Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do obrony przed zagrożeniami magicznymi
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

Sala do obrony przed zagrożeniami magicznymi


Lokalizacja: Piętro III, Hogwart



[Obrazek: PuDr0JY.jpg]

Sporych rozmiarów sala lekcyjna, z ogromnym szkieletem smoka podwieszonym pod sufitem. Lwią część pomieszczenia zajmują ławki przeznaczone dla uczniów to nie one jednak przyciągają najwięcej ciekawskich spojrzeń. Szczególnie interesującym nie jest także podest z biurkiem nauczyciela, ani tablica, na którą wielu młodych czarodziejów zapomina patrzeć w trakcie zajęć. Zdecydowanie najbardziej interesującą częścią klasy do OPZM są szafy, regały, gabloty i skrzynie ustawione pod ścianami, pełne tajemniczych ksiąg, zwojów i przedmiotów. W głębi sali znajduje się przejście do małego schowka, gdzie nauczyciel trzyma takie cuda jak choćby kufer z najprawdziwszym boginem oraz cały słój miniaturowych wykrywaczy czarnej magii. Nawet mały kredens ustawiony tuż przy drzwiach wejściowych nie może być całkiem zwyczajny - zdarza się, że ktoś zauważy, jak przez dziurkę od klucza coś zerka i drapie w drzwiczki.

Kaylin nie przepadała za Obroną Przed Czarną Magią. Nie pałała może do niej jakąś szczególną awersją, jednak zajęcia praktyczne, na których używało się zaklęć nigdy nie należały do jej ulubionych. Mimo to, chodziła na nie - przede wszystkim dla teoretycznych wiadomości na temat istot czarnomagicznych. Był to bowiem ten zakątek wiedzy o magicznych stworzeniach, o którym mówiło się na ONMS bardzo mało. A Kaylin chciała wiedzieć więcej. Miała potrzebę pogłębiania wiedzy, zwłaszcza w dziedzinach, które ją interesowały.
Poza tym, OPCM było też świetną okazją do tego, by wreszcie nauczyć się samoobrony. Świat, choć dopiero podnosił się na nogi po poprzedniej wojnie, tak naprawdę zatapiał się w mroku i na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo. Zwłaszcza na kogoś tak bezbronnego i delikatnego, jak dziedziczka rodziny Wittermore. Sama Kaylin być może nie zwróciłaby na to uwagi, jednak ojciec bardzo uważnie śledził wydarzenia na świecie i wręcz zmusił ją do nauki tak potrzebnej sztuki, jaką jest OPCM.
Tego dnia wstała później niż zwykle, nie spiesząc się nigdzie, choć organizer już od kilku minut jasno dawał do zrozumienia, jak wiele rzeczy miała do zrobienia. Zgarnęła go więc z półki i zamknęła, by wreszcie przestał gadać i wraz z książkami wsunęła sobie pod pachę. Spacerując pomiędzy korytarzami robiła sobie w myślach listę zadań i z radością stwierdziła, że było ich dosyć sporo. Lubiła się uczyć i pisać prace domowe, a ich brak oznaczał dla niej po prostu nudę.
Dochodząc do sali OPCM poprawiła sobie szatę i weszła cichutko do pustego pomieszczenia, zajmując swoje ulubione miejsce - w pierwszej ławce, na przeciwko nauczyciela. Otworzyła dziennik i zaczęła notować w nim jakieś drobne szczegóły, ruszając piórem dosyć szybko i kreśląc nim chaotyczne literki. Miała jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia zajęć, więc postanowiła rozpisać sobie plan na kilka kolejnych dni.
O OPCM nie mówiło się wcale, lub w domu panny Hennessy mówiło się źle z przyczyny trywialnej, która znaczyła przede wszystkim tyle, że najlepszą obroną w przypadku zagrożenia byłby atak, a zatem ryzyko narażenia się na działanie rzuconego przez przeciwnika zaklęcia. W kartach historii dziesiątek można było się doszukać wypadków, a także nieszczęśliwych, żałosnych śmierci spowodowanych złudnym przekonaniem, że chronienie się, było tylko dla niedoświadczonych tchórzy, którzy w międzyczasie rzucania zaklęcia uciekali ani przez chwilę nie spoglądając za siebie. Dziewczyna podejście w stosunku do sprawy miała subtelnie rzecz ujmując spaczone, przez krewnych, chociaż chyliła się ku myśli, że w razie, gdyby nie można było ochronić się atakiem mogłaby uratować własną skórę, o którą wyjątkowo dbała. W końcu życie, a przede wszystkim myśl o wieczności, której nie miała prawa doświadczyć było czymś niezwykle dla niej cennym, wartym wielu wyrzeczeń.
