Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do wróżbiarstwa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Kaylin spojrzała na kartę, którą wyciągnęła i przez chwilę zapomniała o otaczającym ją świecie. Dopiero gdy zwróciła się do niej kobieta ocknęła się i lekko uśmiechnęła do Cyrila. Jakby chciała potwierdzić słowa czarownicy, wróżbitki. Koło fortuny nie musiało oznaczać nic złego, zwiastowało jedynie zmiany. Wittermore ivh nie lubiła, ale wiedziała, że w normalnym świecie są potrzebne.

Widząc kartę, jaką wyciągnął Theodore zmarszczyła jedynie brwi. Wiedziała, co oznacza ta karta lecz w żadnym scenariuszu nie odniosłaby jej do tego, do którego odniosła ją Gertruda. Czerwona na twarzy zarówno z zażenowania jak i złości (że ktokolwiek śmiał powiedzieć coś takiego na głos) spuściła wzrok. Jakby już nie mieli jej za wariatkę, dziwaka i powaloną Krukonkę. Westchnęła cicho, zaciskając dłonie w pięści. Chciała coś odszczekać, ale nie miała wystarczająco odwagi, przyjęła jedynie do wiadomości, że ma zostać po zajęciach.

Kaylin liczyła na to, że nauczy się czegoś nowego na tych zajęciach. W tej chwili jednak dostała jedynie parę wróżb i – choć niedosłowne – obelgi w stronę Bułhakowa. Czuła jak pięką ją powieki i jak bardzo chciało jej się teraz płakać. Mimo to przeszła do kolejnej części zadania. Lanie wosku, coś czego nigdy nie robiła, ale wszyscy wiedzieli na czym to polegało. Przelała więc roztopiony wosk przez dziurkę od klucza jako jedna z pierwszych, nawet nie spoglądając na innyvh. Co jej wyszło? Nie była w stanie stwierdzić, choć miała wrażenie, że przypominało to kształtem... Kota? Czy ona gdzieś nie czytała, że to symbol zdrady? Jęknęła w duchu, całkowicie zawiedziona tym, co mialo ją według dzisiejszych wróżb czekać.

