Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do wróżbiarstwa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Wróżbiarstwo – jeden z przedmiotów, na których Kaylin radziła sobie dobrze, nie do końca świadomie wykorzystując podane jej metody wróżenia. Niemniej, od jakiegoś czasu bywała coraz bardziej świadoma otaczającego ją świata. Tego, że widziała więcej, niż inni. Że nieprzespane, zalane koszmarami noce miały jej coś powiedzieć. Nadal jednak nie wiedziała, co. Choć oczywiście – biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia – domyślała się.

Długo krążyła po korytarzach, zastanawiając się, czy w ogóle chce tego dnia wchodzić na lekcję wróżbiarstwa. Nadal nie pozbyła się wrażenia, że wszyscy mają ją za dziwaka większego niż zwykle. W końcu wypowiedziała proroctwo, które się spełniło… Czyż nie?

Ostatecznie jednak, natura człowieka uporządkowanego, który w życiu nie opuściłby zajęć wygrała. Wittermore weszła do klasy jeszcze przed rozpoczęciem lekcji, ale już jako ostatnia z zapisanych na zajęcia uczniów. Wyszeptała ciche przywitanie i na widok Marqueza siedzącego w pierwszej ławce skrzywiła się i rozejrzała za miejsce dla siebie. Wolała siedzieć sama, ale przez fakt, że zawsze było ich mało i miejsc nie było zbyt wiele. Ostatecznie dosiadła się do Rose, kładąc na stoliczku swój – dość obszernie zapełniony notatkami – notes.

Na widok rodzeństwa Lestrange była już niemal pewna tego, czego dotyczyć będzie ta lekcja. I wcale nie musiała mieć do tego Trzeciego Oka.

„Och, już jesteś.”

Trzy słowa, które znaczyły dla niego więcej, niż można się spodziewać. Och, zauważyła. Och, nie zionęła jadem na dzień dobry. I och, nawet próbowała się uśmiechnąć. Prawie parsknął na widok sztucznej maski, którą na szczęście szybko z siebie zdjęła. Widok tak komiczny, że musiał odwrócić wzrok, by nie zaśmiać się jej prosto w twarz.

— Och, już jestem. — Odpowiedział tylko, głosem miękkim i ciepłym. Jak to miał w zwyczaju zwracać się do każdego, tylko nie do niej. Co się zmieniło? Z pewnością nie wiele, ale jednak były to zmiany dość istotne w ich relacji. Lekcja nie była jednak miejscem, w którym można by się nad takimi sprawami zastanawiać.

Każdego ucznia witał z uśmiechem, do Rose nawet posłał jeden z dłuższych i cieplejszych. No i oczywiście zwrócił się do niej po imieniu – w przeciwieństwie do pojawiających się w sali chłopców. Dopiero na koniec, gdy pojawiła się Wittermore zmarszczył jedna brew. Było to dziwne, bo choć nie uczył długo, wiedział już, że dziewczyna potrafiła pojawiać się w sali nawet przed nim.

— Dzień dobry wszystkim, jeszcze raz. — Powiedział, spoglądając na zegarek i odsuwając swój jędrny zadek od biurka. — Myślę, że możemy już zacząć. — Spojrzał od razu na swoją siostrę, czekając na jej aprobatę do rozpoczęcia zajęć.

Wraz z nadchodzącymi w skromnej liczbie uczniami, przybierała tę typową dla siebie postawę, tę niemożliwą do pomylenia z jakąkolwiek inną. Chłód, kamienna, wprost skuta w pozbawionej czasu przestrzeni mimika, nieruchome tęczówki, pod których naciskiem mało kto mógł zachowywać swobodę ruchów. Witała zdawkowymi słowami powitania, oczywiście tak dalekimi od czułych uśmiechów brata, wszystkie osoby przekraczające próg. Oparła się obojętnie o biurko, czując rosnącą niezręczność przebijającą się przez twarde mury ciszy, które przecież pozornie miały ich chronić od ów czystej ozdobności egzystencji. Co jakiś czas — kompletnie ukradkiem! — zerkała na Laytona, wobec którego ambiwalencja gorejących uczuć przelewała czarę goryczy.
Tak, zaczynajmy — potwierdziła jego słowa, odpychając się od krawędzi biurka, lokując martwy wzrok w bliżej nieokreślonym punkcie, zapewne gdzieś za głową panny Wittermore, której blond czuprynę znała już bardzo dobrze. — Jak już mogliście się zorientować, obecność profesora Lestrange zawdzięczamy tematowi dzisiejszej lekcji, czyli oczywiście wróżeniu z run — rzekła swobodnie.
Może początkowo oddam ci głos, skoro już jesteś moim gościem? — spytała, rozbłysnąwszy jednym z palety swoich szczerych, skażonych naturalnością uśmiechów, spoglądając na Laytona.