Czasami łudziła się, że na zajęciach będzie miała okazję poznać kogoś interesującego, nadającego na podobnych jej falach na których sama utrzymywała się z trudem. Rozczarowywała się jednakże więcej, niż regulamin przewidywał. Nawet teraz kiedy wkroczyła do wnętrza klasy, a pech chciał, że nawet takiemu dziewczęciu udało się wyjść o odpowiedniej porze, zdążyć o krok przed nauczycielem, napotkała jedynie siedzącą w pierwszej ławce kujonicę, starannie zapisującą coś niezwykle ważnego w notesie. Z początku nie zamierzała się do niej odzywać.
W końcu kiedy przechodziła obok, nie mogła powstrzymać się, przed komentarzem, że kogo tu ona nie widzi, że znowu pierwsza w klasie. Ulubienica. Zawsze wszystko o wszystkim wiedziała. Przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Po posadzce tupotała butami na bardzo niskim, znikomym wręcz obcasie czarnych matowych butów, wystających spod niechlujnie zapiętej szaty. Nim nie usiadła w drugiej ławce, środkowego rzędu wykorzystała nieuwagę młodszej, umyślnie wklejając w jej najprawdopodobniej bardzo miękkie, przede wszystkim zawsze czyste włosy wyjętego z ust żurawinowego cukierka. Starała się być przy tym niezwykle delikatna, jak gdyby nie brała w tym momencie udziału w dręczeniu kogokolwiek, udając, że w ten sposób nagradza jedną z najlepiej prowadzących się w szkole uczennic. Wyszczerzyła się w tryumfalnym uśmiechu. Usiadła, a zaraz po tym zaczęła wypakowywać notes, a także podręcznik. Ktoś tu mówił o OPCM? Wittermore najwyraźniej za dużo czasu spędziła z nosem w książce, bo refleks miała czasem kiepski.
Zatopiona we własnych myślach i skupiona na notatkach, nie zauważyła z początku, że ktoś w ogóle pojawił się w sali. Kolejne literki pojawiały się w dzienniku i po chwili znikały za sprawą zaklęcia ochronnego, jakie nałożyła na notatnik już jakiś czas temu. Organizer prac leżał wraz z podręcznikiem po jej prawej stronie i co kilkadziesiąt sekund dziewczę skupiało na nim wzrok.
Lubiła ciszę, jaka panowała w pustych salach Hogwartu, gdy nikogo nie było w pobliżu. Lubiła siedzieć sama, dumać i uczyć się bez świadków. Nauczycieli tolerowała, bo nieśli tak upragnioną przez nią wiedzę. Uczniowie jednak irytowali ją niezmiernie - brakiem zainteresowania, głupotami robionymi na lekcjach i przede wszystkim, totalną ignorancją.
Dopiero stukot butów tuż za nią oderwał ją od notatek sprawiając, że podskoczyła w miejscu. Do rozpoczęcia zajęć było jeszcze sporo czasu i nie spodziewała się przybycia kogokolwiek przynajmniej w przeciągu następnych piętnastu minut. Odwróciła więc nieznacznie głowę, by zobaczyć kto pojawił się w pomieszczeniu i na widok dobrze znanej jej twarzy usta wykrzywiła w niezadowoleniu. Na szczęście, szybko skierowała wzrok ponownie w stronę tablicy, więc Hennessy nie miała nawet szansy tego dostrzec.
Wittermore jednak się spięła. Dawniej prześladowała ją większa ilość starszych uczniów, ale od pewnego czasu miała względny spokój. Większości się to po prostu znudziło, ta sama rozrywka od sześciu lat była już po prostu nudna. Poza tym, Kaylin nauczyła się nie reagować i większość z oprawców doznała zwykłego zniechęcenia. Yvon jednak szła w zaparte i Krukonka już sama nie wiedziała, czemu tak naprawdę była aż tak nie lubiana przez Gryfonkę. Choć z drugiej strony - ich niesnaski przybrały ten poziom, w którym nawet cicha i nie wychylająca się w takich sprawach Kaylin potrafiła odszczeknąć coś niemiłego.
