Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do wróżbiarstwa
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Koniec egzaminu

Poniedziałek 26 listopada 1936 godz. 11:00



Profesor Weadow stała przy oknie zamyślona i mieszała herbatę w filiżance nieco mechanicznym ruchem. Oczekiwała na uczniów młodszych roczników, których lubiła bardziej niż tych starszych. Z prostego dość powodu: młode umysły były bardziej chłonne, plastyczne, bardziej podatne na objawienie się niezwykłego talentu. Od wieków wiadomo, że dzieci są szczególnie uzdolnione w zakresie wróżbiarstwa w porównaniu z dorosłymi i im szybciej dar zostanie odkryty, tym lepiej. Taką osobę trzeba jak najszybciej otoczyć należytą opieką i umożliwić jej prawidłowy rozwój. Póki co jednak jej poszukiwania spełzały na niczym, ale nie traciła nadziei. Może przyswojenie odpowiedniej ilości wiedzy pozwoli uśpionemu talentowi się ujawnić.
Przyszła na lekcję, chociaż wiedziała, że była straszliwie spóźniona. Lepiej jednak, aby się pojawiła, niż nie przyszła w ogóle, prawda? Nie przepadała za wróżbiarstwem i sama nie wiedziała dlaczego się na nie zapisała. Nudne patrzenie w wypolerowaną kulę wcale nie było interesującym zajęciem. Można nawet rzec, że cholernie nudnym.
Była pewna, że w następnym roku nie popełni już takiego błędu i trzy razy dobrze zastanowi się nad lekcjami, na które faktycznie chce chodzić. Po co miała tracić czas na nudne i nic nie dające jej zajęcia?
- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. - skinęła lekko profesor Weadow głową, na twarzy przybierając wyraz skruchy. Najważniejsze było, aby przekonać do siebie nauczyciela. A z wyglądem uroczej Crouchówny nie było to takie trudne jeśli chodziło o niektórych nauczycieli!
Profesor Weadow była bardziej niż ukontentowana z obecności choć garstki uczniów. Zawsze przyjmowała serdecznie nawet spóźnialskich, wychodząc z założenia, że lepiej być późno niż wcale.

- Nic nie szkodzi, moja droga, wchodź śmiało - odpowiedziała, obdarzając uczennicę ciepłym uśmiechem. - Dzisiejsze zajęcia poświęcimy chiromancji. Czy ktoś może mi powiedzieć co oznacza ten termin? Może panna Crouch? - zasugerowała, rozglądając się po grupce uczniów. Imion większości z nich nie pamiętała, ale wnuczki Ministra Magii ciężko było nie znać.
Nauczycielka wróżbiarstwa zawsze wydawała się jej dość... dziwna. Ktoś kto wierzył w przyszłość z fusów nie mógł być w pełni sprawny umysłowo, czyż nie?
Niemniej na zajęciach pojawić się musiała.
Nie pomagał fakt, że w sali była naprawdę garstka osób. Było wiele rzeczy, które mogła robić w tym czasie! Jak na przykład przygotowywanie się do następnej lekcji obrony przed czarną magią! W końcu musiała zabrać się za naukę Riddiculus! Nie chciała więcej skazywać się na taki wstyd!
- Chiromacja, to wróżenie z dłoni, tak? - bardziej zapytała niż stwierdziła. Crouch uważała, że wiedza ta w ogóle nie była jej do szczęścia potrzebna.
Lorna ucieszyła się, gdy panna Crouch udzieliła bardzo poprawnej odpowiedzi. Może Andromeda nie wykazywała przesadnego zainteresowania przedmiotem, miała do niego predyspozycje.

- Doskonale, moja droga - oznajmiła, niemal klaszcząc w dłonie z zadowoleniem. Zanim jednak powiedziała coś więcej, poczuła silny ból głowy. Przed oczami jej pociemniało, pojawił się szum, ledwo zdołała opaść na krzesło. Znała te objawy aż za dobrze. Kolejna wizja, jednak bardzo nieokreślona. Mnóstwo niewyraźnych kształtów, cieni, przytłumione dźwięki... działo się coś złego i tylko to mogła powiedzieć. Wizja szybko minęła, ale ból głowy pozostał.

- Och, bardzo mi przykro, ale obawiam się, że musimy odwołać dzisiejszą lekcję - oświadczyła ze smutkiem. - Miałam właśnie wyczerpującą wizję i nie jestem w stanie prowadzić zajęć - wyjaśniła. - Napiszcie mi proszę krótką prackę na pół rolki, opiszcie czym jest chiromancja, a w szczególności gdzie i jak można ją stosować, ale to zadanie na kreatywność - zaznaczyła. - Nie ma limitu czasowego, więc proszę, postarajcie się. A teraz jesteście wolni - odprawiła grupkę uczniów skinieniem dłoni i pogrążyła się w medytacji celem uspokojenia.