Layton spodziewał się, że w końcu zrobią sobie wstyd i pokłócą się przy wszystkich uczniach. Na szczęście na wróżbiarstwie nie było ich wielu, jednak wolałby tego uniknąć. O dziwo – szło im całkiem nieźle. Minęło dopiero kilka pierwszych minut, ale nie czuł się zaszczuty, a to już dobry znak. Chrząknął pod nosem i kiwnął głową na znak, że rozumie. Kątem oka obserwował jej kamienną twarz, by po chwili przenieść (odrobinę zażenowany samym sobą) wzrok na uczniów.

— Jak już wiecie z naszych zajęć, każda runa ma swój symbol, tłumaczenie i literę alfabetu. Poza tym, runy mają też swoje znaczenie, które jest dość istotne nie tylko wtedy, kiedy tworzy się amulet – bo znaczenie to różni się odrobinę od tego we wróżbiarstwie, ale właśnie – podczas wróżenia z kamieni runicznych bądź drewnianych krążków z wyrytymi runami. Dawniej używano runów przede wszystkim do szybkich wróżb, pozycja podstawowa oznaczała „tak” a odwrócona „nie”. Z czasem, podczas rozwoju wszystkich sztuk wróżbiarskich, każda runa nabierała swojego własnego znaczenia.

Kaylin siedziała nieruchomo, nawet nie próbując notować – co jak na nią było dość dziwne. Cieszyła się, że temat dotyczył czegoś innego niż proroctwa. Naprawdę chciała o tym wszystkim chociaż na chwilę zapomnieć. Słuchała więc uważnie profesora Lestrange, choć wzrokiem podążała za nauczycielką wróżbiarstwa. Lestrange i Lestrange. Jakże dziwaczne to było! Podobnie, jak bracia Bułhakow. Ciężko było się czasem zorientować o kim mowa, gdy operowało się tylko nazwiskami.

O dziwo, nie miała żadnego pytania. Po prostu siedziała i wsłuchiwała się w głos chyba jedynego profesora, którego lubił każdy. Albo przynajmniej – nikt go nie nienawidził.

WSPÓLNA LEKCJA.
To było niesamowite. Wbijał spragnione spojrzenie w profesorów, czekając na początek lekcji. Niespokojnie też zerkał co jakiś czas na bok, dziwią się, że panienka Wittermore jeszcze nie dotarła. Trochę się martwił. Ale na pewno przyjdzie, prawda? Niestety nie dosłyszał, kiedy to się stało, dlatego rozpoczęcie lekcji nie było takie przyjemne. Słuchał jednak uważnie profesora. Właściwie nigdy nie lubił wstępów. Prowokowały w nim tak wiele pytań, a na lekcji nie otrzymywał odpowiedzi na nie wszystkie. Czasem nawet nie na połowę. Smutne życie Markiza.
Gabriel oparł policzek na dłoni, chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu nie zaczesując nerwowo i nachalnie wszystkich włosów za uszy. Pozwolił, aby samotne kosmyki błąkały mu się irytująco po twarzy, podczas gdy on wlepiał swoje bursztynowe oczy w dwóch nauczycieli. Pani Ophelia wyglądała jak zwykle - zimno, oschle, czasem zastanawiał się, jak w ogóle możliwe jest utrzymywanie takiej postawy przez cały czas. Miał wrażenie, że najlepiej wyrzuciłaby ich teraz wszystkich przez okno, gdyby tylko miała okazję. Mógłby przysiąc, że kiedyś wyobrażała sobie jak jej uczniowie umierają w piekielnych mękach - jej srogi wzrok aż się o to prosił. Pan Layton zaś... cóż, tu też nie było rewelacji, wszyscy uśmiechali się na jego widok, najwyraźniej musiał być bardzo sympatycznym nauczycielem, czego Gabriel niestety nie mógł wiedzieć. Nie uczęszczał na runy. Mimo wszystko starał się w skupieniu wysłuchać tego, co Pan Lestrange miał do powiedzenia, o dziwo szło mu to całkiem dobrze, nie usypiał.
A więc o to chodziło.
Przez chwilę, niczym totalna idiotka łudziła się, że pani Lestrange obwieści, że pan Lestrange przejmie jej przedmiot i tym samym podwoi ilość spędzanego z Rose czasu... z nią i z innymi uczniami, oczywiście.
Patrząc na liczebność klasy, mogła sobie wyobrażać, że są w sali tylko oni.
Niestety.
Serduszko zabiło jej szybciej i oblała się rumieńcem, gdy profesor przywitał się i znów wypowiedział jej imię. Spuściła wzrok w ławkę tak, aby kłaki zakryły jej twarz. Czuła jak pieką ją policzki, nie chciała, żeby było to widać.