Teraz jednak siedziała, odrobinę speszona i próbowała skupić się na notowaniu. Nie czuła potrzeby, by witać jakimkolwiek słowem czy gestem Yvon, która również zajęła się swoimi sprawami. Oczywiście młodszej z uczennic bardzo nie spodobało się, że druga usiadła tuż za nią - mimo to nie drgnęła nawet o milimetr. Kaylin należała do osób, które bardzo trudno było zdenerwować. Ze stoickim spokojem przyjmowała bardzo dużo informacji, nie ważne jak kontrowersyjnych i złych. Na zaczepki nigdy nie odpowiadała i po prostu żyła sobie spokojnie. Jednak kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk, reagowała dosyć gwałtownie.
Włosy od zawsze były zmorą Kaylin i żeby je ułożyć jakoś sensownie musiała poświęcić na to masę czasu. Kiedyś bardzo często sobie to po prostu odpuszczała, jednak od niedawna zaczęło jej po prostu zależeć. Myślała o zapuszczeniu ich, przynajmniej do ramion czy łopatek. Chciała wyglądać bardziej kobieco i sądziła, że takie rozwiązanie jej w tym pomoże. Dlatego więc, gdy tylko poczuła, że Yvon coś kombinuje, zerwała się na równe nogi i od razu dotknęła dłonią miejsca, w którym cukierek zaplątał się w zalepione od cukru kosmyki.
- Powaliło cię do reszty, Hennessy? - Zapytała lekko podniesionym głosem, co w jej przypadku było już oznaką zdenerwowania. Spojrzała na rudowłosą marszcząc przy tym brwi i przygryzła wargę starając się wyplątać słodycz z puszystych blond fal.
Martwiła się tym, że wokół poza ich faworyzowaną na różne sposoby – począwszy, od aprobowania za dobre wyniki w nauce, kończąc na burach, za braki we wspomnianych, dwójką nie było ani jednej żywej duszy. A chociaż powinno jej to zapewnić złudne poczucie bezpieczeństwa, bezkarności to przeszywająca salę cisza, rozdzierana jedynie wymuszonymi komentarzami wprowadzała do pomieszczenia nieprzyjemny, ciężki klimat od którego trudno się było opędzić. Wittermore w pewnym sensie była ulubienicą rudowłosej. Wszystko słusznie wskazywało na to, że nie zamierzała zaprzestać denerwowania młodszej do czasu, aż sama zakończy ostatniego roku nauki.
A nuż zdarzyłoby się, że przedłużyłaby okres laby, o ile łaskawie nauczyciele zmówiliby się co do tego, aby dziewczę usadzić na powtórkę. We wspomnianej denerwowało ją przede wszystkim to, że najpewniej od najmłodszych lat bardzo jej pobłażano. Wszyscy wokół roztkliwiali się nad niepozorną, skromną Wittermore, nad delikatnym, mądrym kwiatuszkiem młodzieży.
Przykładem z podręcznika, dla dobrze prowadzących się młodych dam. Czasami czuła w tym wiele niesprawiedliwości, usilnie powtarzając sobie, że zrządzenie losu wybierało złą osobę do tego, aby nagradzać uśmiechami, pochwałami, dobrymi ocenami Wittermore, która nie robiła nic niesamowitego – zajmowała się sobą, czasem komuś tam pomogła, ale na pewno intencji czystych nie miała! Zsunęła ze sobą brwi, na myśl o tym, że chciałaby być świadkiem nauczki, którą wkrótce czas miał Krukonce przynieść. Z całego serca życzyła jej potknięć, porażek. Podejrzewała, że ktoś z tak dobrego domu na pewno będzie miał zapewniony godny start w przyszłość. Nie będzie musiała, tak jak Hennessy tułać się od jednego miejsca, do następnego w poszukiwaniu właściwej posady.
