Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do zaklęć użytkowych
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

Sala do zaklęć użytkowych


Lokalizacja: Piętro III, Hogwart



[Obrazek: UvktSGX.png]

Podłużne pomieszczenie, w którym długie stoły przeznaczone dla uczniów ustawione są tarasowo, pod przeciwległymi ścianami, jednym krańcem zbiegając się z podestem, na którym ustawione jest nauczycielskie biurko oraz przesuwana tablica. Wejścia, zarówno to do samej sali, jak i do poszczególnych rzędów ławek, znajdują się na końcu pomieszczenia tak, że stojący przy swoim miejscu profesor może obserwować wchodzących i zajmujących miejsca podopiecznych. Za podestem nauczycielskim znajdują się drzwi do niedużego składzika, w którym przetrzymywane są zapasowe podręczniki, księgi zaklęć i rozsuwane tablice z opisami chwytów na różdżkach.

Zaklęcia i uroki nigdy nie należały do najbardziej oczekiwanych przez Kaylin zajęć. Właściwie, gdy tylko zorientowała się, iż nie wychodzą jej nawet najprostsze czary, zaczęła stresować się każdą lekcją. Była perfekcjonistką, uwielbiała być najlepsza, a przynajmniej bardzo dobra. Każdą wolną chwilę poświęcała na ćwiczenie prostych, uczonych na zajęciach zaklęć i bardzo często powstrzymywała płacz żalu nad samą sobą, gdy coś jej nie wychodziło. Ostatecznie nauczyła się kilku zaklęć użytkowych, które miały ułatwiać jej codzienne życie i postanowiła nie zdawać z przedmiotu egzaminów, by nie ośmieszyć się przed wszystkimi.
Mimo to, nie zrezygnowała z uczęszczania na lekcje. Bardzo się starała, by jej oceny z tego przedmiotu były jak najlepsze i tylko nadzieja na to, że kiedyś tak będzie sprawiała, że nie uciekła z płaczem raz na zawsze.
Tym razem, gdy szykowała się na lekcję, było inaczej niż w przypadku innych przedmiotów. Kaylin czuła, jak w brzuchu wszystko jej wariuje, a żołądek zaciska się z nerwów. Wiedziała, że na lekcji będzie wielu uczniów i bała się upokorzenia. Zazwyczaj miała totalnie gdzieś innych, jednak nikt nie lubił być sierotą, która nic nie umie i pokazuje swój brak umiejętności przed wszystkimi.
Westchnęła, poklepała się po policzkach i wyszła z dormitorium powtarzając sobie w myślach, że przecież nie może być tak źle. Gdy dotarła do sali weszła niepewnie, a nie ujrzawszy nikogo w środku od razu zajęła miejsce. Tym razem jednak - nie było to pierwsze przy nauczycielu, a to trzecie. Na tych zajęciach wolała się nie wychylać i zawsze siedziała, jak mysz pod miotłą. Korzystając z nieobecności innych (co było miłą odmianą po ostatnich zajęciach z run, kiedy to nagle wszyscy postanowili przyjść wcześniej) wyciągnęła różdżkę i zaczęła machać nią w powietrzu, ćwicząc ostatnio poznawane zaklęcia. Wykonywała jedynie ruch, bez inkantacji, by przygotować się jak najlepiej w razie kolejnych praktycznych zajęć.
Długo kręciła się po lochach, nie wiedząc, czy udać się na kolejne zajęcia z zaklęć i uroków, czy lepiej byłoby pouczyć się na własną rękę w zaciszu dormitorium Hufflepuffu. Obyłoby się bez śmiechów ze strony klasy, kiedy znów nie wyjdzie jej nawet najprostsze zaklęcie. Używanie różdżki zawsze było dla niej trudne. Dlaczego machnięcie w górę, zamiast w dół dawało kompletnie inne skutki rzucanego czaru? Chociaż regułki i słowa znała znakomicie na pamięć, jej ręka z mózgiem, nigdy nie chciały dobrze współpracować.
Ostatecznie jednak, postanowiła udać się na zajęcia. Żyła nadzieją, że na lekcji nie będzie zbyt dużego tłoku i może uda jej się zaszyć w jakimś cichym kącie i tam poćwiczyć, opanowywanie nowego czaru. Ziewając, wspięła się na III piętro, kierując się ku sali. Musiała w końcu chodzić spać o rozsądnych godzinach, ponieważ później przez pół dnia chodziła zmęczona i musiała odpuszczać sobie przerwę obiadową na chwilę drzemki. Jednak kiedy siadała na łóżku z książką w ręku, czas zaczynał uciekać w zastraszającym tempie.
Strzepując z szaty niewidzialny paproch, weszła do sali, poprawiając torbę na ramieniu.