Koniec lekcji


Andromeda Crouch +5 pkt, +5 g

4 listopada 1937


Lorna Weadow, nauczycielka wróżbiarstwa, właśnie skończyła zajęcia ze starszymi klasami i zabrała się za pakowanie swoich szpargałów do walizeczki, którą lubiła nosić - torba miała duże, wygodne zapięcie, na które łatwo było trafić palcami, była też wyjątkowo pojemna. Same plusy.
Nie spieszyło się jej do gabinetu. Kilka dni wcześniej, podczas lunchu, rozmawiała z młodą panią Fawley na temat jej planów związanych z nauką wróżbiarstwa i zaprosiła dziewczynę do siebie, jeśli ta znajdzie wolną chwilę. Do tej pory jeszcze nie znalazła, ale Lorna nie obwiniała jej o zwłokę. Wiedziała w końcu, że Fawley'owie mieli małe dziecko w domu. Niemniej jednak postanowiła, że poczeka jeszcze kilka minut, na wypadek, gdyby Kaylin postanowiła jednak wpaść dzisiaj. Bo czemu nie? Nie miała dużo pracy, a postawienie tarota mogło poczekać.

Kaylin od lat bardzo chciała ogarnąć ten swój dziwaczny dar. Przerażał ją bardzo, a fakt, że nie potrafiła nad nim zapanować był jeszcze gorszy. Pani Fawley lubiła bowiem mieć wszystko pod kontrolą, a trzecie oko zdecydowanie nie dawało się tak łątwo ujarzmić. Niestety, wszyscy nauczyciele jacy uczyli ją za czasów szkolnych całkowicie zignorowali jej potrzeby. Profesor Biblethump opuścił szkołę zanim udało jej się odkryć, że ma zdolności. Profesor Bułhakow zignorował ją całkowicie, czego nie ptorafiłą zrozumieć do tej pory – w innych sprawach poświęcał jej przecież mnóstwo czasu! A profesor Lestrange.... Była chyba mniej wykwalifikowana niż sama Kaylin. Teraz jednak miała możliwość zapytania o pomoc nauczycielkę, która podobnie do niej, miała dar.

Przez kilka tygodni starała się do niej przyjść, ale zawsze coś wyskakiwało po zajęciach. A to uczniowie prosili ją o pomoc i ona, jak na dobrą stażystkę przystało, nie potrafiła im odmówić, a to trzeba było wracać do Kitty. Takie życie! Tego poniedziałku jednak udało jej się prześlizgnąć korytarzem pomiędzy uczniami i dotrzeć do klasy wróżbiarstwa, gdzie zastała pakującą się profesor Weadow.

— Dzień dobry, ma pani chwilę?

Profesor Weadow, może nieskromnie, ale także uważała, że była jedyną porządną nauczycielką Wróżbiarstwa w tej szkole od lat. Nadal pamiętała, jakie przerażenie wywołało w niej przeglądanie niektórych sprawozdań z poprzednich semestrów, kiedy pierwszy raz do nich usiadła! Na całe szczęście te czasy Hogwart miał już za sobą i garstka uczniów zainteresowanych wróżeniem mogła pobierać nauki na przyzwoitym poziomie.
Od własnych myśli oderwał ją dźwięk kroków na korytarzu, do którego chwilę później dołączył też głos młodej pani Fawley. Lorna uśmiechnęła się ciepło, zwracając twarz w kierunku drzwi.
- Oczywiście, kochana, wejdź! I zamknij za sobą drzwi, proszę. - zaprosiła ją gestem do swojego kącika z fotelami, z których jeden zajęła sama.
- Powiedz mi dokładnie co cię do mnie sprowadza. - poprosiła, kiedy obie już siedziały.

Kaylin zamknęła po cichu drzwi i podeszła do wskazanego przez nauczycielkę fotelika. Pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy siedziałą w tej sali na lekcjach. Cóż, tęskniła za tymi czasami bardzo mocno, ale z drugiej strony, nie miałą wtedy Cassiana. I Kitty. I jej życie było dość smutne. Teraz miałą przynajmniej z kim dzielić się tym wszystkim, co jej się przytrafiało. Tak, teraz było zdecydowanie lepiej. I nadal była w szkole! Nadal uczył asię nowych rzeczy. Czy tak nie było wręcz idealnie?

— Wydaje mi się, że powinnam zacząć od tego, że żaden z poprzednich nauczycieli nie mógł mi w żaden sposób pomóc.  Nie wiem, czy czytała pani to konkretne wydanie Proroka, ale pisali w nim o uczennicy, która wypowiedziałą proroctwo dotyczące podpalania i niszczenia sklepów mugolaków na Pokątnej podczas Yule kilka lat temu. Pisali wtedy o mnie. Do czasu tego proroctwa nie wiedziałąm nawet, że mam dar.  A potem zaczęło być już tylko gorzej, koszmary, wizje. Brak snu i wieczne przemęczenie. Nauczyłam się z tym jakoś żyć, ale nadal jest to męczące. Chciałabym nauczyć się nad tym bardziej panować. Próbowałam sama, ale nie jest to coś, z czym bez odpowiedniej wiedzy można sobie poradzić.

