Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Posąg Jednookiej Wiedźmy
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6

Posąg Jednookiej Wiedźmy


Lokalizacja: Piętro III, Hogwart



[Obrazek: be1OgvP.png]

Posąg Gunhildy z Gorsemoor, zwanej Jednooką Wiedźmą, stał kiedyś na zakazanym korytarzu, wśród kamiennych gargulców ów zdobiących, został jednak przeniesiony bliżej głównej klatki schodowej, do używanej części piętra jakieś... Sto lat temu? Ot, drobnostka. Posadzka przy posągu wyłożona  jest ciemnoczerwonym dywanem, wokół wisi też kilka zaklętych świeczników oraz parę wypłowiałych obrazów, często pustych. Odkąd w pobliskim opuszczonym gabinecie straszy, jeszcze mniej osób zapuszcza się w okolice posągu, nic więc dziwnego, że ten zaczął powoli porastać coraz grubszą warstwą kurzu i pajęczyn.


Niewielu uczniów na przestrzeni lat zdołało odkryć, że za posągiem znajduje się ukryte przejście, które prowadzi w dół, krętymi schodami, długim korytarzem ciągnącym się pod zamkiem, aż do pobliskiego Hogsmeade. Pokonanie tej drogi jest wyprawą długą i mało przyjemną, zważając na okoliczności - korytarz jest ciemny, wilgotny i łatwo wpaść w nim na pająki... Lub nawet coś gorszego.

Osoby wiedzące o istnieniu przejścia: Kaylin Fawley



Sposób otwarcia przejścia nie jest jeszcze znany.
Znalezienie go wymaga sesji z Mistrzem Gry.

Powiedzenie, że towarzystwa w najznamienitszym Hogwarcie nie można było znaleźć byłoby wierutnym kłamstwem, nadużywanym nadmiernie przez nieszczególnie wyuczonych młodych, którzy za przewodnika w świecie czarodziejskim mieli w dużej mierze przede wszystkim czubek własnego zadartego wysoko nosa. Zazwyczaj na korytarzach panował zamęt. Wokół było bardzo głośno. Czasem nawet do tego stopnia, że trudno było usłyszeć własne myśli, a co dopiero wypowiadane przez rozmówcę słowa. Samotność nie miała tu prawa doskwierać. Zawsze znalazł się ktoś, kto uprzykrzył w najmniej oczekiwanym momencie życie w mało ambitny, denerwujący sposób.
W miejscu w którym znajdywała się, niezmiennie od lat wysoka jednooka wiedźma, która wiernie trwała w pozycji niejednoznacznej nie często się przebywało. Rozmowy z nieszczególnie rozmowną, pokraczną kreaturą na pewno nie należały do najbardziej pasjonujących, a chociaż swym wyjątkowo szerokim ciałem obleczonym szarą szatą zdawała się trzymać pieczę nad tym, kto znajdywał się tuż u jej powykrzywianych stóp nie cieszyła się dużą popularnością, omijano ją szerokim łukiem nie widząc potrzeby, aby bratać się z nieinteligentną formą życia upstrzoną gęstymi pajęczynami.
Dziewczyna wywodząca się z domu Gryffindoru zdanie o niej miała jednak trochę inne. Pamiętała, kiedy po raz pierwszy z koleżankami zapuściła się w te rejony, a później kiedy zbliżał się czas na ucieczkę z lekcji zwykle chowano się właśnie tutaj, aby opowiadać niesłyszącej, niereagującej sekrety, których przecież nie miała prawa nikomu zdradzić. Miejsce przywodziło na myśl naprawdę dużo wspomnień. Czasami nie miało ochoty przebywać się w bibliotece. W pokojach nie zawsze znajdywali się współlokatorzy. Wtedy właśnie przychodziła w to miejsce, aby zaznajomić się na nowo z własnymi przekonaniami, aby w półmroku przeczytać książkę, z każdą następną stroną mając nadzieję, na coś bardziej zakazanego, innym zaś razem ćwicząc proste zaklęcia przeważnie na przewijających się po ścianach pająkach. Emocje związane z początkiem roku stopniowo opadały, dlatego teraz w to miejsce nie zapraszała znajomych sobie osób. Ostatnio nauczyła się chodzić własnymi ścieżkami, nie przejmując się zwykle towarzyszącą jej obstawą przy boku.
To była miła odmiana. Nie zawsze musiał jej ktoś nad uchem nieprzerwanie paplać.
- Dawnośmy się nie widziały. - Zaczęła. W domniemaniu, rozmawiała nie tyle ze sobą, ani nie z pająkami, a właśnie z posągiem co najpewniej z boku, gdyby tylko przyłapała ją osoba trzecia, wyglądałoby śmiesznie. Wolnym ruchem różdżki zmiotła z Gunhildy resztki kurzu. Ostatnimi czasy nie często u niej sprzątano. Czasami obrastała w niewyobrażalny właśnie kurz, innym razem mieszkające w tym rejonie żyjątka oplatały ją ciasto pajęczymi sieciami. Wiły nowe domostwa.
Nie powinno mieć się im tego za złe, jednakże Yvon niezwykle się tym frustrowała. Wychodziło wtedy na jaw, że chociaż czasem zdarzyło się jej wokół siebie nabałaganić, wolała wszystko utrzymywać w stosunkowo kontrolowanym chaosie, nazywanym porządkiem.