- Cześć.
Rzuciła krótkie przywitanie w kierunku Kaylin, nie chcąc przeszkadzać jej w ćwiczeniu jakiegoś zaklęcia. Wiedziała, że Krukonka ma podobne problemy z użytkowaniem różdżki. W ciszy zajęła wolne miejsce obok niej, wyciągając wszystkie potrzebne przedmioty.
Dziewczyna poprzedniej nocy nie spała zbyt długo. Regularnie budziła się co kilka godzin, a kiedy w dormitorium panowało zamieszanie, pobudki zdawały się być jeszcze częstsze. Obolała, po ostatnim spadnięciu z miotły, dostaniu tłuczkiem, a także nieumyślnie pałką w plecy, rano z trudem zakładała na siebie poszczególne partie odzieży. Przeciągnęła się raz, drugi, a później jeszcze jeden  w drodze do sali zaklęć i uroków, na myśl których ekscytowała się, nawet pomimo mizernego stanu, pobladłej twarzy, o siniakach na zasłoniętych partiach nie wspominając. Rozmasowała kark, wchodząc do wnętrza pomieszczenia, aby się w nim rozejrzeć za poszukiwaniem nowych twarzy. Addyson przykuła jej uwagę.
- Witam. - W końcu widziała tę szarą myszkę na wielu zajęciach, dlatego też skinęła jej głową, ale w ostatniej chwili powstrzymała się, przed usadzeniem czterech liter obok zważając na obecność Kaylin, na widok której jedynie parsknęła pod nosem wybierając miejsce bardziej oddalone. Zmierzwiła palcami włosy, nim nie wyciągnęła jednego małego podręcznika, ustawiając go na  krańcu ławki, aby niepotrzebnie nie przeszkadzał. Różdżkę wciąż miała przy sobie, jeszcze nie mając ochoty, ani potrzeby odkładać ją na biurko. Była z nią dość mocno zżyta. Na pewno podenerwowałaby się, gdyby ktoś postanowił przejąć jej głośnego kamrata na własność. W myślach tylko sobie obiecywała, że na tych zajęciach wszystko pójdzie idealnie, a ona nie zwróci uwagi pozostałych głośnym wydobywaniem z różdżki wiązek magicznych.
- Ciekawe, ile tym razem będziemy czekać na resztę. - Jako, że wraz z pozostałymi uczennicami znalazła się w klasie stosunkowo wcześnie, miała dużo czasu na dojście do siebie, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że oczekiwanie na pozostałych uczniów, a także spóźniających się nauczycieli wywoływało nieprzyjemne uczucie poirytowania. Sama lubiła sobie dłużej pospać, czasami wejść na sam koniec lekcji, ale były takie zajęcia którymi chciała zajmować się od razu, od wejścia niepotrzebnie nie przeciągając w czasie rozpoczęcia. Ostatnie wyuczone zaklęcie szło całkiem przyzwoicie. Podejrzewała, że dzisiaj będą je jeszcze dopracowywać, ale może, jeśli czasu wystarczy, uda im się nauczyć jeszcze czegoś?
Każdy ruch wykonywała kilka razy, zastanawiając się, czy jest to już poprawne wykonanie, czy jeszcze nie. Nadal pamiętała ostatnią pomyłkę i to, jak jej kociołek wybuchł - a przecież miała użyć na nim jedynie zaklęcia czyszczącego. Do tej pory nie rozszyfrowała tego, co wtedy zrobiła źle i bardzo jej się to nie podobało. Mimo to, musiała trenować dalej, by więcej takich nieprzyjemnych niespodzianek się nie pojawiało. A przynajmniej nie na oczach całej grupy, której i tak szanowna panna Wittermore po prostu nie lubiła.
No dobrze, przesadziłam. Zdarzały się na jej roczniku osoby, które były jej po prostu obojętne, bądź w jakiś sposób wywoływały całkiem pozytywne emocje (bez szału oczywiście), lecz większość z nich była dla niej utrapieniem. Z panną Hennessy na czele oczywiście.
Kiedy tak machała sobie różdżką i trenowała nadgarstek do pomieszczenia weszła jedna z tych dziewcząt, na które nawet Kaylin nie potrafiła być zła. Normalnie wściekłaby się, że ktoś znowu przeszkodził jej w próbie, a przecież było tak wcześnie, ale teraz... Po prostu kiwnęła do niej głową i przywitała się cicho. Kiedy zobaczyła, że dziewczyna chce usiąść koło niej, szybko zrobiła jej na to miejsce i chrząknęła nie za bardzo wiedząc, co teraz powiedzieć. Speszona odłożyła różdżkę, próbując zatuszować fakt, iż ćwiczyła zestresowana przed lekcją. Wiedziała, że Addyson miała podobny problem i zapewne by zrozumiała, a jednak... Pokazywanie swoich słabości nie było czymś, co mogłaby robić od tak.