Kaylin usiadła i zaczęła mówić, a Lorna uśmiechnęła się do niej miękko. Och, o to dziewczyna nie musiała się martwić - ona nie była jak wszyscy poprzedni nauczyciele wróżbiarstwa w Hogwarcie, o których słyszała. I była pewna, że razem doskonale poradzą sobie z problemami młodziutkiej pani Fawley.
- Rozumiem, kochana, rozumiem. Bardzo trudno jest opanować taki dar bez odpowiedniego pokierowania. Ja na szczęście miałam pomoc, nie wiem, czy w innym razie udałoby mi się z tym poradzić. - odparła spokojnym, troskliwym tonem - Ale nie musisz się martwić. Zajmę się tobą, złotko. Mówisz, że to sporadyczne wizje, tak? Jak często mniej więcej zdarzają ci się takie wyraźniejsze?

Kaylin, jak zawsze, rozgadała się na jeden temat. Miała tak od zawsze, ciężko jej się zmienialo tematy, ale jeżeli rozmowa dotyczyła jednego, konretnego i w dodatku dotyczącego ją w jakiś sposób, potrafiła o nim gadać i gadać. I w końcu, kiedy doszła do końca opowieści, pani profesor mogła zastanowić się nad tym wszystkim i wtrącić swoje zdanie. Fawley spoglądała na nią z ledwo skrywaną nadzieją, chociaż hej – Weadow była ślepa, więc i tak by tego nie zauważyła, prawda?

— Proroctwo wypowiedziałąm dwa razy, w odstępie... chyba dwóch lat? Mniej więcej. Same wizje pojawiają się niemal co noc, ale takie wyraźne... To nie tak często. Raz na miesiąc, może trochę częściej. Raczej nie są zbyt regularne. Ale zawsze są... Dość tragiczne.

Lorna słuchała uważnie zwierzeń pani Fawley, kiwając głową co jakiś czas. Sprawa brzmiała poważnie, ale nie tragicznie. Może z perspektywy samej Kaylin taka się wydawała, ale nauczycielka wróżbiarstwa miała trochę więcej doświadczenia z podobnymi przypadkami i nie wyglądała na bardzo zmartwioną stanem swojej nowej podopiecznej.
- Tak, tak, to dość powszechne wśród niewytrenowanych jasnowidzów, prawdę mówiąc. Silne fale najmocniej aktywizują trzecie oko, a jak wiadomo, ludzki dramat powoduje ich istny chaos. - pokiwała głową znacząco, chociaż Merlin jeden raczył wiedzieć, czy Kaylin faktycznie rozumiała coś z jej metafizycznych wywodów.
- Myślę, że powinnyśmy zacząć od ćwiczeń wyciszających. Próbowałaś kiedyś czegoś w tym guście? - spytała uprzejmie ciekawskim tonem.

Kaylin zdawała sobie sprawę, że nie była jedyną osobą z takimi problemami. I zdawała sobie też sprawę z tego, że dało się z tym żyć. Nie mogła jednak kłamać, że było to najprzyjemniejsze przeżycie, bo zwyczajnie męczyło ją to od kilku lat. Nigdy nie prosiła się o żadnej Trzecie Oko, ani o żadną specjalną umiejętność. Była szczęśliwa będąc sobą – przeciętną, szarą czarownicą, któej specjalnością były magiczne stworzenia i dobre oceny niemal ze wszystkiego.

— Wyciszające? Nie, nigdy. — Powiedziała szczerze, bo nikt nigdy jej tego nie zapropnował. — To znaczy. Profesor Lestrange, mam na myśli nauczycielkę wróżbiarstwa, kazała mi brać eliksir słodkiego snu na wyciszenie wizji podczas nocy. Ale to raczej nie to, o czym pani mówi, prawda?

- Eliksir słodkiego snu? - kobieta wydawała się wzburzona radami profesor Lestrange. Od początku wiedziała, że ta kobieta nijak nie znała się ani na wróżbiarstwie, ani tym bardziej na takich darach jak jasnowidzenie! Zapewne dostała pracę w szkole tylko po znajomości - w żadnej innej opcji Lorna nie widziała tu sensu.
- Och, nie, definitywnie nie! - potrząsnęła głową, aż kilka ciemnych loczków uciekło jej z upiętego do góry koka.
- Chodzi mi o ćwiczenia wyciszające, oddychanie i koncentrowanie się na swoim wnętrzu. Takie treningi potrafią zdziałać cuda, wierz mi! Osobiście jestem zdania, że przydałyby się każdemu czarodziejowi, ale dla takich czarownic jak my, stanowią całkowitą podstawę, bez której nie da się obejść! - zapewniła gorąco.
- Co ty na to, żeby zapalić świece i spróbować?
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11