Kaylin, dosiadająca się do niej, zaskoczyła ją. Zazwyczaj nie opuszczała pierwszych ławek, a teraz z własnej woli wybrała mniej korzystne miejsce. Posłała Krukonce ciepły uśmiech i przesunęła swoje rzeczy, robiąc jej więcej miejsca na stoliku.
- Dzień dobry, Kaylin.

Nie czas był jednak na dalsze pogaduszki, kiedy rodzeństwo Lestrange rozpoczęło lekcję. Smith nie odważyłaby się rozmawiać, czy to ze strachu przed Ophelią, czy to z zamiłowania do słuchania Laytona. A może po prostu z szacunku do nauczycieli? A może nie chciała sama sobie odejmować punktów za niestosowne zachowanie na zajęciach?
Nieważne.
Wodząc wzrokiem od jednego Lestrenge'a do drugiego, słuchała uważnie.
Ilaria, mimo że na co dzień bez problemów ze śmiałością, teraz ciężko dysząc dobiegła przed drzwi do klasy. Wciąż miała tą rozterkę, ten dylemat, który ciągnął ją od środka to w prawo, to w lewo. Z jednej lekcji uciec... Nie przyjść na nią... Ale to była lekcja z NIĄ. Nie chciała opuszczać ani jednej. Jak mogła się tak zamyślić i na tak długo? Wciąż się za to przeklinała. Na pewno gdyby to była jakaś numerologia, to Ilaria by uciekła z lekcji, ale nie z wróżbiarstwa, które było przecież z Ophelią Lestrange! Położyła rękę na klamce i znieruchomiała w tej pozycji, mając ostatnie wątpliwości. Kilka chwil na zebranie się by wejść do środka. Przecież będzie na mnie patrzyć. Inni mnie nie obchodzą, zwrócę na siebie uwagę, jej wzrok padnie na mnie. Co jeśli się na mnie zdenerwuje? Zastanowiła się, owe myśli nie poprawiały jej stanu. Gdzie się podziała ta śmiała Ilaria, która nawet w połowie lekcji potrafiła wejść, przeprosić za spóźnienie i wytłumaczyć się jakąś wymówką. Wzięła głęboki oddech, pchnęła drzwi i tak oto weszła. Nie patrzyła na uczniów, ich wzrok jej nie obchodził. Nawet z opóźnieniem dostrzegła Laytona. Tęczówki Włoszki zatrzymały się na brunetce, na nauczycielce. Co ja miałam powiedzieć? Jakie ja w ogóle miałam wytłumaczenie? W towarzystwie zaskoczenia i uczucia zagubienia, takie myśli pojawiły się w głowie Santoro. Nie mówiąc już o tym, jak jej zaparło dech, jak zdała sobie sprawę, że Lestrange wygląda olśniewająco jak zawsze i pięknie. Teraz myśli Santoro zeszły na tor o nazwie "ile już tak tutaj stoję i jak idiotka gapię się na nauczycielkę". Miała nadzieję, że nie były to minuty, gdyż normalnie zapadłaby się pod ziemię. Pewna siebie, rzadko kiedy się wstydząca, a gdy przychodzi co do czego, pojawia się ktoś tak oszałamiający jak Ophelia, to sytuacja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. I wciąż nie wiedziała co powiedzieć! Zaraz uzna mnie za idiotkę, rzuci jakiś złośliwy komentarz, merda, Ilaria zrób coś! Per la pieta di Merlin! Zawołała w myślach. Dodatkowo musiała sobie przypomnieć język.
- Scusa per... - zaczęła, ale urwała dopiero teraz ogarniając, że się pomyliła. No właśnie, znaleźć język w gębie, no ale nie ten włoski. Brawo, sieroto - skomentowała w myślach swoją wpadkę.
- Ja... Przepraszam... Za... Spóźnienie... - wybąkała niepewnie, jakby z trudem i zajęła pospiesznie swoje miejsce. Na dodatek przez swoje rozkojarzenie i rozbiegane myśli uderzyła kolanem w nogę stołu i syknęła cicho z bólu. Dłuższą chwilę później siedziała już za stolikiem, ale czy spokojnie? To słowo zdecydowanie nie pasowało do sytuacji. Pozostało jej błagać w myślach o to, by nie została ukarana, by przeszło to bez większego echa. Już nie mówiąc o tej gładkiej skórze Ophelii, która jakby wołała do Ilarii "dotknij mnie, wiem, że tego chcesz mała niewyżyta sierotko". Jak tu się oprzeć? No może taki Rurek, któremu brunetka z przyjemnością by się odpłaciła świszczącym nosem, by nie zrozumiał tego, ale Santoro, która była ponadprzeciętnie wrażliwa na piękno kobiet? Czy tu jest tak gorąco czy po prostu mi jest? Pomyślała, mając dziwne uczucie. Choć już jakiś postęp był, usiłowała skupić się na tym, jak piękny jest blat przed nią, byleby nie myśleć o tym czego zapragnęła. Dotknięcia skóry Lestrange, zbadania swoimi palcami jej genialnej sylwetki, spojrzeniem z bliska w te ciemne oczy.