Dobre zmiany? Dla chłopaka to była naprawdę dobra wróżba. Tylko ile zmian w życiu może znieść czternastolatek? To nie ważne, musi je znieść jeśli chce normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Zmiany przeżywa każdy. Cyril uśmiechnął się pod nosem. To oznacza że nie jest jeszcze na straconej pozycji. Te pozytywne wróżby sprawiły że chodź trochę zaczął myśleć pozytywnie. To smutne że w tak młodym wieku potrafił tak źle myśleć o swojej przyszłości.
Chłopak spojrzał na Kaylin. Słyszał niejedne plotki o niej i panu Bułhakow. Nie interesowały go zbytnio. Plotki są tylko plotkami, a nawet jeśli miały być prawdziwe, to to nie wpłynęłoby na życie puchona. Jednak widok krukonki sprawił, że młody trochę się przejął. Wiedział jak wyglądają ludzie bliscy płaczu. To chyba była najgorsza sytuacja, kiedy przeżywasz chwile słabości w większym gronie. Puchon uśmiechnął się lekko do dziewczyny, tak po prostu.
Kolejna wróżba wywołała w chłopcu pewien sentyment. Kształty z wosku. Ten sposób znali również mugole. Tyle że w tamtym świecie nie wiele można się było dowiedzieć o powstałym kształcie. Ludzie snuli tylko domysły. Większość i tak nie wierzyła w te na pozór bzdury.
Cyril z chęcią złapał za klucz i przelał przez niego wosk. Po chwili mógł zobaczyć woskową postać człowieka. Co to oznaczało?
Zwątpienie? Nawet w półświatku wróżbiarstwa młody Puchon nie był wolny od tego uczucia?
    Theo prychnął w duchu. Nic specjalnie nowego. Same ogólniki. Dlaczego nikt nigdy nie uczył ich bardziej szczegółowych wróżb? A może takich nie da się zrobić? Albo po prostu trzeba urodzić się z jakimś darem...? Koniec końców Callaghan skłaniał się jednak ku temu, że cała ta farsa to tylko biadolenie ludzi nie do końca zrównoważonych na umyśle. Jak można cokolwiek wyczytać z kilku cyferek albo zwierzęcych bebechów? Na samą myśl robiło mu się niedobrze.
    Rozmyślania przerwała mu prowadząca zajęcia i jej ptaszysko, które właśnie schwyciło w swój parchaty dziób jego ucho. Chłopak poderwał się z krzesła, które runęło z hukiem na podłogę. Ręką starał się odgonić paskudnego zwierza. Nieokrzesane stworzenie nie czuło nawet cienia skruchy. Gdyby nie fakt, iż Theo sam przebywał w ptasiej skórze, byłby skory uwierzyć w nikłe rozmiary mózgów tych pierzastych potworów.
    Po awanturze, którą wznieciła szalona czarownica i pozbieraniu bałaganu, który był efektem walki Puchona z krwiożerczą mewą, nadszedł czas na lanie wosku. Callaghan nigdy nie przepadał specjalnie za tym sposobem odczytywania przyszłości. Poznał go już w dzieciństwie, kiedy nie wiedział nic o świecie magii i czarodziejstwa. Nudziło go to i nigdy nie mógł przypisać kształtu do czegoś konkretniejszego.
    Krople wosku leniwie przelewały się przez dziurkę od klucza, formując w wodzie dobrze znany mu kształt. Serce? Większego banału być nie mogło? Nigdy nie czuł się dobrze w odczytywaniu tego typu znaków, ale symboliki tego czegoś nie trzeba odszukiwać się nie wiadomo jak głęboko...
Gertruda wciąż przechadzała się po klasie, pomagając uczniom "odnaleźć prawdę" i poprawiając ich interpretacje. Zbliżyła się w końcu do jedynej trójki. Pokiwała ciężko głową, widząc kształt jaki wyszedł Kaylin.
   — Widzi pani? Nie warto niektórym ufać.
   Mewa zaskrzeczała kilka razy zagłuszając wszystkich w pomieszczeniu, po czym zaczęła układać sobie piórka, cały czas siedząc na ramieniu czarownicy, która przeszła do wróżby Cyrila. Uśmiechnęła się tylko pod nosem.
   — Nie wiem, czy mogę zdradzić panu niespodziankę, panie Carter, ale proszę mi uwierzyć, że już wkrótce będzie miał pan bezpieczne miejsce — przeniosła wzrok na Theo, lecz jej dziwne oko wciąż wpatrywało się w młodszego chłopca. — No, interpretacji serca chyba nie muszę opisywać. Proszę unikać stresu, to może nie spotka pana zawał — oznajmiła czarownica. Zawahała się na chwilkę, jakby chciała coś dodać, lecz pokręciła głową przecząco. Idąc w stronę swojego stołu mruczała coś niezrozumiałego pod nosem. W końcu odwróciła się w stronę uczniów.
   — Serdecznie dziękuję za przybycie. Mam nadzieję, że uwierzycie wróżbom nim będzie za późno. Możecie zabrać ze sobą woskowe kształty. Do zobaczenia! — powiedziała. — Panno Wittermore, proszę zostać — dodała. Kiedy uczniowie wychodzili, wykonała kilka zaklęć porządkowych, zostawiając tylko krzesełko Kaylin oraz jedno obok, na którym sama usiadła.
   — Ma pani naprawdę wyjątkowy potencjał i szkoda, żeby został zmarnowany przez dwóch mężczyzn, w dodatku od jednego z nich pani sama z siebie się uzależniła! Nie jestem tu, aby uczyć, jak żyć, ale jako jasnowidz, nie mogę dopuścić, aby ktoś mi podobny był zakłócany przez inne osoby. I tak wystarczająco trudno nam się żyje z tymi wszystkimi wizjami — powiedziała, a mewa obleciała salę jakby była Marquezem, po czym wylądowała dokładnie na środku głowy Kaylin.


Każdy z Was dostaje +20PN, +10PS.
Cyril i Theo - z tematu

Kaylin nie należała do osób złośliwych czy niemiłych, jednak kolejny komentarz Gertrudy sprawił, że Wittermore skrzywiła nieznacznie usteczka i o mało nie powiedziała o kilka słów za dużo. Odwróciła jedynie wzrok, dobrze wiedząc, że kobieta miała rację. Nawet ona sama nie była tak ślepa, by nie widzieć wszystkiego, co otaczało ją i Bułhakowa. Ale miała plan, który wykiełkował już pod koniec wakacji i nie miała zamiaru z niego rezygnować. Może ta zdrada wcale nie dotyczyła tego, czego Gertruda chciała, by dotyczyła? Kaylin w końcu miała postawić się niebawem własnemu ojcu, zdradzić go w jego własnych oczach – jak i oczach Krukonki.