- Haa? Przecież to nie ja. Nie widziałaś tych chochlików, które skradają się po ścianach? A tych, co się pod ławkami ukrywają? Myślisz, że w klasie nie czyhają na Ciebie niebezpieczeństwa? - Zawiesiła na niej swój wzrok, ale wkrótce wyminęła wpatrzone w nią oczy tylko bezwiednie rozkładając ramiona. Chociaż mogła poszczycić się przynależnością do domu Gryfonów, serduszka nie miała tak do końca szlachetnego. Zdarzało się jej bardzo dużo kłamać, w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Zresztą... Czy Kaylin mogłaby nim być? Pamiętała czasy, w których zrzucała ją regularnie z miotły, kiedy ta dopiero uczyła się porządnie latać. Robiła to przede wszystkim po złości. Później dla zabawy, bo w końcu kto nie parsknąłby śmiechem na podwianą spódniczkę młodej wystraszonej Kaylin. Ale miała w tym jeszcze jeden cel, o którym nie mówiło się głośno. Gdzieś tam, gdzie się jeszcze ostały resztki człowieczeństwa, resztki rozsądku podpowiadały, że był to najszybszy sposób, aby strachem, a także presją nauczyć dziewczynę zachowania zimnej krwi.
- Tylko byś w tym swoim dzienniku pisała, kto dzisiaj na Ciebie krzywo spojrzał. - Przewróciła oczyma, kiedy nieznacznie odchylała się do tyłu, aby się przeciągnąć. Ostatnio bardzo źle się jej spało. Wyprostowała się z rozleniwieniem, nim nie wsparła policzka o dłoń wsłuchując się w słowa dziewczyny. Wiedziała, że się na nią nie rzuci. Nie zrobi niczego.
W końcu blondyna była bardzo grzeczną, ułożoną dziewczynką. Skryła za własną dłonią rozczulony uśmiech, nim nie ponagliła ją ruchem głowy, sugerując, żeby jej jeszcze troszkę 'pokrzyczała'.
Costia wychynął ze swojego gabineciku niczym szalony kapelusznik na imprezę przy herbacie. Wyglądał na zmęczonego, wynędzniałego i pijącego od ostatnich co najmniej sześciu miesięcy - co prawdą nie było, jednak, no cóż, życie odciska na ludziach piętna, których nie da sie wyprzeć. Przeczesał palcami włosy zamykając za sobą cicho drzwi. Takich tłumów się nie spodziewał, jak i tego, że pozostanie niezauważony zanim wymyśli sensowną mowę wstępną dzisiejszych zajęć.
Demonik zachrobotał w komodzie przy podwyższeniu, zerkając przez szczelinkę w drzwiach na co Lupei z trudem powstrzymał maleńki, psi uśmieszek i kopsnął lekko mebel.
Poprawił szatę na ramionach, przecież był pedagogiem, klasa, pompa, elegancja, szkoda tylko, że kaszuli w spodnie nie wcisnął po tym jak drzemał ostatnie dwie godziny w swoim fotelu na zapleczu.
- Witam. - powiedział w końcu, dobywając różdżkę i zaklęciem sadzając pannę Wittermore na jej miejscu- Frekwencja dopisuje... - westchnął schrypniętym głosem i chrząknął. Jeszcze się domyślą, że spał zamiast szykować im te... zadanka! Arkusze, materiały i te... teksty źródłowe.
Ominął jednakże swoje biurko i podszedł bliżej swoich pierwszych dziś, słodkich, niewinnych niczym ... niczym cielęta uczennic.
- Yvone... - psi uśmieszek- ...Kaylin zaszczyciłyście starego profesora obecnością. Strasznie...się ciesze.
Przyciągnął sobie jedno z krzeseł i prawie usiadł obok nich kiedy dotarło do niego, że chyba wcale świadomie zignorował jakieś dziewczęce utarczki.
- O rany, no i jak to się stało, skąd ten cukierek panno Wittermore się tu wziął... - nachylił się do dziewczyny i chwycił posklejany pukiel włosów pajęczymi palcami uśmiechając się tylko kącikiem ust.- Czy to był chochlik, Yvone? - zerknął na nią i.. mrugnął porozumiewawczo? Czy to tylko tik... Szepnął coś i przeczesał palcami blond włosy dziewczęcia.
- I po krzyku.To co my dziś mieliśmy robić..? - położył na ławce krukonki czerwony koralik, który chwilę temu był cukierkiem. Tyle czasu ubiegał się o stanowisko nauczyciela transmutacji, a skończył jako ten który uczy dzieci robić "szu, szu, zjawo". Westchnął opadając na krzesełko.