- Przeczytałaś ostatnio coś ciekawego? - O dziwo, zapytała o to pierwsza. Zazwyczaj to panna Clemen (choć obie były równie aspołeczne) rozpoczynała rozmowy, zwłaszcza te o książkach. Kaylin jednak właśnie kończyła tę o wróżeniu z fusów profesora Bułhakowa i potrzebowała czegoś, co mogłaby poczytać w przerwie pomiędzy uczeniem się.
Nie zdążyła jednak wyjaśnić dziewczynie, o co dokładnie jej chodziło, gdy do sali weszła rudowłosa zmora z siódmego roku. Blondynka naprawdę liczyła na to, że dziewczynie się poszczęści i zda wszystkie przedmioty. Nie chciała widzieć jej w swoim życiu już nigdy więcej, a jej odejście ze szkoły bardzo by to postanowienie ułatwiło. Ostentacyjnie odwróciła wzrok, nawet nie komentując pojawienia się, a już tym bardziej przywitania Yvon. Z resztą - domyślała się, że wcale nie było skierowane do niej. Zaczęła nerwowo notować coś w swoim zeszycie i już więcej się nie odezwała.
Addyson często miewała problemy nawet z tymi zaklęciami, które już dawno miała przetrenowane i opanowane. Mimo, że całą uwagę poświęcała magicznemu patykowi, ten jak na złość robił wszystko nie po jej myśli. Dlatego też, Puchonka bardzo bała się o swoją przyszłość. Chciała zostać uzdrowicielką. Magicznym odpowiednikiem swojej matki - mugolki, która pracowała w szpitalu jako pielęgniarką. Add od małego chciała pracować u Św. Munga. Nie bała się krwi i przykładała się do zielarstwa i eliksirów. Problemy jednak sprawiała jej różdżka, która nie zawsze działała tak jak Addyson to sobie wyobraziła. Nie chciała sprawić swoim pacjentom jeszcze większej szkody. Naprawa złamanej kości, była o wiele łatwiejsza, niż wyhodowanie nowej.
Zamrugała kilkakrotnie powiekami, kiedy Kaylin odezwała się pierwsza. Nigdy tego nie robiła, co było dziwną odmianą. Odchrząknęła cicho, wyciągając różdżkę i zaczęła obracać ją ostrożnie w palcach.
- Nie... Czytam ostatnio o Magicznych Szkołach istniejących na Świecie. Jestem już na Mahoutokoro. Jak chcesz to mogę ci ją później podrzucić.
Ostatnie zdanie powiedziała zdecydowanie ciszej, bo do sali weszła Gryfonka. Przywitała się z nią, bo przecież Yvon jeszcze nigdy jej nie podpadła. Nawet nie miały okazji jeszcze porozmawiać, chociaż na jedne zajęcia chodziły już sześć lat!
Tym razem nie miała zbyt wielkiego problemu ze wstaniem. W końcu rano były jedne z jej ulubionych zajęć! Właściwie to lubiła niemal wszystkie przedmioty, ale do czarowania pałała chyba największą miłością. Dlatego z wielką chęcią pojawiała się na obronie przed czarną magią, transmutacją oraz zaklęciach i urokach. Choć nie mogła ukrywać, że zdarzało jej się omijać w szczególności właśnie te lekcje - zwłaszcza, gdy uznawała, że wykracza poza program aktualnie omawiany na lekcjach i zanudzi się na śmierć. Wtedy lubiła urządzać sobie samotne eskapady do Zakazanego Lasu i tam ćwiczyć machanie różdżką.
Black wyjątkowo zdążyła na śniadanie, a potem raźnym krokiem ruszyła na zajęcia. Kiedy dumnie wkroczyła do sali na trzecim piętrze, wydawała się być znacznie weselsza niż zwykle, a uśmiech, którym obdarzyła siedzące już w ławkach znajome dziewczęta, cieplejszy. Przywitała się cicho i zajęła jedno z wolnych miejsc z przodu. Lubiła dobrze widzieć nauczyciela od zaklęć - dzięki temu nierzadko udawało jej się rzucić poprawnie nowy czar już za pierwszym razem. Wiadomo przecież było, jak ważne są odpowiednie ułożenie dłoni, ruch różdżki, artykulacja i akcentowanie. Nie można było sprowadzać czarowania do samych formułek. Wtedy taki przedmiot jak zaklęcia i uroki nie byłby wcale potrzebny.