Po zajęciach bez słowa została w sali, spoglądając jedynie za Theodorem, z którym zdecydowanie chciałaby jeszcze kiedyś zamienić kilka zdań. Po Hogwarcie pewnie nie będą mieli na to okazji, a wydawał jej się… Po prostu sympatyczny. Chrząknęła, słuchając tego, co mówiła do niej kobieta i opuściła wzrok. Mewie pozwoliła siedzieć na swojej głowie, czując się z nią lepiej niż z niejednym człowiekiem. Wszak to zwierzęta były tymi, z którymi wiązała swoje życie.

— Korzystam z tego, co daje mi los. Nie nazwałabym tego uzależnieniem. — Powiedziała stanowczo. Ale jaki uzależniony by się do uzależnienia przyznał? No właśnie.

— Dwóch mężczyzn? O czym pani mówi?

Ależ proszę korzystać. Tylko z umiarem i rozsądkiem. Zaś jeśli chodzi o mężczyzn to bez wątpienia jednym z nich jest ten, co utrzymuje i wychowuje, to znaczy ojciec, zaś drugim... mentor, kreujący pani wolną świadomość, ale to tylko obłuda... Proszę pamiętać o wróżbach, jakie dzisiaj się pani trafiły. Trzeba tu spojrzeć na wszystko z dystansem, dużym dystansem. Wiem, że kobiety przez niektórych wciąż są uznawane za istoty niższe, i tutaj tkwi pułapka — jej szalone oko spoczęło na mewie, która zaczęła przekładać pasma włosów Wittermore. — Czy może jakieś jeszcze pytania ma pani do mnie?

Słysząc słowa wróżbitki, westchnęła tylko i spuściła wzrok. No tak, ojciec. Na szczęście zamierzała się od niego uwolnić już niedługo. Tylko, czy w ogóle miała na to szansę?

— Ojca nie nazwałabym problemem i uzależnieniem. Wydaje mu się, co prawda, że będę robić wszystko, czego sobie zażyczy. Nie sądzę jednak, by miał nade mną aż taką władzę. Chcę ruszyć przed siebie i zostawić go za sobą. — Powiedziała wyjątkowo szczerze i prostolinijnie, co jej się ostatnimi czasy nie zdarzało tak często. Potem uśmiechnęła się pod nosem, nie podnosząc jednak spojrzenia.

— Myśli pani, że jestem głupia i nie wiem, że to prowadzi donikąd. — Mówiąc to powoli podnosiła spojrzenie. — Dobrze wiem, że nie będzie to trwało wiecznie i że już niebawem wiele się zmieni. Nie muszę mieć trzeciego oka, by spodziewać się rozejścia dróg. Mimo to, chcę wierzyć, że został mi chociaż ten jeden rok, podczas którego istnieje ktoś, komu choć trochę na mnie zależy. — Zamilkła na chwilę, zastanawiając się, o co zapytać. Bo pytań mogła mieć zaiste wiele.

— Ciężko wybrać jedno pytanie, gdy tak wiele ich w głowie. Od niedawna miewam sny, widzę i czuję rzeczy, jakie się jeszcze nie wydarzyły. Podobno wypowiedziałam proroctwo o dniu Bożego Narodzenia. Trochę się tego boję, ale z drugiej strony… Chciałabym umieć nad tym choć trochę panować. Czy umie mi pani pomóc? — Odważyła się zapytać i poprosić o pomoc.

Pokiwała głową na pierwszą część wypowiedzi. Z drugą jednak już się nie zgadzała.
   — Ukończenie szkoły nie będzie wystarczające, aby rozerwać tą więź. Proszę się bardziej zatroszczyć o zerwanie tego szkodliwego kontaktu... Tu chodzi też o uwolnienie myśli.
   Mewa odfrunęła z głowy Wittermore i zasiadła na ramieniu Gertrudy, skrzecząc jej coś do ucha.
   — Nad proroctwami nie ma kontroli. Nawet najbardziej wprawni jasnowidzowie po prostu tracą świadomość podczas jego wypowiadania. Natomiast jeśli chodzi o sny, trzeba im się po prostu poddać. Nie można przed nimi uciekać, wręcz przeciwnie - trzeba dać się porwać, aby zobaczyć jak najwięcej. Nie zawsze bywa to przyjemne, ha, mało kiedy takie jest. Ale taki już nasz los — pokiwała smutno głową, wydając na końcu dźwięk przypominający ten, wydawany przez mewę.