Błądziła spokojnym, nienachalnym wzrokiem pośród twarzy uczniów, rozpoznając niektóre z nich, inne zaś uznając za niewiadomą, majaczącą gdzieś w podświadomości enigmę. Wsłuchiwała się w głos Laytona z umiarkowaną uwagą, wyłapując raptem nieistotne skrawki informacji z ciągu słów, które opuszczały jego usta, niknąc po chwili w eterze wraz z wymownym sensem niesionym na barkach. Ach, jak wiele myśli kotłowało się na proscenium umysłu Lestrange, walcząc o podium tej najważniejszej, zaskarbiającej sobie całą jej wieczystą atencję! Wśród nich anemicznie wychylało się zaangażowanie w lekcje, którego blady cień migał niczym nieśmiała gwiazda na firmamencie, co jakiś czas skupiając jej uwagę na sobie, jednak nie mogąc konkurować z wagą pozostałych spraw zaprzątających połyskliwe nici myśli.
Skinęła głową na słowa brata, obdarzając je niewiadomym przyzwoleniem istnienia, potwierdzając obiektywną prawdziwość dźwięków rozlegających się w przestrzeni. Skierowała na niego wzrok — na tej jeden ulotny ułamek sekundy! — obserwując umykającą chwilą kompozycję jego gestykulacji towarzyszącej słowom, tak żywą i obcą kamiennej fasadzie, którą budowała z każdą milkliwą sekundą wokół siebie; Przerwanie ciszy, która mocarnie zapadła po jego skończonym wywodzie należało do jej niepozostawiających cienia wątpliwości nauczycielskich obowiązków.
Dawniej runami posługiwały się plemiona celtyckie i skandynawskie, skąd wyróżniamy dwa poziomy znaczeniowe poszczególnej runy — materialny i duchowy... — urwała, słysząc głuche skrzypienie drzwi witających w swych skromnych progach zagubioną, spóźnioną uczennicę o sarnim, przerażonym spojrzeniu. O zgrozo, jej kaskada kruczych fal doskonale wpisała się w pamięć Lestrange — Ilaria Santoro.
Wiodła za nią spojrzeniem nieokreślenie statycznym, niemalże spokojnym, acz skrywającym pod powłoką lśniących pozorów czyste rozdrażnienie rysujące się wyraźnymi liniami na dnie tęczówek. Zaklęta w posąg obdarzała ją wymownością milczenia, zbierając arsenał odpowiednich słów, którymi gotowa była ją obdarzyć — istna wiedźma o bezlitosnym, twardym wzroku. Machinalnie Layton i cała klasa zamienili się raptem w ślad popiołu, który uciekał raptownie od jej atencji, w blasku uwagi Ophelii pozostała wyłącznie ów przerażona łania skazana na jej łaskę lub jej brak — ta, która przerwała jej nabierający gwałtownego rozpędu, nauczycielski wywód.
Panno Santoro, czy naprawdę ma pani tak ogromny problem z pilnowaniem czasu, że musiałabym zaprowadzać panią za rękę na moją lekcję, abym nie musiała znosić spóźnień? — spytała litościwie, odrzucając pukle ciemnych włosów za ramię. — Minus pięć punktów dla Gryffindoru.
Ururu słuchał uważnie. Plemiona celtyckie i skandynawskie. Poziom materialny i duchowy. Tak, to oczywiste. Konkrety, więcej. Czemu przerwała?
Marquez przekrzywił głowę do tyłu, podążając za wzrokiem nauczycielki. Naprawdę nieczęsto zwracał uwagę na resztę plebsu przybywającego na lekcje, ale były wyjątki. Należeli do nich spóźnialscy. Był ciekawy, czy to znowu panna Bletchley, lecz okazało się, że to tylko jakaś Gryfonka. Obdarzył ją pustym spojrzeniem, wracając atencją do pani profesor, która właśnie miała omawiać kolejne ważne (jak na wróżbiarstwo) kwestie. Ona jednak wolała najpierw odjąć Gryffindorowi punkty. Słusznie. Wciąż miał mieszane uczucia w sprawie tej całej punktacji, lecz najważniejsze, żeby było konsekwentnie. Profesor Lestrange zarobiła teraz w punktacji Marqueza pięć punktów. Gdyby nie przedmiot, jakiego nauczała, uważałby ją za zdolną do wygrania Pucharu Nauczycieli. Nie, żeby jakoś się do tego przykładał. Zazwyczaj zapominał o zabawie, którą sobie wymyślił na początku września.