Gdy zajęła miejsce, Morrigan rzuciła chłodne, przeszywające spojrzenie Addyson i Kaylin znad jej lekko uniesionych, ostrych brwi. Nie dlatego, że wyraźnie miały problemy z przedmiotem. Raczej dlatego, że wybrały miejsca nieco oddalone od stanowiska nauczyciela. Kiedy ona miała z czymś problem, robiła wszystko, aby się poprawić, choćby nawet miało to być chodzenie na kolanach za nauczycielem, a już na pewno siadałaby jak najbliżej. I nie były to czcze słowa - na początku roku zrobiła coś, co wymagało od niej wiele samozaparcia, siły charakteru i, co najważniejsze, przełknięcie swojej ogromnej dumy, czyli poproszenie profesor Fletcher o dodatkowe zajęcia z zielarstwa i to właśnie dlatego, że nie dawała sobie z tym przedmiotem tak dobrze rady, jak by tego chciała.
Anastasia nieco bardziej rozkojarzona i zamyślona niż zwykle przekroczyła próg klasy. Po pomieszczeniu rozejrzała się z nieskrywanym poruszeniem, niczym schizofrenik w izolatce po wyłączeniu światła.
-Hej wam – rzuciła nieprędko, myślami tkwiąc jeszcze we wyimaginowanej krainie marzeń, snów i hipotetycznych wydarzeń, które nie miały prawa mieć miejsca w obecnym wymiarze.
Zaklęcia należały do jej ulubionych przedmiotów, nie tylko ze względu na ich niezwykłą przydatność, ale i z nieco bardziej prozaicznej przyczyny. Była z nich po prostu dobra i nawet jeśli nie poświęcała astronomicznie dużej ilości czasu na przyswajanie uroków, naukę regułęk i innych typowo teoretycznych zagadnień, to udawało się jej uzyskiwać wyniki co najmniej powyżej przeciętnej. Jako że apetyt rósł w miarę jedzenia, nie poprzestawała na dążeniu do wyników jedynie nieco lepszych od przeciętnej. Dążyła do wybitności, a jej koledzy i koleżanki mieli tę rzadką szansę dostrzec jej wyjątkowo gorliwą i ambitną stronę, którą to nie afiszowała się zbyt często. Być może mogła pochwalić się większą wiedzą od reszty również na historii magii i na mugoloznawstwie lecz na te przedmioty nie uczęszczało zbyt wielu uczniów. Trudno.
Zajęła miejsce tuż przy Yvon i rozpoczęła mozolny proces rozpakowywania się, który dodatkowo wydłużała dzięki niecelowemu zrzuceniu dwukrotnie podręcznika i pióra z ławki. Podnosząc pióro przeklęła siarczyście pod nosem i podrapała się po starannie rozczesanej czuprynie.
- Nigdy nie zrozumiem jakim cudem udaje ci się wstać, ubrać się i wyjść, zanim ja jeszcze wyczłapię się z łóżka -skomentowała wczesne pojawienie się swojej współlokatorki na zajęciach. To Anastasia miała być tą troszkę bardziej przykładną i co? Jej wizerunek ewidentnie legł w gruzach!
Nie żeby ją to właściwie obchodziło. Chociaż można było sobie pożartować z wątpliwie poważnej sytuacji, prawda?
Tego dnia Theodore wstał nieco wcześniej, żeby powtórzyć materiał z transmutacji. Niewielu było uczniów pałających do tego przedmiotu zamiłowaniem podobnym do Puchona - była to wyjątkowo trudna do przyswojenia, skomplikowana i niesamowicie ścisła dyscyplina magiczna, z którą po prostu nie każdy dawał sobie radę i do której nie wszyscy mieli predyspozycje. Wymagała bowiem wyjątkowej samokontroli i dyscypliny, co wiązało się z samoograniczaniem, na które mogło pozwolić sobie, jak się okazuje, bardzo niewielu czarodziejów i bardzo niewiele czarownic, w szczególności w tak młodym wieku. Oprócz tego, iż transmutacja Theodore'owi się najzwyczajniej w świecie podobała, chłopak miał do niej pewnego rodzaju sentyment. Przez większą część swego czarodziejskiego życia trwał w przekonaniu, że gdy pozostali - uczniowie i nauczyciele - zobaczą, jak doskonale radzi sobie ze sztuką transmutacji, przestaną patrzeć na niego przez pryzmat mugolskiego urodzenia. W niektórych przypadkach zdawało to egzamin, ale w ostatecznym rozrachunku młody Walijczyk niejednokrotnie zdał sobie sprawę z tego, jak dalekie od rzeczywistości były jego zamierzenia i oczekiwania.
