niemniej, podkrążone oczy wpatrywały się w nauczycielkę jeszcze przez chwilę, by zrozumieć zadane przez nią pytanie. Co ona powiedziała? Ach, eliksir.
- Jeszcze go nie dostałam. Udaje mi się co prawda przespać kilka godzin całkiem spokojnie, ale nadal to nie jest to, co by mi się przydało. - Przyznała uczciwie i westchnęła cicho.
Spojrzała za okno, które wskazywało na zbliżające się wielkimi krokami lato. Chciała do tego czasu być w dobrej formie. Miała wyjechać, miała pracować i się uczyć. W tym stanie nie potrafiła nawet zebrać myśli. Wielkie plany na wakacje mogły legnąć w gruzach, jeżeli wreszcie nie ogarnie tego potwornego zmęczenia.
Jeszcze go nie dostałaś? — Uniosła brwi w pytającym geście, nie dając po sobie poznać, jak bardzo zirytowało ją to niedopatrzenie. Wszak ile czasu temu posyłała list pielęgniarce, w wierze, że Krukonka zazna spokojnego snu jak najszybciej? Plan wybitnie stoczył się ze swojego początkowego toru, którym miał dzielnie podążać, a Lestrange była kobietą, która równie mocno nie mogła zdzierżyć, gdy cokolwiek wymsknęło się spod jej kontroli, szło niezgodnie z jej zamysłem. Pozwoliła sobie na ciężkie, uciemiężone westchnięcie. Nie była w stanie nic z tym fantem zrobić, poza posłaniem kolejnej listownej prośby o wykonanie polecenia, w które uformowane zostały słowa już ponad miesiąc temu. Potarła lekko podbródek, w geście nie tyle zamyślonym, co dotkniętym dłonią irytacji na zaistniałą sytuację. — W porządku. Napiszę do panny Mark ponownie, jeśli nie dostaniesz eliksiru w ciągu trzech dni, zgłoś się niezwłocznie do mnie. Myślę jednak, że nie będzie z tym problemu — dodała po chwili namysłu. — A teraz wybacz mi, udam się do gabinetu. Do widzenia, Wittermore.
Podniosła wszelkie papiery, rozmaite świstki, które ze sobą miała i ruszyła do drzwi. Szybkim krokiem wyszła z sali, z motywacją do niezwłocznego posłania kolejnego listu do panny Mark.

[z/t x2]
Na specjalne wydarzenie w Hogwarcie zapisy otwarte zostały tydzień wcześniej. Noc z 29 na 30 października była wyjątkowa ze względu na większą skuteczność wróżb, jakie się podczas niej sporządzało. U Mugoli Andrzejki ograniczały się do zabawy w przepowiadanie przyszłości niezamężnym dziewczętom, jednak w świecie czarodziejów nie było takich ograniczeń. Wciąż jednak głównymi zainteresowanymi wydarzeniem były przedstawicielki płci pięknej. Tuż przed wyznaczoną godziną, do sali od wróżbiarstwa zaczęły schodzić się uczennice Hogwartu. W ich rozmowach czuć było sporą dozę ekscytacji na dzisiejszą zabawę.
   W pomieszczeniu na uczniów czekała już kobieta w średnim wieku. Miała cienkie włosy spięte tuż przy szyi. Między ciemnymi pasmami wystawało także kilka siwych. Krzątała się przy stoliku zapełnionym przyrządami do wróżenia: kulami, kartami, a także jakimiś pudełkami. Jej szata mieniła się odcieniami purpury i szmaragdu w świetle świec. Na głowie miała szpiczasty kapelusz w szlaczki, które bardzo przypominały jelito owinięte wokół nakrycia głowy. Kobieta stała tyłem to półokręgu krzeseł, jaki został przygotowany dla uczniów.

Siódme piętro. Theodore niejednokrotnie marzył o tym, aby pewnego pięknego dnia przebyć odległość pomiędzy poszczególnymi poziomami zamczyska za sprawą skrzydeł, a nie - własnych nóg. Po drugim piętrze przebycie każdego kolejnego było dla Puchona prawdziwą katorgą. Bolące kolana, uda i łydki tak napięte, że kolejnego dnia na pewno skończy się to zakwasami, w końcu płuca i serce szaleńczo wręcz proszące o chwilę wytchnienia. Teraz jednak nie można było sobie na to pozwolić - jeśli testowało się nowe zaklęcia transmutacyjne do czasu, kiedy za dokładnie kwadrans mają mieć miejsce najbliższe zajęcia, wszystkie partie ruchomych schodów należy przebyć jedna po drugiej, bez przystanków na każdej kondygnacji. Poza tym, widok ucznia, przemieniającego się w płomykówkę i przemierzającego pod tą postacią korytarze Hogwartu byłby co najmniej nie pożądany. Zwłaszcza, że nikt poza samym Callahganem i kilku pojedynczych osób nie zdawał sobie sprawy, że szlama dysponuje tak trudną do opanowania zdolnością czarodziejską.

Przed odrzwiami do sali, chłopak zgiął się w pół, chcąc złapać nieco oddechu. Starość nie radość, a i kondycja już nie ta... Theo czuł specyficzne palące uczucie, pochłaniające górne partie klatki piersiowej i przełyk. Zdecydowanie niepotrzebnie biegł te ostatnie dwa piętra. I tak ma jeszcze trochę czasu...

— Dzień dobry — mruknął nieśmiało, wchodząc do sali.
Obrzucił przelotnym spojrzeniem półokrąg krzeseł wokół nieznanej mu kobiety, po czym postanowił zająć jedno z nich. Komfort bycia pierwszym dawał mu to, że mógł wybrać sobie to, które chciał, lecz w takiej konstelacji mebli i tak nikt nie uchowa się przed krytycznym spojrzeniem prowadzącego.

Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11