Wittermore uśmiechnęła się do Rose i kiwnęła głową na przywitanie. Wszyscy wiedzieli, że nie należała do super towarzyskich, więc taka reakcja była wręcz do przewidzenia. Chwilę później rozpoczęła się lekcja, w którą Kaylin bardzo się wsłuchała. Wróżbiarstwo okazało się być dla niej bardzo istotne odkąd odkryła swoje zdolności, a Starożytne Runy od zawsze należały do jej ulubionych zajęć. Notowała wszystko i przez chwilę przetwarzała informacje, które do niej docierały. Już unosiła rękę, by zadać pytanie, ale spokój w sali przerwało pojawienie się kolejnej z Gryfonek. Zdegustowana mina Wittermore musiała wszystkim pokazać dosadnie, jak bardzo nie podoba jej się spóźnianie i przeszkadzanie w zajęciach. Na szczęście Ophelia nie zamierzała tego tolerować – można rzec, że panna Lestrange zyskała w oczach Kaylin pięć punktów.

Lekcja przebiegała spokojnie – tak, jak lubił. O dziwo, nie mieli z Ophelią problemu w tym, by bez słowa dzielić się materiałem, by jedynie spojrzeniem dać sobie do zrozumienia, jaką część zagadnienia należy w tym czasie przedstawić. Zupełnie tak, jakby pierwszy raz w życiu potrafili się uzupełnić. I, na brodę Merlina, nie mogłoby mu się to podobać bardziej. Czuł narastającą w klatce piersiowej ekscytację i zadowolenie, choć z zewnątrz na szczęście nie było niczego widać. A może tylko tak mu się wydawało? Na szczęście nie szczerzył się, jak idiota, jedynie wodził spojrzeniem po uczniach, co jakiś czas zatrzymując je na Ophelii. Miał do tego prawo, czyż nie?