Niebawem zaczynała się lekcja zaklęć i uroków. Kolejna, która figurowała na liście ulubionych przedmiotów prefekta Hufflepuffu. Mimo to jednak książka, jaką udało mu się dorwać w bibliotece sprawiła, że godzina poświęcona na zgłębianie czegokolwiek innego poza nią wydawała się być straconą. Niemniej, frekwencja na zajęciach była bardzo ważna, zwłaszcza że bycie prefektem zobowiązywało go do dawania przykładu innym, choćby poprzez systematyczne na nie uczęszczanie. Z drugiej strony - zaklęcia to nie runy. Więcej w nich praktyki i zdecydowanie bardziej przyda mu się umiejętność machania różdżką, niż jakimś dziwacznym talizmanem.
Do klasy wszedł spokojnym krokiem. Przystanął na chwilę w progu, spojrzeniem szukając Tej Jedynej. O, znalazł - Anastasia zajmowała miejsce obok Yvon Hennessy, innej Gryfonki. Theo skierował się właśnie w tamtym kierunku, posyłając pozdrawiające uśmiechy do mijanych przez siebie kolegów i koleżanek. Dotarłszy do wybranego miejsca, rzucił do przyjaciółki (i Yvon w zasadzie również):
- Cześć.
Krótkie słowo zostało jednak skutecznie zagłuszone przez huk opasłej książki o transmutacji, którą chłopak postanowił odłożyć na blat, który zatrzeszczał żałośnie pod naciskiem masy okazałego tomiszcza. Callaghan zorientował się, że zwrócił na siebie uwagę przynajmniej kilku osób, toteż uśmiechnął się z zakłopotaniem i osunął się na krzesło.
Kiwnęła jedynie głową do Addyson i skupiła się na swoich sprawach, bo o sali zaczęło przychodzić więcej osób. Nie interesowały ją za bardzo inne szkoły, choć z drugiej strony - była to kolejna rzecz, którą mogła przyswoić. A tego by sobie nie odmówiła, lubiła poznawać nowe rzeczy, więc czemu nie?
Na Hennessy nie spojrzała już ani razu, jej wzrok nie powędrował też za Anastasią, która usiadła obok. Nie miała w ogóle ochoty patrzeć w stronę rudowłosej, nie miała ochoty jej słyszeć. Właściwie to najlepiej by było, jakby Gryfonka przestała chodzić na te same zajęcia - co jednak byłoby niewykonalne, bo Kaylin chodziła na wszystko i nie zamierzała z niczego rezygnować.
Spojrzenia Morrigan nawet nie zauważyła, bo prawdę mówiąc - zbyt zajęta była wgapianiem się w notatnik i grzebaniem w senniku, który miała ze sobą. Mamrocząc coś pod nosem zaznaczała strony, do których będzie musiała potem wrócić. Znowu denerwowała się tym, że do sali wchodziło coraz więcej uczniów i miała nadzieję, że nauczyciel pojawi się jak najszybciej. Ze skupienia wyrwało ją głośne uderzenie książki o blat, przez które przeniosła wzrok w stronę Gryfonek i... Theodora. Zmarszczyła brew nie spuszczając z niego wzroku przez dłuższy czas, a potem jedynie westchnęła pod nosem i powróciła do przerwanej czynności udając, że wcale nie czuje rumieńca pojawiającego jej się na policzkach.
Pojawienie się współlokatorki wywołało niemałe poruszenie. W końcu Yvon zapominając o dolegliwościach związanych z bólem nierozciągniętych mięśni, jakoby Anastasia była jej najdroższym balsamem z chabru, bławatka, świetlika, a także rumianku razem wziętych przywitała ją skinieniem, a także dość przyjaznym uśmiechem podpatrując, jak kolejno leciało to pióro, to książka – oczywiście, nie pomagając, aby to móc się jeszcze dokładniej na pochylającą Gryfonkę napatrzeć. Wcale nie tak, że Hennessy lubiła na podobne zdarzenia patrzeć, w myślach powtarzając, że dziękuje za niezapowiedziany ukłon.
- Czasami sama się zastanawiam, jak to możliwe, że nie wychodzę z dormitorium w samych skarpetkach. -  Odchrząknęła charakterystycznie w dłoń, nim wzrok jej nie powędrował na wszystkim znanego Theodora, który ostatnimi czasy, chociaż nie brał czynnego udziału w życiu rudowłosej, zaczynał częściej kręcić się w tle, a ona zwracała na to całkiem słusznie uwagę. Mimo wszystko trudno było zacząć z nim jakąkolwiek rozmowę, w końcu absurdalnym byłoby pytanie, czy często tu bywa. Wygrzebała z torby zapasowy kałamarz z tuszem, przypominając sobie, że obecnie używany był już naprawdę bardzo zużyty, z trudem udało się z niego coś jeszcze w miarę potrzeby wykrzesać. Szkoda było się go tak szybko pozbywać. Trochę jak z ołówkami, które zużywało się z zasady do końca nie chcąc niepotrzebnie wydawać pieniędzy na nowe.