- Słyszałaś? Ostatnio znowu mi się Wittermore napatoczyła. Lata mijają, a ona wciąż zachowuje się, jak ostatnia sierota. Tylko by nos w książki wkładała i szczebiotała do Bułhakowa. Już Ty byś, moja droga u niego większe szanse miała, niżeli ten mały, blondwłosy wypłosz. - Wsparła się o ramię wiedźmy, szczerząc się na własne słowa. Relacje pomiędzy nią, a wspomnianą latami bywały bardzo napięte. Tak naprawdę, nikt nie wiedział, dlaczego obie pałały do siebie aż taką, widoczną niechęcią. Plotki mówiły, że była to rozbieżność charakterów.
Inne, że były do siebie zbyt podobne – obie równie irytujące, narcystyczne. A jeszcze inni szeptali pod nosem, co nie raz słyszała, a za absurd uważała, że między nimi dawno, dawno temu coś było, a teraz wszystkie odzywki wynikały z zazdrości i żalu.
Kaylin nigdy nie była typem społecznym. Właściwie, spacerowała zatłoczonymi korytarzami zupełnie tak, jakby nikogo poza nią na nich nie było. Niczym kot, zawsze chadzała swoimi ścieżkami, żyła wyłącznie swoim systemem i każde odstępstwo przyjmowała bardzo nerwowo. Przez to i częste wymądrzanie się nie należała do najbardziej lubianych. Prawdę mówiąc - miała w całym Hogwarcie kilku, którzy ją lubili jednak liczba tych, którzy na jej widok przekręcali oczy była zdecydowanie pokaźniejsza. Czasem czuła się przez to samotna i zastanawiała się, czy nie powinna przykładać do kontaktów z rówieśnikami więcej uwagi. Czy nie powinna bardziej się starać i słuchać rad, które dawał jej chociażby profesor Bułhakow - w końcu dzięki niemu udało jej się znaleźć tych nielicznych, z którymi potrafiła się porozumieć. Bardziej jednak niż przyjaciółmi przejęta była swoją rodziną, która z jednej strony bardzo ją męczyła, a z drugiej była dla niej po prostu bardzo ważna.
Przerwa świąteczna minęła jej dosyć spokojnie, choć ciężko. Pierwszy raz dała się tak naprawdę namówić na bale i spotkania z całym rodem i przyjaciółmi ojca, na których musiała zachowywać się należycie. Być laleczką tatusia, jak lubiła to określać. W jej przypadku, bardzo trudno było się na tym skupić - zawsze popełniała jakąś gafę, mówiła o słowo za dużo, czy po prostu nudziła się po kilkunastu sekundach i chciała wracać do pokoju pełnego książek jak najszybciej. W tym roku jednak naprawdę się postarała i, o dziwo, nie zawiodła ojca. Nawiązała też kilka bardzo ważnych dla jej przyszłości znajomości, dzięki którym otworzy sobie drzwi do kariery. Tylko czy będzie to kariera, o jakiej sama marzy, czy ta, którą wyznaczy jej ojciec? Nie, nie chciała teraz o tym myśleć.
Powrót do Hogwartu był dla niej zbawieniem. Móc znowu kroczyć po korytarzach zamku, zaszywać się w bibliotece i codziennie widywać Bułhakowa. Byłoby zapewne jeszcze lepiej, gdyby nie męczyły ją te dziwne sny, których nie potrafiła zrozumieć i bóle głowy wywołane najprawdopodobniej niewyspaniem. Zmęczona, lawirowała więc pomiędzy ludźmi idąc w tylko sobie znanym kierunku. Jeden skręt w prawo, wejście na schody, potem znowu w prawo, jakiś czas prosto. I wtedy jej oczom ukazała się figura jednookiej wiedźmy, która przerażała prawie każdego pierwszaka. Zazwyczaj więc bywało tu dosyć pusto i spokojnie - idealne miejsce do rozważań i myślenia w samotności. Jednak nie posąg był jej miejscem docelowym.
Dopiero, gdy się zbliżyła ujrzała rudowłosą czuprynę i po chwili wiedziała już, kogo może się spodziewać. Przygryzła tylko wargę i ruszyła przed siebie nawet na dziewczynę nie spoglądając. Byle jak najszybciej przejść obok i zostawić ją za sobą.
Byle tylko znowu się nie przyczepiła.
Prędko zbliżająca się postać, wyraźnie wyróżniająca się z powodu szczupłej, wątłej sylwetki, charakterystycznych wiecznie napuszonych włosów oraz rzadko spotykanego uśmiechu, spośród szarego tłumu jednakowych uczniów nie miała prawa umknąć wyczulonej uwadze. Yvon szybko zorientowała się. z kim tak naprawdę miała do czynienia, a kiedy przez myśl przeszło jej, jak uderzenie pioruna, że o wilku mowa, okręciła się czym prędzej na pięcie aby ruszyć dość pospiesznym krokiem za umykającą w nieistniejącym tłumie osóbką, wyraźnie podenerwowaną przejściem wzdłuż długiego korytarza. Zrównała z nią kroku.
- Gdzie się wybierasz, Wittermore? - Zagaiła. Niby spokojnie, w końcu na pierwszy rzut oka nie dało się wyczuć tego, jeśli się jej nie znało, że takie niesnaski były tylko zaproszeniem do gry, kiedy w myślach już układała zasady. Okres w którym nie miały ze sobą najmniejszej styczności, ponieważ obie mieszkały naprawdę daleko odbił się na zachowaniu Yvon. Czasami się zapominała. Myślała nawet o tym, aby w końcu odpuścić ale za każdym razem, kiedy słyszała jej głos, czy to na zajęciach, czy na korytarzach, kiedy tak strasznie się wymądrzała – to sprawiało, że chęć dokuczania wracała. Trąciła ją ramieniem, nim nie odsunęła się o krok aby przyspieszyć raz jeszcze, zachodząc jej tym razem drogę, nie pozwalając prędko ulotnić się z miejsca zdarzenia. Wyszukiwała wzrokiem jakiejś książki w jej dłoni, tym razem jednak nie znalazła niczego do czego mogłaby się przyczepić. Zagryzła wnętrze własnego policzka.