Kaylin dawno nie była tak zła. Zazwyczaj olewała po prostu wszystko, co działo się wokół niej i nie reagowała na zaczepki. Yvone jednak robiła wiele, by Wittermore w końcu zwróciła na nią uwagę i, proszę, właśnie jej się to udało. Blondynka wpatrywała się w twarz starszej "koleżanki" przez dłuższą chwilę i walczyła ze sobą, by nie wydrzeć się na nią wyładowując przy okazji wszystkie inne frustracje.
Przez cały ten czas zastanawiała się, co takiego zrobiła Yvone, że ta nie dawała jej spokoju. Bywała owszem irytująca, zbyt pewna siebie, mądrowała się. Ale czy zrobiła jej coś tak złego, by ciągle musieć znosić jej durne wygłupy i doczepki? W końcu nie było tygodnia, w którym Hennessy dałaby jej po prostu spokój.
- Chochliki to właśnie pustoszą twoją głowę. Mogłabyś się czasem czegoś nauczyć, a nie tylko myślisz o głupotach. - Burknęła starając się nad sobą panować. Mimo wszystko była dobrze ułożoną panną, która nie chciała wpakowywać się w kłopoty. Chciała tylko spokojnie czytać, uczyć się i robić projekty pod okiem Bułhakowa, z którym przy takowej okazji mogłaby spędzić więcej czasu. Czy miała dać się sprowokować i zniweczyć najlepszy plan na ten semestr, jaki mogła wymyślić?
- Musiałoby mnie to jeszcze obchodzić, bym wypisywała te wszystkie nazwiska. - Fuknęła próbując wyplątać cukierka z włosów, jedynie go bardziej w nie wplątując. Zaczęła nerwowo pociągać, co skończyło się tylko jękiem bólu i pojedynczą łzą kłębiąca się w kąciku oka.
Być może powiedziałaby coś jeszcze. Być może nawet skończyłoby się to jakąś przepychanką. Na szczęście jednak do sali w odpowiednim momencie wszedł nauczyciel, którego pojawienie się od razu ostudziło atmosferę - przynajmniej od strony Wittermore. Dziewczyna byłą typem, który unikał wszelkiego rodzaju utarczek, zwłaszcza w towarzystwie kadry nauczycielskiej.
- Dzień dobry, panie profesorze. - Mruknęła cicho i przygryzła wargę. W przeciwieństwie do innych przedmiotów takich jak np. Historia Magii, OPCM nie było jej najmocniejszą stroną i nie czuła się na nim najswobodniej.
Nie skomentowała pojawienia się w jej włosach cukierka. Chociaż bardzo chciała, by Yvon dostała za swoje nie była skarżypytą i po prostu przemilczała pytanie. Kiedy nauczyciel wyciągnął kleistą substancję odetchnęła z ulgą, dotykając dłonią miejsca, w którym jeszcze były dosyć spore ilości lepkiego cukru.
- Dziękuję. - Wyszeptała i usiadła przodem do tablicy otwierając swój notatnik. Wiedziała, ze była w tej chwili największą ciotą tej szkoły nie potrafiącą się nawet obronić, mimo to nie zrobiła nic, by to zmienić.
- To dobre pytanie panie profesorze. Może sprawdzi pan pracę domową? - Zapytała dobrze wiedząc, że Yvon z pewnością jej nie odrobiła. Ha, ten sposób zemsty kultywowała już od pierwszego roku.
Czy to dlatego tak bardzo jej nie lubili? Nie, skądże znowu.
No i się spóźniła... Przysięgam jednak, że nie była to jej wina!
Obudziła się rano w swoim dormitorium i zabrała się za czytanie "ciekawej" książki na temat Jadowitki Tentakuli i nim się spostrzegła, a zajęcia Obrony nad czarną magią zostały już dawno rozpoczęte! Wrzuciła do swojej torby podręcznik, pióro, atrament i kilka pustych kartek, a do kieszeni wcisnęła swoją niedużą różdżkę. Niczym strzała wyparzyła z lochów w poszukiwaniu sali na III piętrze. Jak na złość na jej drodze zatrzymał się kocur, który łypał na nią groźnie swoimi zielonymi, świecącymi ślepiami.
- Tylko nie teraz... Błagam. Sio!
Wzdrygnęła się, machając rękami, aby zmusić kota do ucieczki. Szybko jednak zrezygnowała z idealnego planu, bo jej mózg od razu przywołał obrazy atakującego sierściucha.