- Dobrze Ci się spało? - Zagaiła do Anastasii starając się przerwać możliwie długą ciszę, zagłuszaną jedynie typowymi odgłosami szeleszczących kartek. Pod ławką, splotła ze sobą palce dłoni aby zaraz przeciągnąć się z wyraźnym ziewnięciem, pstrykając przy tym kolejno każdą z kości wspomnianych.
Pokręciła się na miejscu, nim nie zamachała nogami w powietrzu, tuż nad ziemią, w międzyczasie korzystając z dobrodziejstwa, jakim było towarzystwo Anuszki – leczącej dziewuszki, której sam uśmiech wystarczył, aby chęć do życia momentalnie wróciła. Skutecznie ignorująca rudzielca Wittermore w tym momencie nie zaprzątała uwagi uczennicy, mogła na razie czuć się bezpiecznie, nie przejmując się żadnymi docinkami. To było na pewno coś nowego, zważywszy na to, że zwykle siadała całkiem blisko aby mieć dostęp do jej książek, rzeczy osobistych, a w końcu samej niej.
Można biec na zajęcia lub się na nie niechętnie ciągnąć. Lena tym razem była gdzieś pomiędzy. Nie zależało jej jakoś bardzo na tym, by być najbardziej punktualną, dokładną i perfekcyjną dziewczyną w szkole. Chyba nawet gorzej - nie zależało jej na tym wcale. Co, jak co, ale jeśli chodzi o edukację i umiejętności magiczne bardziej obchodziło ją to, by coś umieć niż zdobywać miliony punktów dla swojego domu. Nie żeby ją to wcale nie obchodziło. Ewidentnie nie potrafi przegrywać, więc z wielką chęcią przyczyni się do zwycięstwa swojego domu. Nie da się jednak ukryć, że jest zbyt leniwa na rzeczy, które uznaje za mniej przydatne lub gdy ma po prostu gorszy humor. Ostatecznie jednak ten dzień jest całkiem znośny i zwyczajny. Ruszyła się z założeniem, że będzie produktywna i się czegoś nauczy. To już całkiem sporo, biorąc pod uwagę fakt, iż gdyby było przeciwnie to równie dobrze mogłaby nie pojawiać się wcale, bo lenistwo zabijało cały jej potencjał. Zaklęcia jednak są użyteczne i choć nie pasjonowała się nimi do utraty tchu to zdawała sobie sprawę z tego, że ich potrzebuje. Można o niej powiedzieć wiele, ale jeśli chodzi o realistyczne rozpatrywanie własnej sytuacji to jest w tym całkiem niezła. Na zajęcia wchodziło się łatwiej ze świadomością, że kiedyś mogą się przydać. Jak zwykle wkroczyła do sali pewnie i z brakiem nawet najmniejszego zawahania zajęła miejsce gdzieś po środku. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak głupio postąpiła. Zdecydowanie wolała się spóźniać bądź przychodzić "na styk" niż potem czekać, aż łaskawie w sali wszyscy ucichną (bądź nie...), gdy pojawi się nauczyciel. We własnym wnętrzu więc denerwowała się na świat i ludzi, a na zewnątrz uśmiechała się do wszystkich i rozglądała po sali próbując rozładować napięcie związane z nic nie robieniem. Wyglądało naturalnie - jasnowłosa panienka przypatrująca się w ciszy otoczeniu. Nic wielkiego. Dobrze, że nikt nie wiedział, co w jej duszy się dzieje podczas tego oczekiwania.
Że też nie mogła przyjść trochę później! Teraz nie miała przekonania, czy wysiedzi tyle na krześle, a przecież chciała. Miała dobre chęci i naprawdę zależało jej na tym, by zaangażować się w zajęcia. Tyle, że jeśli chodzi o przedmiot neutralny to ochota może minąć. Nieszczęsne kaprysy to nieodłączna część życia kobiety. A przynajmniej Leny, która owijała się milczeniem i próbowała to samo zrobić z własnymi myślami.
Ciepły, mimowolny uśmiech wkradł się na zmęczoną i rozkojarzoną twarz Anastasii, gdy tylko dostrzegła przed sobą sylwetkę Theodora. Przywitała go resztkami swojego entuzjazmu, specjalnie zarezerwowanego dla przyjaciół i wróciła do swojego stanu pierwotnego, który można było opisać w skrócie jako mini kryzys egzystencjalny. Słuchała odgłosów klasy i się nudziła. Skrzywiła się również nieznacznie na odgłos nadwyrężanych przez rudowłosą kostek. Ten nawyk nierzadko doprowadzał ją do szewskiej pasji, zamiast jednak upomnieć, wolała zostawić wszystkich w spokoju.