- Zapomniałaś mi opowiedzieć, jak minęła Ci przerwa od szkoły? Dobrze się bawiłaś? Elita, którą obkładają się Twoi  rodzice na pewno odpowiada Ci bardziej, niż uczniowie z Hogwartu. - Zainteresowana w pierwszej chwili miała ochotę tylko skrzyżować ze sobą ręce, jak to zwykle bywało, jednakże, kiedy spostrzegła, że dziewczyna nie jest zbyt wylewnym kąskiem, ochoczym do spowiadania się nieprzyjaznemu rudzielcowi starsza pokusiła się o to, aby zwinnym ruchem przyprzeć ją do starej, opajęczonej ściany. Stanęła przy niej tak, aby chwilowo uniemożliwić Kaylin ucieczkę. Kolejny raz sama do niej przyszła. Nie musiała trudzić się, aby po całym Hogwarcie szukać. Chyba była na nią skazana, skoro tak często na siebie wpadały. To musiało coś znaczyć.
- Spokojnie. Przecież Cię nie zjem. - Skwitowała. Czasami ton jej wypowiedzi źle naprowadzał rozmówcę, nie często brzmiała wiarygodnie zapewniając, nawet w tak komicznej sytuacji, jak ta. Zdmuchnęła z wiecznie przysłoniętego niesfornym włosiem czoła Kaylin kilka pomniejszych pasm na bok, nim nie przymrużyła w oczekiwaniu oczu kątem wspomnianych co jakiś czas łypiąc, w kierunku jednego z jej boków, aby upewnić się, gdzie trzymała różdżkę.
Była prawie pewna, że nie uda jej się przemknąć obok, nie zmuszając przy tym rudowłosej Gryfonki, by za nią podążyła. Mimo to musiała spróbować, wykorzystać ten jeden procent szans - jednak wszystko na marne. Słyszała jej kroki, lekkie choć charakterystyczne. Zdecydowane, przyspieszające - aż w końcu zrównały się z jej. Kaylin nie spojrzała nawet w jej kierunku, nie łypnęła okiem, ani nie przekręciła głowy. Szła, jak gdyby nigdy nic, do przodu. Ignorowanie było najlepszą formą obrony, tak sobie powtarzała, podczas gdy czuła, jak żołądek zaciska jej się niemiłosiernie mocno.
Miała dobre wspomnienia ze świąt, dobry humor towarzyszący jej od Nowego Roku. Nie chciała, by jedno spotkanie z niewłaściwą osobą jej to zepsuło. Wiedziała jednak, że z Yvon bywało ciężko i zapewne zamęczy ją swoim istnieniem. Kaylin na początku zastanawiała się, jak wiele problemów i smutków musi mieć na swoich barkach Hennessy, skoro musi wyładowywać swoje frustracje na drobnej Krukonce. Na początku wywoływało to w niej niechęć, obrzydzenie i strach. A teraz? Teraz było jej w większości obojętnie. Skoro Yvon to pomagało, a po Kaylin spływało to mogły sobie współistnieć w symbiozie. Teraz jednak było inaczej. Wittermore miała skrawki wspomnień, które chciała jeszcze przez długi czas dobrze wspominać, gnać na pozytywnej energii przed siebie, jak najdalej. A Yvon mogła to wszystko zniszczyć.
- Tam, gdzie twoja noga nigdy nie staje, Hennessy. - Mruknęła cicho i przyspieszyła kroku. Naprawdę nie chciała teraz marnować i czasu i dobrego nastroju, ale najwidoczniej nie miała innego wyjścia. Gryfonka zatarasowała jej przejście tak gwałtownie, że Kaylin ledwo wyhamowała i otarła się o rudą jedynie nosem i, być może, musnęła jej twarz swoimi włosami. Wittermore westchnęła tylko zrezygnowana i podniosła wzrok na sprawczynię całego zamieszania.
- Podejrzewam, że nie jeden wolałby towarzystwo trolla od twojego. Ale nie, nie bawiłam się tak świetnie, jak tego oczekujesz. - Mówiła na jednym wdechu i rozglądała się za drogą ucieczki, lecz na chwilę obecną nie ujrzała żadnej. - Może powinnaś wreszcie skupić się na swoim życiu, zamiast interesować się innymi. - Powiedziała na zakończenie i zlustrowała dziewczynę od dołu go góry, by zobaczyć, czy zaszły w jej postawie jakiekolwiek zmiany.
Na kolejne słowa Yvon jedynie drgnęła. Zrobiło jej się zimno i to najprawdopodobniej nie tylko wynik mroźnej atmosfery między dziewczętami, które same ze sobą nie mogły się pogodzić, a także efekt tego, że kilka dni wcześniej porządnie wymarzła. Zdmuchnięte włosy ułożyły się w jeszcze bardziej chaotyczną konstrukcję na czole dziewczęcia, gdy ta spuszczała wzrok. Ręce miała skrzyżowane na piersi, lecz nie było wiadomo, czy był to wynik zimna, czy można postawy obronnej. Jedno jednak było pewne - różdżka nadal pozostawała ukryta gdzieś pod szatą.
A może wcale jej ze sobą nie miała?
Kto wie.