Spokój i spójną formułę przerwało pojawienie się spóźnionej – i to grubo ponad piętnaście minut – uczennicy jego domu. Niemal jęknął w duszy wiedząc, że będzie za to odpowiedzialny. Nic nie mógł poradzić na to, że jako były Ślizgon utożsamiał się bardziej ze Slytherinem, a bycie opiekunem Gryfonów traktował raczej jak drobny żart od losu. Jakby jego rywalizacja z siostrą nie była już w pewnym stopniu dość… ekscytująca.

— Panno Santoro, mam nadzieję, że cieszy się pani z utraty punktów własnego domu, którego nota bene, jestem opiekunem. Myślę jednak, że nie ma sensu zobowiązywać mojej siostry do odprowadzania panią na każde zajęcia. Z przyjemnością sam się tym zajmę. Każdego ranka będę pukał do drzwi pani pokoju o piątej trzydzieści, a po śniadaniu będziemy wspólnie spacerować w stronę sali, w której odbywać się będą pani zajęcia. Może to zaoszczędzi bezsensownej utraty punktów, skoro i tak nie zdobywa ich pani wystarczająco, by chociażby je wyzerować. — Uczniowie mieli okazję pierwszy raz widzieć Laytona w postaci karcącego nauczyciela. I jak widać, geny Lestrange były w nim niemal tak żywe, jak w jego siostrze. On po prostu ukrywał je znacznie lepiej.

- Ale... Ale to.. - już otworzyła usta, zaczynała się tłumaczyć, ale to nie był koniec wypowiedzi Ophelii. Chciała powiedzieć, że to jednorazowo po prostu i więcej się nie powtórzy, ale nie chciała wchodzić nauczycielce w słowo. Do czasu, gdy Lestrange zakończyła odpowiedź odjęciem punktów.
- Z panią za rękę chodziłabym z przyjemnością - wypaliła, po czym nagle, z głośnym dźwiękiem zatkała sobie usta dłonią, wręcz patrząc w blat z niedowierzaniem. Jak mogła to powiedzieć? I to przy kim? Nie dość, że była tu Ophelia, to była Ophelią, co było dla Santoro najbardziej problematyczne chyba, do tego wisienką na torcie była obecność Laytona, brata obiektu westchnień Włoszki, co gorsza, opiekuna jej domu. Poza tym, to nawet było odczuwalne, iż utożsamiał się on bardziej ze Slytherinem.
Patrzyła zaskoczona na nauczyciela, kiedy ten jej opowiedział swój pomysł. Żartował? Aż otworzyła szeroko oczy i się w niego wpatrywała, w wyobraźni ręce w powietrzu w sekundę namalowały ruchomy obraz planu dnia wg Laytona. Kilometr do "załamanie nerwowe". Taki znak drogowy właśnie mijała Ilaria w swojej psychice.
- Nie wydaje mi się, żeby było to aż tak konieczne, panie profesorze - zebrała się w końcu na odwagę, żeby zaoponować.
- Naprawdę był to jeden jedyny raz i myślę, że ma pan o wiele ciekawsze rzeczy do robienia... - urwała nagle, czując, że już jej zasoby odwagi się wyczerpały. Brunetka nerwowym ruchem podrapała się po karku, przy tym spuściła jeszcze pokornie głowę.

Zamrugał.

Laytona Lestrange naprawdę ciężko było wytrącić z równowagi. Niektórym w tej szkole wydawało się to niemal niemożliwe. A jednak. Jednak jednej, młodej Gryfonce właśnie się udawało. Sam nie wiedział, czy rozzłościła go ją bezczelność, czy po prostu włączył mu się tryb samca alfa, który wyczuł z oddali niebezpieczeństwo zbliżające się do jego własności. Nie miało to teraz żadnego znaczenia.

— Pani pozwoli, że sam będę decydował o tym, co jest konieczne, a co nie. — Powiedział tylko i spojrzał na nią bez tej nuty ciepła, którą zwykł obdarzać uczniów. — Możemy wrócić do tematu zajęć, czy ma pani coś jeszcze do powiedzenia?

Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11