Nieco przygaszona jęknęła na zadane jej pytanie i ułożyła głowę na ławce, przymykając znużone i lekko napuchnięte od braku snu powieki. Nie, nie spała zbyt dobrze.
Musnęła dziewczęce ramię i w niezmienionej pozycji przebiegła oczyma po ślicznym profilu rudowłosej.
- Z kim idziesz na walentynkową randkę?
Dokładnie, to ją interesowało, nie jakieś pogaduszki o nieprzespanych nocach i podkrążonych oczach, których to nie dało się za nic w świecie bezbłędnie przypudrować. Zresztą wyjawiając właściwą przyczynę zatraconego w świecie myśli i analiz umysłu,który nie był w stanie zmusić się do tak naturalnej czynności jak sen, musiałaby wchodzić w zbyt dużo szczegółów. To nie była rozmowa na teraz.
- A Ty Theo? Kogo zapraszasz? - zapytała niewinnie, przekręcając głowę w jego kierunku. Był nieśmiały, to prawda, ale to nie znaczyło, że nie mógł mu się ktoś podobać. Nie była do końca przekonana czy przyznałby się na forum klasy do już zaaranżowanej randki, ale Fitzgerald nie do końca zawsze brała pod uwagę podobne okoliczności. Nie należała do najśmielszych dziewcząt w Hogwarcie lecz z pewnością była jedną z tych bardziej bezpośrednich. Zaraz, czy aby na pewno jest jakaś różnica między tymi dwoma? Przecież tak się wolała określać. Bezpośrednia lecz nie nazbyt śmiała. Ciekawe.
Dziewczyna nie miała ochoty na wertowanie zeszytu ani na zabawę w przykładną uczennicę, która powtarza materiał przed nadchodzącą lekcją. Nie ta pora, nie ten stan umysłu.
Odkleiła się od wątpliwie czystej ławki i rozejrzała się dosyć niespokojnie po klasie. Coś, jakaś myśl wtargnęła do głowy i teraz się nie uczepi. Niech straci, niech zapyta.
- Hej, mam pytanie – odezwała się głośnym tonem, tak aby każdy w klasie uniósł wzrok znad podręcznika i zwrócił na nią uwagę - Ktoś z was chodzi może na kółko dla „artystycznie uzdolnionych” ?
Wychyliła się ze swojej ławki, posyłając tym samym zaciekawione spojrzenie niemal każdej z osobna. Addyson, Kaylin, Morrigan. Ach i nowo przybyłej osóbce ze Slytherinu. Nie, widok piątoklasistki nie umknął uwadze Anastasii. Być może nie odnotowała jej pojawienia się od razu, ale lepiej późno niż wcale.
Walentynki zbliżały się wielkimi krokami, a świat Yvon chociaż każdego dnia kręcił się należycie, to w dniu takim jak ten przystawał na moment uświadamiając dziewczynę, że mimo znajdujących się przy niej przyjaciół tak naprawdę była bardzo samotna. Odruchowo podrapała się po karku, wyglądając na całkiem zamyśloną. Wokół było bardzo dużo miłych chłopców, ale żaden tak naprawdę – no, może poza jednym Krukonem, a także o wiele starszym mężczyzną zajmującym się hodowaniem smoków, nie zwrócił Hennessy w głowie. W planach miała wysłanie kilku listów. I właśnie na tym wszelkie plany się kończyły.
Zagryzła koniec własnego języka, na moment korzystając z nieuwagi Anastasii. Wiedziała, że w tym okresie nagminnie będzie spotykać zapatrzone w siebie pary, w swoich ulubionych miejscach. I że nie obędzie się bez przystrojonych w kwiaciarniach kwiatów, że wszystko na niebie i ziemi trąbić będzie o tym, że uczniowie Hogwartu, a i nie tylko oni mają bardzo udane życie towarzyskie – wszyscy, z wyjątkiem niej.
- Jeszcze się nie zdecydowałam. A może powinnam wybrać się na trzy jednego dnia? Ostatnio dostaję bardzo dużo listów, z propozycjami. Wszyscy tylko tym teraz żyją. - Skłamała. Uśmiechnęła się skromnie, sprawiając wrażenie wyjątkowo podekscytowanej zbliżającym się wyjściem. Tak. Powinna po prostu wyjść z dormitorium na kilka, kilkanaście godzin, a później udawać, że robiła to i tamto z wymyślonymi, idealizowanymi chłopcami. Westchnęła, starając się zwrócić większą uwagę na Theodora – którego wypowiedź może bardziej zainteresowałaby dociekliwą Anastasię. Szczerze mówiąc, wątpiła, że ktoś taki jak on mógł mieć większe plany, na taki wieczór. Chociaż... Od Hennessy większe wzięcie miały nawet książki.