Wpatrywała się w nią, jeszcze przez dłuższą chwilę wetrując wszelkie za i przeciw, nim nie zmarszczyła nosa przychylając się, nad drobniejszą towarzyszką. Zetknęła się z nią swoim czołem, z początku nie wydając z siebie ani piśnięcia. Darowała Kaylin bardzo oskarżycielskie spojrzenia przepełnione w tym momencie nie tyle co złością, a przede wszystkim żalem. Wyrzut skierowany w stronę wspomnianej był uzasadniony. Chociaż ani myślała, by wypowiedzieć głośno niektóre słowa to widać było, że na tym spotkaniu atmosfera znacząco różniła się od pozostałych, kiedy wokół nie było ciekawskich par oczu. Niespiesznie się od niej osunęła. Z początku dając tylko odrobinę miejsca na odetchnięcie. Jednakże, z biegiem chwil darowała go jeszcze więcej posłusznie odchodząc prawie, że na odległość wyciągniętej, wyprostowanej ręki.
- Pomyślałaś o tym, że może nie mam na to ochoty? - Parsknęła. Trudno było wytłumaczyć nagłą zmianę, zrezygnowanie z prowadzenia żwawej konwersaji nie było czymś często spotykanym. Kaylin nie mogłaby przecież od tak zgasić zapału Yvon. Prawda? Prawda. Ugryzła się w koniec języka nim nie zbliżyła się o krok, aby stanąć na czubkach butów blondyny, spoglądając na niczemu winną nieszczególnie wysoką kruszynę z góry. Dlaczego ktoś taki miał na życie Gryfonki wpływ?
Zwinnym ruchem szarpnęła ją za jeden z nadgarstków, zaciskając na nim palce. W międzyczasie zszedła jedną własną stopą z wyczyszczonych na glanc bucików. Zacisnęła palce drugiej dłoni na policzkach dziewczyny, ściskając je – nieszczególnie mocno, chociaż dało się w tym kontakcie wyczuć chęć zdominowania Krukonki. Kiedy z ust towarzyszki rozmowy zrobiła karpia, bezceremonialnie pokręciła jej głową na boki. Później przyparła  do dużego obrazu, wiszącego na ścianie znadującej się centralnie za plecami Wittermore.
- Cieszę się, że to ostatni rok w którym będę oglądać Twoją buźkę. - Skwitowała. Wydawało się jej, że kontroluje sytuację, dlatego też pozwalała sobie na coraz śmielsze poczynania palce dłoni, która dotychczas zatapiała się na miękkich, zaczerwienionych policzkach wplatając we włosy dziewczęcia. Pomyślała, że mogłaby wynagrodzić jej nieprzyjemne spotkanie, ugłaskać ale w ostatniej chwili tylko przewróciła na siebie oczyma, pociągając za jasne, miękkie pukle z chwili na chwilę mocniej, wyżej kontrolując zarazem, aby zbyt dużej ilości nie wyrwać. Nie o to w tym chodziło. Nie chciała, żeby Wittermore ołysiała, chociaż byłby to widok na pewno zniewalający.
Wystarczyło, że bolało.Przechyliła nieco swoją głowę. Na ustach rudowłosej wykwitł naprawdę nieprzyjemny grymas, przypominający uśmiech. Odchyliła szarpnięciem jej głowę, a przypierając ją mocniej do zimnego muru owiała ciepłym oddechem jej szyję. Nie interesowała ją w ten sposób. Wszystko to miało być tylko karą. Odwetem. Zabawą. Gdy tylko ta próbowała wydać z siebie chociażby jedno głośniejsze słowo, Hennessy szarpała dziewczynę za włosy mocniej, grożąc, że jeśli nie będzie współpracować, dopadnie ją prędzej czy później, a wtedy nawet kochany ojciec nie pozna jej twarzyczki. Wgryzła się, boleśnie w szyję dziewczyny. Trzymała długo, aby upewnić się, że zostawi po sobie wyraźny, upokarzający ślad. Z warkotem chartała kolejne warstwy skóry, powtarzając w myślach, że robi słusznie. A to był błąd.
- Niech Cię ten Twój, który na Ciebie uwagi nie zwraca ogląda taką. Niech wie, że z Ciebie puszczalskie dziewczę. - Wychrypiała, kiedy zaciskała palce na jej nadgarstku darując jej jeszcze jedno skuteczne ugryzienie. Dopiero, kiedy dopełniła dzieła – bo tak nazywała to, czego się teraz dopuściła kolejno wyplątywała palce z włosów dziewczyny. Później w pośpiechu odsunęła się, gotowa na to, by w razie potrzeby wyjąć różdżkę. Warto było. Jeszcze tego nie żałowała.
Zmniejszenie odległości między nimi nie za bardzo spodobało się Kaylin. Prawdę mówiąc, poczuła, jak żołądek jej się zaciska, a wszystkie nerwy wręcz krzyczą uciekaj. Mimo to, nie ruszyła się o krok. Stała w miejscu i czekała na to, co powie jej Gryfonka. Z resztą, nawet jeżeli chciałaby uciec, nie miałaby jak. Yvon skutecznie zagrodziła jej każdą drogę ucieczki. Wittermore przełknęła jedynie ślinę i spojrzała na dziewczynę, marszcząc przy tym brwi w akcie zdenerwowania. Nie miała, jak się bronić. Nie miała, jak uciec. Co więc jej zostało?