Odwróciła wzrok.

Zdecydowanie nie miała na to wszystko komentarza. Nie mogłaby kłamać prosto w oczy kobiecie, która wiedziała tak wiele. A prawda było, że jej słowa zamiast martwić w jakiś sposób ją cieszyły. Czy to znaczyło, że ten kontakt jednak się nie urwie? Czy będzie miała więcej czasu, więcej planów? Rozumiała, czemu mogłoby to być niepokojące, ale nie chciała się tego pozbywać. Chciała trwać w tym tak długo jak się da. Bo choć wiele rzeczy poświęcała (przede wszystkim siebie) zyskiwała sporo.

— Mam wrażenie, że im bardziej staram się tego uniknąć, tym częściej to do mnie przychodzi. — Powiedziała, czując się odrobinę samotnie, gdy mewa opuściła jej głowę. Poprzednią wypowiedź pominęła bez słowa, do tej jednak chciała się odnieść. Czy miała jakieś pytania? Chyba nie, skoro kobieta nie była w stanie jej pomóc. Wittermore nigdy nie chciała mieć daru. Zawsze uznawała siebie za zwyczajną, po prostu mądrą dziewczynę. A teraz to wszystko runęło, robiąc z niej wariatkę, która przewiduje przyszłość. Niebawem jednak miało nie mieć to znaczenia. Gdy zamieszka z dala od ludzi – jak miała nadzieję – nikt już nie będzie tego komentował.

Więc tego nie unikaj, panno Wittermore! — wyjaśniła Gertruda. — No, mam nadzieję, że ta miła pogawędka przyniesie owoce. Do zobaczenia i powodzenia! — oznajmiła wstając.

KONIEC SESJI

Layton jeszcze nie do końca zdecydował, jak ma zamiar zachowywać się w stosunku do Ophelii. Zwłaszcza po tych wspólnie spędzonych świętach. Niemniej, na chwilę obecną odrzucał od siebie wszystkie myśli i kłębiące się dylematy. Znowu był w Hogwarcie, znowu musiał uczyć uczniów. I teraz też tak było.

Zdecydował się na pomoc w lekcji wróżbiarstwa, bo – jakby nie było – miał większe doświadczenie i większą wiedzę dotyczącą run. A tego właśnie miały dotyczyć dzisiejsze zajęcia. Wszedł do sali, jako pierwszy (och, nie zdziwiło go to wcale) i poukładał zestawy kamieni runicznych przeznaczonych do wróżenia na stolikach. Przyniósł je ze sobą, ze swojego gabinetu.

A potem oparł się o biureczko nauczyciela i czekał. Niby jeszcze nikt się nie spóźniał, ale Ophelia powinna już chyba być, prawda?