Klnąc pod nosem wycofała się z korytarza, biegnąc na lekcje okrężną drogą. I tak była już poważnie spóźniona i naprawdę nie wiedziała jak ma się wytłumaczyć nauczycielowi. Będzie musiała wymyślić naprawdę dobrą wymówkę.
Po kilkunastu długich minutach w końcu zatrzymała się przed wyznaczonymi do zajęć drzwiami i wzięła kilka głębokich wdechów, aby przynajmniej w pewnym stopniu uspokoić walące, niczym młot pneumatyczny, serce. Ostatecznie jednak chwyciła za klamkę i wślizgnęła się do środka. Szybko omiotła wzrokiem całą salę, zatrzymując przerażone spojrzenie na nauczycielu.
- Prze... Przepraszam za spóźnienie.
Wybełkotała niezrozumiale, zatrzasnęła za sobą drzwi i zajęła pierwszą-lepszą, wolną ławkę (a tych było dość dużo). Puchonka szybko wyciągnęła podręcznik, który równo ułożyła przed sobą i zawstydzona wlepiła oczy w splecione palce.
Pogładził się o szczecinie porastającej podbródek i zmarszczył brwi kiwając powoli głową. Tak. Pora się ogolić.
- Praca domowa! Doskonale. Doskonale... - pokiwał lekko ręką, zachęcając swoje całe, jedyne dwie uczennice do wydobycia swoich wypracowań.
Praca domowa, co za ciężkie kretyństwo. Czasem się zastanawiał, czy rzeczywiście tak wiele stracił będąc cholernym samoukiem bez żadnej szkoły. Oczywiście jego teczkę rozpychały papierzyska i świstki świadczące o jego doskonałym zapleczu naukowym - prawda była taka, że raz być może miał pracę domową. Salomea, która kazała nazywać się Słodką Ciotką Sae, głowa taboru który przemycał go przez Bośnię wiele, wiele lat temu próbowała odtworzyć w swoich szeregach schemat kształcenia szkolnego. Tak, raz dostał pracę domową.
Na usta mężczyzny wpełzł niekontrolowany, miękki uśmieszek leniwego kota, jakby prace domowe sprawiały mu wielką radość. Z trudem pozbył się spod powiek ostatnich przebłysków wspomnienia płonących wiosek na granicy.
- A dziś..! - dziarsko podniósł się z krzesła- Dziś... witamy też pannę Clemen? Prosimy, prosimy, zapraszamy. - zgrywanie roztargnionego psora przychodziło mu łatwiej z każdym dniem. Pokiwał więc głową na widok dziewczęcia, marszcząc brwi w wyrazie głębokiego zastanowienia o czym to on właściwie, co on chciał..?
- Czarna magia. - zaczął po dłużącej się chwili ciszy i skierował swoje kroki w stronę biurka- Dziedzina, którą twórcy waszego podręcznika chcą wam przedstawić jako haniebną i godną potępienia. Sztuka magiczna wymagająca pewnej dozy... bezkompromisowości. Niewątpliwie mogąca wyrządzić więcej krzywdy niż dobrego i w takim też celu zazwyczaj stosowana przez czarnoksiężników. - znów od niechcenia szturchnął butem komodę, by uciszyć chrobotanie- Dziś jednak chciałbym, byście się zastanowiły jaka jest zależność między szlachetnością czarodzieja, a zaklęciami jakimi on operuje. Każdy z nas przecież miewa czasem chwile słabości, podczas których chciałby miotnąć w kogoś wyjątkowo paskudną klątwą... - opanuj uśmiech, Lupei, opanuj uśmiech!
- Zamiatanie czarnej magii pod dywan jest śmiesznym marnotrawstwem , wierze bowiem, że by się z czymś mierzyć powinnyście zdawać sobie sprawę naprzeciw czego przyjdzie wam kiedyś stanąć mając ku swej obronie jedynie różdżkę, lub nawet jej brak! Ha. - pokiwał głową. - Proszę mi powiedzieć, a co nakreśli nam obraz postrzegania sztuk czarnomagicznych, jaki jest stosunek do tej dziedziny w Waszych domach. - zasiadł za swoim biureczkiem i splótł palce dłoni, opierając na nich podbródek. Wcale nie robił rozeznania wśród uczniów.