- A pomyślałaś o tym, że nie każdy ma ochotę na te twoje głupie gierki? - Fuknęła i po chwili czuła już silny uścisk na swoim nadgarstku. Nim zdążyła na to jakkolwiek zareagować, druga dłoń oprawcy zaciskała się już na jej policzkach, nie pozwalając jej tak naprawdę na wydobycie z siebie żadnego dźwięku. Kaylin nie należała do tych, którzy denerwują się bądź wpadają w płacz bardzo szybko. Teraz jednak, gdzieś na dnie oka zaczynały pojawiać się łzy, a narastająca w niej frustracja mogła wybuchnąć w każdej chwili. Zawsze zdarzali się uczniowie, którzy lubili ją poniżać w ten, czy inny sposób. Wittermore jednak czuła, że jest już na to za duża i powinna wreszcie się postawić. Raz, a porządnie. Dokuczanie na lekcjach i wpakowywanie ich w kłopoty u nauczycieli przestało być skuteczną formą obrony i zemsty.
- I vice versa, Hennesy. - Syknęła wyrywając twarz z jej uścisku. - Życzę ci, byś zdała ten rok i zniknęła stąd raz na zawsze. A z twoimi ocenami pewnie ciężko zaliczyć semestr. - Fuknęła jeszcze raz i miała coś dodać, gdy poczuła silne szarpnięcie. Nie wiedziała, co Yvon miała do jej włosów, ale zaczynało ją bardzo irytować to, że za każdym razem robiła z nimi tak brutalne rzeczy. Z jej, już i tak bardzo niesfornymi włosami! Bardziej zaskoczona była jednak wtedy, kiedy poczuła na swojej szyi ugryzienie. Przez chwilę zastanawiała się, o co w ogóle chodziło.
Potem jednak zaczęła się wyrywać, na swoje nieszczęście - nieskutecznie. Czuła lecącą jej po skórze krew i łzy, które zaczęły coraz bardziej napływać do oczu. Nie przestawała odpychać od siebie Yvon, a gdy ta wreszcie to zrobiła, od razu dotknęła palcami zakrwawionego miejsca. Słowa Gryfonki uderzyły w nią jak brzytwa, na co zareagowała tylko jednym - porządnym uderzeniem jej z otwartej dłoni w twarz. Tak, to już ten moment, kiedy Kaylin przestaje być grzeczna.
- Możesz zachowywać się jak człowiek? Obrazy patrzą. - Fuknęła. Wyszukała w szacie śnieżnobiałej chusteczki ze swoimi inicjałami i przyłożyła ją sobie do rany. Patrzyła przy tym bardzo, wręcz nienaturalnie jak na nią, wściekłym spojrzeniem.
Pewnego dnia musiało do tego dojść, a pech chciał, że stało się to akurat dzisiaj. Młoda Kaylin w końcu przejrzała na oczy, wzięła odwet za znęcanie się, aczkolwiek wymierzenie siarczystego policzka chociaż z początku zamroczyło dziewczynę, wprawiło w niemałe zdziwienie i co najważniejsze, a co nie mogło umknąć uwadze sprawiło, że do kącików oczu naszły rudowłosej łzy, które sprawiły, że wspomniane od razu stały się bardziej przeszklone to nie ostudziło zapału na tyle skutecznie, by starsza czym prędzej usunęła się, obracając na pięcie. Ścisnęła w jednej dłoni różdżkę, uchylając wargi by wypowiedzieć zaklęcie nim w ostatniej chwili nie ugryzła się w język, odpowiadając Wittermore podobnym, wymierzonym skutecznie uderzeniem z otwartej dłoni w mokry od łez blondyny policzek. Zacisnęła usta w wąską linię. To wszystko wina Wittermore. Oczywiście. Zbliżyła się, aby spróbować wyszarpnąć zdezorientowanej dziewczynie haftowaną chusteczkę, a kiedy ta znalazła się między jej palcami, zwinęła ją, z wyraźnym zamiarem przywłaszczenia. Zmrużyła nieprzyjemnie oczy, obrzucając ją zdegustowanym spojrzeniem.
- A... A Twoja matka jest chomikiem, a Twój ojciec śmierdzi skisłymi jagodami. A Ty zaś masz krzywe kolana. A Twój dziadek nie jadł rosołu. On wgryzał się w kury i popijał wrzątkiem. - Bąknęła. Skrzyżowała ręce na piersiach, nim nie zaczęła mierzyć ją wzrokiem. Czasami obie nie zachowywały się jak prawie, że dorosłe kobiety. W końcu kto normalny wgryzałby się w czyjąś szyję? Zaś innym razem, kto na wyraźne zaczepki reagowałby naiwną biernością? Schowała różdżkę za pasek, w miejsce, w którym powinna spoczywać nim nie potarła zaczerwienionego policzka dłonią. Spojrzała na nią z niemałym wyrzutem, nim nie wcisnęła chusteczki Wittermore do kieszeni, zaraz kontynuując przemierzanie korytarzu. Zerknęła przez ramię, aby się upewnić, czy za nią idzie. Zaczęła powoli. A kiedy Kaylin próbowała się zbliżyć, aby odzyskać zgubę w postaci materiału, wymijała ją zręcznie, zataczając swego rodzaju koło aby czym prędzej znaleźć się za nią. Wygrzebała wspomnianą z głębokiej kieszeni, nim nie zamachała nią prawie, że przed jej nosem skutecznie prowokując do dalszego działania. Chyba Hennessy mało w życiu było wrażeń. W gruncie rzeczy nie miała zamiaru dostać w twarz drugi raz. Teraz była odrobinę czujniejsza.
Planowała, co zrobić, aby zwalić dziewczynę z nóg. Zamyśliła się, smagając dłoń Kaylin chusteczką która nie raz była na wyciągnięcie. Skutecznie odsuwała ją od swojego kozła ofiarnego, sporadycznie pozwalając jej na to, aby zbliżyć się na odległość jednego kroku. Czasami cieszyła się z tego, że była od niej o wiele wyższa. Czasami? A tam. Zawsze miała do tego słabość. Do gnomiastego wzrostu Kaylin, dzięki któremu mogła nieco podnieść sobie samoocenę.