- A co z Tobą? Jeszcze się nie pochwaliłaś. - Zmrużyła z zainteresowaniem oczy, podpatrując podejrzliwie Gryfonkę. Zmierzwiła jej ułożone włosy, nim nie wsparła dłonią głowy, wyczekująco postukując butami na zmianę, pod ławką. Rozmówczyni była do tego stopnia urodziwa, że naprawdę nic nie stało na przeszkodzie by wybierała spośród kandydatów z całej szkoły. A może pokusiła się na jakiegoś nauczyciela?
Albo w końcu na dziewczynę?! Zerknęła w kierunku drzwi, chcąc się upewnić, czy tym razem żaden belfer nie zakrada się w tajemnicy do wypełniającej się sali.
- Wiecie co. Powinnam się na to kółko zapisać. W końcu umiem grać na nerwach, składać koszulę w kostkę, oddzielać żółtko od białka, a także przeciągnąć makaron między nosem, a gardłem. - Wymruczała w kierunku najbliżej znajdujących się osób, z niejaką pewnością siebie. W końcu takie talenty powinno się pielęgnować! Dziwiła się do dziś, dlaczego nie dostała za sztuczkę z makaronem dodatkowych punktów dla domu. Może jeszcze miał przyjść na to czas. Romantyczka. Nic dodać, nic ująć.
Kaylin wcale nie chciała podsłuchiwać innych, a w sali nie było na tyle głośno, by rozmowy prowadzone nieopodal do niej nie docierały. Czytanie książki było raczej zwykłą podpuchą, bo czytana milionowy raz ta sama strona w pewnym momencie zaczęła ją drażnić, a ponieważ nie mogła przebrnąć dalej po prostu wpatrywała się w kartkę. Nie spodziewała się, by ktokolwiek chciał z nią rozmawiać, dlatego też nawet nie łapała kontaktu wzrokowego z nikim. Siedziała, jak zawsze samotna, gdy dziewczęta nieopodal zaczęły temat walentynek. Aż podniosła głowę i na nie spojrzała.
Ach! Prawie o tym zapomniała. Zbyt zaaferowana urodzinami profesora Bułhakowa nie pomyślała o tym, że do walentynek nie zostało już dużo czasu i... Właściwie co? Zapewne spędzi ten dzień siedząc w dormitorium i czytając. Bo co innego mogłaby robić? Profesora na pewno w tym czasie nie będzie nawet w Hogwarcie, kto wie jaka kobieta będzie szczęściarą w tym roku i zostanie jego randką na ten jeden wieczór. A nawet gdyby był w zamku, to co ona by mogła? Z pewnością miał lepsze rzeczy do roboty, niż użeranie się z nadgorliwą uczennicą w święto zakochanych.
Jęknęła pod nosem, gdy to wszystko do niej dotarło i przetarła sobie twarz dłonią, całkowicie zawiedziona własną osobą. Nie było nawet najmniejszej szansy na to, by mogła z nim chociaż przez chwilę posiedzieć tego czternastego lutego, musiała się z tym pogodzić. Aż, już i tak kiepski humor przez zaklęcia i uroki, popsuł jej się jeszcze bardziej. Spochmurniała i zmarkotniała w mgnieniu oka i jedynie rozglądała się po twarzach obecnych na zajęciach osób.
Na wypowiedź Yvon o kółku artystycznie uzdolnionych aż prychnęła. Sama się nie zapisała, bo nie chciała się ośmieszyć przed profesorem B., który te zajęcia prowadził. Kiedy jednak Hennessy otwarcie przyzwała się do takich rzeczy, a Wittermore wyobraziła ją sobie irytującą jej ukochanego nauczyciela wszystko w niej zawrzało. Tacy ludzie, jak rudowłosa Gryfonka powinni byli umrzeć przy porodzie. Byłoby dużo spokojniej.
- No to faktycznie masz talent, cały świat powinien ci zazdrościć. - Nie mogła się powstrzymać. Powiedziała to nawet na nią nie spoglądając. - Dopisz sobie do zasług jeszcze wgryzanie się w szyje młodszych uczennic, wampiry na pewno docenią. - Fuknęła mimowolnie przejeżdżając po skórze, na której został jeszcze drobny ślad po ich ostatnim spotkaniu na korytarzu. Wittermore naprawdę nie wiedziała, co siedziało w głowie Hennessy, ale miała nadzieję, że taka głupota nie jest zaraźliwa i spędzająca z nią tyle czasu Anastasia będzie bezpieczna.