Proszę wszystkich o zapostowanie dopiero po Ophelii.
Dzisiejsza lekcja, poza naturalnym nihilizmem goszczącym w umyśle Ophelii ze szczególnym naciskiem w podejściu wobec przedmiotu, którego nauczała, zasiała w niej pewne ziarna niepewności i tłamszonej frustracji. Podejście do Laytona, które jawiło się jako absolutna enigma, skutecznie utrudniało wyobrażenie klarownego obrazu lekcji, którą ostatecznie miała przeprowadzać z jego asystenturą. Łudziła się, że ta przeminie bez zbędnego krzyku, milkliwie zniknie wraz ze wstęgą czasu, jednak skore do konfliktów charaktery prognozowały burzliwy czas. Nie chciała wzniecać żaru werbalnej agresji, rozpętywać burzy, istnego sztormu na morzu, jednak w obecności własnego brata nie potrafiła ręczyć za siebie stuprocentowo — każdy, nawet tej najdrobniejszy gest był w stanie wyprowadzić ją z naturalnej postawy bezwzględnego, sztywnego stoicyzmu.
Pchnęła drzwi do sali ramieniem, mając dłonie obciążone naręczem podręczników solidnej wagi — szybko, bo świadoma krótkiego czasu dzielącego ich od lekcji, wparowała do klasy rozglądając się po pustej, cichej przestrzeni. Jak dobrze, że Marquez nie zechciał zaszczycić jej swoją obecnością odrobinę wcześniej! Z jego ślizgońską osobą wolała ograniczać kontakt do niezbędnego minimum. Z głuchym hukiem puściła podręczniki na biurko nauczycielskie, aby po chwili odgarnąć splątane loki, które bezwładnie opadły na jej odrobinę udręczone lico.
Och, już jesteś — stwierdziła oczywistość, obdarzając go przelotnym spojrzeniem, mogącym uchodzić za raptem cień właściwej atencji.
Uśmiechnęła się anemicznie, blado, a przede wszystkim sztucznie w całej swojej krasie. Świadoma dekoracyjności własnej na ogół kamiennie nieruchomej mimiki, po paru sekundach zmyła cień ozdobnego grymasu, który przemknął po jej ustach.
Ururu przybył oczywiście pierwszy na lekcję, taka już była jego tradycja. W jej skład wchodziło też dotarcie do sali po okrążeniu całego zamku, aczkolwiek droga na wróżbiarstwo była wystarczająco długa i nie musiał jej sobie urozmaicać. Elegancki, zadbany, pachnący rurką z kremem, wszedł do pomieszczenia uśmiechając się szeroko do dwójki nauczycieli. Posłał im pozbawione zdobień słowa powitania, a następnie zajął możliwie najbliższe ich miejsce nie odrywając od profesorów wzroku. Ururu był zawsze pilnym uczniem, więc z pewnością żadnego z nich nie zdziwiło, gdzie usiadł, nawet jeśli mieli stosunkowo krótki staż w Hogwarcie. Mało który nauczyciel był tutaj dłużej niż rok.
Przez chwilę szła krok w krok za Marquezem. Przez chwilę... niestety, tego Ślizgona nie sposób było dogonić, a zrównać się tempem to już marzenia ściętej głowy.
I tak, weszła do sali wróżbiarstwa siedem minut po Ururu. jak on mógł tam znaleźć się tak szybko?
A w sali - niespodzianka. Layton Lestrange.
Tak, jak zwykle siadała w przedostatnich ławkach, tym razem usiadła z przodu, zaraz za Marquezem. Drętwotowała go w myślach za to, że zajął najlepsze miejsce. Gdyby go obiegła, miałaby najlepszy widok na profesora Laytona.... tfu, najlepsze miejsce do wróżenia.
Mamrocząc pod nosem rzuciła piorunujące spojrzenie w kierunku pleców chłopaka, a zaraz potem promiennie uśmiechnęła się do profesora, witając się z nim. Przywitała się także z panią profesor, posyłając jej zupełnie neutralne spojrzenie.
Zapowiadała się ciekawa lekcja.
Tej nocy wyjątkowo się nie wyspał, a gdy tylko otworzył oczy, miał ochotę zawinąć się w kołdrę i nigdzie nie wstawać. To był ten z dzień, w którym człowiek ma siłę tylko na to, żeby opaść na łóżko i nic więcej. Wielkim smutkiem więc okazał się fakt, że Gabriel stara się nie opuszczać lekcji i być przykładnym (nie no, trochę się zagalopowaliśmy) uczniem, który zjawia się na każdym przedmiocie. Tak też i wtedy pakował do swojej teczki podręczniki na dzisiejsze lekcje, z kwaśną miną ruszając na podboje kolejnych zaklęć. Kto by pomyślał, że nawet magicznej szkoły ma się czasem dosyć.
Spacerując po szkolnych korytarzach cały dzień ziewał tak głośno, że z pewnością kilka obrazów łypnęło na niego złowrogo, bo obudził je ze snu lub zbyt głośno hałasował. Przez cały czas był jak udręczone dziecko, które wyrzucono rano z łóżka. Jakie było jego zdziwienie, kiedy wkraczając do sali... odkrył, że jest trzecim uczniem. Jak to było w ogóle możliwe, przecież on zawsze przychodził dwie sekundy przed rozpoczęciem zajęć. Szybko też zdał sobie sprawę, że mimo jego zdziwienia, kultura dalej go obowiązywała, więc rzucił krótkie "bry" do obu nauczycieli (było ich dwóch!) i usiadł gdzieś na środku. Nie biegał do pierwszej ławki, ale też nie mruczał w ostatniej, więc tam gdzie siedział, było najlepiej. Przeleciał wzrokiem po nauczycielach, zastanawiając się, o czym dzisiaj będą rozprawiać skoro potrzeba do tego ich aż dwóch. Ciekawe.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11