Kaylin była naprawdę wściekła. Zawsze spokojnie, wręcz niezbyt przejęta wszystkim, co się wokół niej działo, pozwalała Hennessy na za dużo i oto nastąpiły tego skutki. Oczywistym było, że kiedyś Gryfonka przegnie i Wittermore wkurzy się nie na żarty. Nie było jednak pewne, kiedy do tego dojdzie. I choć można się było tego spodziewać, irytacja Krukonki mogła jej koleżankę naprawdę zaskoczyć.
Łzy w oczach blondynki cały czas znajdowały się gdzieś na cienkiej granicy, jakby zastanawiały się jeszcze czy wypłynąć, czy zostać na swoim miejscu. Obserwowała twarz rudej przyciskając do szyi chusteczkę i starała się nie rozpłakać. tego wszystkiego naprawdę było za dużo! Wittermore mogła znieść dokuczanie i bycie nie miłym w stosunku do niej samej. Nie mogła jednak słuchać, gdy ktoś w taki a nie inny sposób mówił o profesorze, którego tak bardzo lubiła. I kiedy dziewczę myślało, że Yvon nie jest w stanie zdenerwować jej bardziej... Poczuła na twarzy uderzenie jej otwartej dłoni, a potem usłyszała słowa, które choć sensu nie miały zbyt wiele, ubodły. Nikt nie będzie obrażał jej zmarłego dziadka!
- Ty jesteś jakaś nienormalna. Powinni cię zamknąć na intensywnej terapii. - Warknęła już wyraźnie wściekła. Wszelkie próby odzyskania chusteczki były nieudane, co tylko frustrowało ją jeszcze bardziej.
Jedna próba, nie udało się. Podążała za uciekającą jej Yvon i zaciskała usta w wąską linię. Druga próba - to samo. Trzecia i kolejna, również się nie powiodły. W końcu, całkowicie załamana własną nieudolnością i pechem, jaki ją prześladował stanęła w miejscu.
Za doprawianie życia Krukonki nieprzyjemnymi zdarzeniami mogłaby nazywać się prawdziwym potworem, pozbawionym ludzkich odruchów ale tak naprawdę, nie było jej na duszy ciężko z powodu nieokrzesanych występków. Zawsze powtarzano jej, że powinna zachowywać się należycie, zwady na świecie nie szukać, a tym bardziej w Hogwarcie z którego przecież można by było Gryfonkę łatwo wyrzucić. Głucha była na wszelkie dobre porady, widząc przede wszystkim czubek własnego nosa, a także możliwości do tego, aby się skutecznie rozerwać.
- Ciebie też mogliby tam zamknąć. Mówił Ci już ktoś, że masz skłonności do mazania się? Myślisz, że życie kręci się jedynie wokół szkoły. Tak Ci na tych dobrych stopniach zależy, ale one nic Ci tak naprawdę nie dają. - Zawarkotała. Oczywiście, nie powinna przejmować się tym, że ktoś kto nie był nią obrał taką, a nie inną drogę. Ale coś jej tu nie pasowało. Kaylin zawsze starała się imponować innym tym, że na świadectwie widniały u niej wysokie oceny. A przecież na ulicy, poza szkołą nikt nie patrzył na blondynę przez pryzmat wyników w nauce. Każdy oceniał powierzchownie jedynie po wyglądzie, czasami wybijającym się spośród wszystkich charakterze ani przez moment nie myśląc, że musi umieć robić dobre eliksiry, czy prawidłowo posługiwać się zaklęciem erecto, kiedy znajduje się przy swoim ulubionym nauczycielu.
Palcami otarła wierzch ust, wzdrygając się na myśl o krwi która jeszcze do niedawna mogła się z nimi zetknąć nim nie zatrzymała się, spoglądając przez moment na dziewczę tylko po to, by przystanąć na palcach, zawieszając chusteczkę na jednym z przestarzałych, wyższych kinkietów z roztopionymi do końca kremowymi świecami. Trudziła się, chociaż dobrze wiedziała o tym, że taką chusteczkę łatwo byłoby zdjąć z wybranego miejsca przy pomocy różdżki.
- Muszę Cię tu zostawić. - Skomentowała pod nosem. To mogło sprawić, że blondyna pomyśli, że Hennessy mówiła co najwyżej do siebie, ale tak naprawdę, wiadomość skierowana była także do wspomnianej. Gryfonka nie widziała już sensu w dalszym droczeniu się. To znaczy, to nie było odpowiednie miejsce. Miała tu małe pole do popisu, wokół nie było też osób, równie wrednych co ona, które przyklasnęłyby pomysłowi. Odsunęła się, kierując własne kroki w głąb korytarza. Zerknęła jeszcze na odchodne przez ramię, jeszcze jeden raz, aby się upewnić, czy Kaylin pospieszyła po chustkę. Mimo wszystkich tych niedogodności, warto było ją ugryźć. Naprawdę. Gdyby mogła, zrobiłaby to jeszcze raz. Czasami żałowała, że nie przenosiła jakiejś choroby. Na pewno Kaylin byłaby pierwszą, którą chciałaby zarazić.

[ z/t ]
Nie to, że się zgubiła. Wcale, a wcale. Jak mogłaby się zgubić w ogromnym zamku, który ma milion różnych korytarzy, tajemnych przejść i ogromnych lochach w podziemiach. Nawet największa ciamajda nie mogła się tu zgubić!
Zmęczona i najwidoczniej podirytowana Puchonka, mknęła spokojnie po IV piętrze i jak na złość zahaczyła szatą o stojącą przy ścianie zbroje. Nie dość, że narobiła hałasu na pół Hogwartu, to jeszcze rozdarła swoją ulubioną szatę.
- Ale fajnie!
Burknęła pod nosem i czym prędzej zaczęła uciekać. Przecież to nie ona! Pewnie jakiś kot postanowił zabawić się w smoka i zaatakować rycerza! Tak! To było dobre wytłumaczenie.
Nie, żeby obrazy wszystko widziały...
Zarumieniona zbiegła cichutko po schodach, potykając się o przedostatni schodek i w ostatnim momencie łapiąc równowagę, ale wypuszczając grube tomisko z rąk. Klnąc siarczyście po nosem, pozbierała się i rozejrzała uważnie po korytarzu na III piętrze. Cholera! Jeszcze musiała się na kogoś natknąć!
- Kayln?
Zapytała nieśmiało, widząc jedynie plecy blondynki, która najbardziej przypominała jej Krukonkę.
- Ehm... Wszystko w porządku?
Dodała niepewnie.
Prychnęła tylko na kolejne słowa Gryfonki i pokręciła głową, bardziej do siebie niż do niej. Nie mogła zrozumieć, jak tacy idioci byli w stanie dojść do siódmej klasy, nie kiblując ani razu. Wiedziała, że nie każdy musiał uczyć się tak, jak ona. Że byli inni uczniowie, którzy radzili sobie o niebo lepiej z zaklęciami, a na zajęciach teoretycznych szli po najniższej linii oporu. Uważała jednak, że osobistości takie jak Hennessy nie powinny w ogóle dostawać się do szkoły za bycie totalnym debilem. Przez chwilę miała nawet ochotę jej odpowiedzieć, odszczeknąć choć raz, ale potem stwierdziła, że naprawdę nie warto.
W ciszy czekała aż jej towarzyszka powie, co powiedzieć musi i sobie pójdzie. Na szczęście nie musiała czekać na to zbyt długo i nim się obejrzała, rudowłosa po prostu zniknęła za zakrętem. W tym właśnie momencie Kaylin poczuła, że naprawdę chce się jej płakać. Nie wiedziała, co powinna teraz ze sobą zrobić. Jak zakryć upokarzające ugryzienie? Czy powinna teraz po prostu wrócić do dormitorium? A co, jeżeli Yvon roznosiła jakieś świństwo? Ach, tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Podeszła do miejsca, w którym Gryfonka zawiesiła jej chusteczkę i wyciągnęła różdżkę cały czas walcząc z napływającymi do jej oczu łzami. Nigdy nie płakała w miejscach publicznych, uchodząc raczej za całkowicie obojętną i wręcz nienormalną. Każdy jednak miał jakieś granice.
- Wingardium Leviosa. - Szepnęła ciesząc się, że było to jedno z tych niewielu zaklęć, które umiała. Jeżeli już miała mówić o jakichkolwiek umiejętnościach w tej kategorii mogła powiedzieć, że zaklęcia użytkowe opanowała do całkiem przyzwoitego poziomu. Przynajmniej przy tych zaklęciach rzadko zdarzało się, by wybuchały jej na twarz.
Dawniej śnieżnobiała, teraz zaplamiona jej własną krwią chusteczka lewitowała przez chwilę, a potem znalazła się w jej dłoni. Najpierw przyłożyła ja sobie do nadal krwawiącej szyi, chcąc zetrzeć strużkę czerwonej cieczy, która zaczęła brudzić nawet koszulę. Potem jednak zakryła nią sobie oczy, ciesząc się, że przy pomniku była sama. Nie chciała, by ktokolwiek widział chwilę słabości, zwłaszcza, że i tak była już całkiem łatwym celem. Nie miała też jedenastu lat, by wypadało jej mazać się publicznie.
Zdawać by się mogło, że akurat tego dnia cały świat się na nią uwziął. Chwilę po tym, jak zaczęła szlochać usłyszała znajomy głos i aż podskoczyła w miejscu. Nerwowo zaczęła wycierać sobie twarz i chrząkać, by doprowadzić głos do jako takiego porządku. Odwróciła się w stronę nadchodzącej Puchonki i uśmiechnęła - odrobinie wymuszenie, ale jednak.
- Tak. - Zaczęła bardzo niepewnie. - Wszystko... w porządku. - Dodała zapominając całkowicie o zakrwawionej szyi, która przecież nie mogła ulec uwadze koleżanki. Zaczerwienione oczy też nie wskazywały, by Kaylin przeżywała najlepszy dzień w swoim życiu.
Addyson nie za bardzo wiedziała co ma zrobić. Widok roztrzęsionej Krukonki nie był dla niej codziennością. Poza tym, Puchonka nie miała zielonego pojęcia jak radzić sobie z takimi osobami. Nie potrafiła pocieszać i dobrze doradzać ludziom. Sama sobie nie umiała doradzić! Poza tym, często nawet zwykła rozmowa sprawiała jej niemało problemu.
Niemal od razu jej uwagę przykuły zaczerwienione i załzawione, brązowe oczy towarzyszki.
- Kaylin... To... To krew?
Pobladła lekko na widok zakrwawionej chusteczki, którą nastolatka usilnie próbowała przyciskać do swojej szyi. Posoka nie wywoływała u niej mdłości i nie miała zamiaru zemdleć, jednak chodziło o sam fakt. Dlaczego Krukonka stała na pustym korytarzu, a z jej szyi ciekła czerwona ciecz? Coś ją zaatakowało? Tylko co mogło wałęsać się po zamku?
Wygrzebała z kieszeni swoją biało-żółtą chusteczkę i również podała ją dziewczynie. Widziała, że uczennica nie daje już sobie rady ze swoją szmatką, a krew powoli zaczyna brudzić jej koszulę. Z daleka rany nie wyglądały jednak na tak poważne, żeby biec do skrzydła szpitalnego.
Może... Może dałaby sobie radę z tym sama? Przecież nauczyła się tego czaru już dosyć dawno i nawet całkiem dobrze jej wychodziło.
- Poczekaj... Mogę ci pomóc.
Mruknęła, wygrzebując spomiędzy potarganej szaty swoją różdżkę. Nikt nie wiedział, że po kryjomu ćwiczyła proste zaklęcia medyczne. W przyszłości chciała zostać uzdrowicielką, więc wiedziała, że musi ćwiczyć, aby nie wyrządzić komuś jeszcze większej szkody. Dodatkowo musiała umieć zabliźniać swoje rany, których nabawiała się przy upadkach.
- O ile oczywiście chcesz...
Dodała niepewnie nie chcąc narzucać się blondynce.
Widok roztrzęsionej Kaylin zdecydowanie nie był czymś zwyczajnym i spotykanym codziennie. Dla niej samej było to zdarzenie bardzo nieprzyjemne i, choć zawsze zachowywała spokój ducha, wpędzało ją w lekką panikę. Nie bała się krwi, dopóki nie było jej dużo. Tym bardziej w takich miejscach, jak szyja, gdzie nie widziała jej praktycznie wcale. Dużo gorsze urazy i rany zapisały się w jej pamięci i takie drobnostki nie robiły na niej wrażenia. W tym przypadku chodziło bardziej o aspekt psychologiczny, Yvon i całe to kilkuletnie znęcanie się. Choć zapewne i to nie uderzyłoby w nią tak bardzo, by zaczęła drżeć na całym ciele panikując, gdyby Gryfonka nie zaczęła rzucać aluzji do profesora Bułhakowa.
- Co? A, tak. To nic takiego. - Mruknęła dopiero odciągając chusteczkę i widząc, że więcej krwi już w nią nie wsiąknie. Na litość Merlina, jak mocno Hennessy musiała się w nią wgryźć, żeby tak długo krwawiła? Kiedy Addyson podała jej swoją chusteczkę wzięła ją do ręki, jakby się wahając. Nie przywykła do pomocy innych, nic więc dziwnego w tym, że nie wiedziała, jak się zachować.
- Dziękuję. Ale nie wiem, czy jesteś pewna. Podejrzewam, że już się po tym nie dopierze. - Powiedziała dalej cichym, lekko zachrypniętym głosem, a jej twarz z sekundy na sekundę bladła coraz bardziej. Czując jednak, jak krew spływa jej po szyi coraz bliżej, zacisnęła usta w wąską linię i przyłożyła podarowany materiał, by zatamować ciągle krwawiącą ranę. Musi zapamiętać, by odkupić pannie Clemen chusteczkę - jak tylko wróci do dormitorium to zapisze to sobie w organizerze!
- Nie, nie. W porządku, ja sobie poradzę. - Powiedziała odrobinę za szybko. Przez ostatni rok nauczyła się kilku ważnych rzeczy w kontaktach z ludźmi i jej relacje z nimi uległy drobnej poprawie. Mimo to, dalej była sobą - aspołeczną Krukonką, która ufała tylko sobie i profesorowi B.
Krew dla Puchonki była czymś naturalnym. Nawet nie mogła już zliczyć ile razy, będąc dzieckiem, została pchnięta przez brata na ogrodzenie, ostry kamień, czy kant stołu. Nie zawsze kończyło się to lekkim zdrapaniem naskórka. Na całe szczęście jej matka była pielęgniarką w mugolskim szpitalu i często sama potrafiła zabliźnić rany, bez odwiedzania specjalistów.
Addyson nie miała zamiaru wypytywać Krukonki, o to, co jej się stało w szyję. Chociaż nastolatka z natury była ciekawska, starała się tego nie ujawniać. Poza tym, nie chciała jeszcze bardziej zdołować Kaylin. Widok jej załzawionych oczu i wyraz jej twarzy, wskazywał na to, że nie powinna na nią naciskać.
- Nie ma problemu. Mam jeszcze kilka takich.
Machnęła lekko ręką, posyłając przy tym nastolatce delikatny, nieśmiały uśmiech. Obie dziewczyny łączyło kilka ważnych cech. Były aspołeczne i wolały zanurzyć nos w książkach niż rozmawiać z innymi. Może właśnie dlatego Add w pewnym sensie ją polubiła? Może i były z innych domów, ale umiały się porozumieć, rozmawiając chociażby na tematy związane z zielarstwem.
Uwadze Puchonki nie uniknął fakt, że Krukonka nagle zaczęła robić się blada. Nie odwracając wzroku od blondyny, schowała swoją różdżkę, słysząc odmowę. Nie miała zamiaru robić nic na siłę.
- Powinnaś przynajmniej udać się do skrzydła szpitalnego... Dość mocno krwawisz.
W mniemaniu szatynki, powinna przynajmniej zaprowadzić ją do pielęgniarki, skoro nie chciała jej zaufać na tyle, żeby zabliźnić jej rany na korytarzu. Clemen, nie była jednak zdziwiona niechęcią Kaylin. W końcu dziewczyna była świadkiem jej licznych, nieudanych czarów, więc bała się o własne życie. Nie mogła wiedzieć, że Add nocami ćwiczyła uzdrawiające zaklęcia.
Stron: 1 2 3 4 5 6