Pojawienie się nauczyciela było dla Kaylin pewnego rodzaju zbawieniem. Liczyła, że w jego obecności Yvon zacznie zachowywać się, jak na uczennicę przystało i da jej święty spokój. Przynajmniej na tyle, by mogła skupić się na zajęciach i robieniu notatek. A to w jej przypadku było już całkiem sporym krokiem do osiągnięcia spełniania i zadowolenia z danego dnia.
Uśmiechnęła się do nauczyciela i wyciągnęła z zeszytu zapisany starannym pismem pergamin z pracą domową. Przez chwilę jeszcze patrzyła na to, co napisała, jakby sprawdzając, czy wszystko jest w porządku, a potem podniosła się z miejsca i wręczyła zadanie profesorowi. Nie zwlekając wróciła na swoje miejsce, kątem oka obserwując Hennessy, choć tylko przez chwilę. Potem skupiła się na kolejnych słowach nauczyciela, chcąc jak najszybciej wdrążyć się w lekcję i wreszcie czegoś nauczyć. Głowę znad zeszytu podniosła w momencie przybycia do sali Puchonki, której imię obijało się gdzieś w zapomnianej części jej pamięci, ale którą zdecydowanie kojarzyła z twarzy.
- Prawdę mówiąc, czytając podręcznik nie odniosłam wrażenia, iż potępia się w nim czarną magię. Prędzej... Przed nią przestrzega. Wiadomo bowiem, że używanie jej wiąże się z konsekwencjami, w przeciwieństwie do magii, nazwijmy ją, białej. Gdyby czarna magia faktycznie była taka zła, zakazano by jej tak samo, jak zaklęć niewybaczalnych. Tak się nie stało, bo jednak jest pewnego rodzaju... nauką. Sposobem na samoobronę, tylko trochę brutalniejszą. - Zaczęła mówić, nawet na chwilę nie oglądając się za siebie. - Zależność między szlachetnością czarodzeja a zaklęciami jakimi on operuje jest raczej bardzo trudnym tematem. Prawda jest taka, że wielu wspaniałych, podziwianych czarodziejów nie raz, nie dwa użyło jakiegoś zaklęcia czarnomagicznego. Według mnie sęk w tym, nie czego używamy, a w jaki sposób to robimy. Mówi się, że czarna magia rozrywa duszę czarodzieja, a ja uważam, że wykorzystywanie jej do czynienia samego zła to robi. Są przypadki, w których czarodziej musi dopuścić się czynu, którego sam może nie pochwalać. - Mówiła mając w głowie wszystkie opowieści dziadków o wojnie, która skończyła się nie tak dawno temu. O tym, jak wtedy nawet dobrzy ludzie musieli mordować. To były czasy, w których nawet zaklęcia niewybaczalne były używane przez tych "dobrych".
Wbrew posiadaniu opinii śpiocha, lenia i rozkojarzonej buły, Anastasii z reguły udawało się docierać na zajęcia o czasie, nawet kiedy dawała sobie jedynie cztery, pięć godzin snu nocy poprzedzającej. Winiąc książki i nadmierne przemyślenia natury egzystencjalnej, rzecz jasna.
Dziś jednak zaspała.
Nie do końca rozbudzony umysł, narastające uczucie paniki, przybory i książka zgarnięte w biegu w ostatnią sekundę przez wyjściem. Chaotyczny bieg przerywany potykaniem się o własne nogi i wpadaniem na Bogu ducha winnych małoletnich uczniów, sennie przemierzających korytarze zamku.
Spóźniona. Nienawidziła tego robić, z prostej, niewymyślnej przyczyny. Jej opinia u nauczyciela automatycznie wisiała na włosku, a jak sama Anastasia wywnioskowała lata temu, dobra opinia może uratować skórę, gdy tylko nie miało się wystarczająco dużo talentu lub chęci do nauki przedmiotu.
W przypadku Obrony Przed Czarną Magią było jednak inaczej. Dziewczyna z reguły lekceważyła przedmioty o przydatności co najmniej dyskusyjnej, lub takie, których nauka przychodziła jej z trudem. Obrona nie należała do żadnej z powyższych kategorii. Była przedmiotem ulubionym, łatwym do przyswojenia. Fascynującym. Praktycznym. Jednym z niewielu poruszających zagadnienie Czarnej Magii, pojęcia mrocznego, acz frapującego Anastasię bezgranicznie.
Przed wejściem nie musiała więc nawet przywdziewać tej swojej perfidnej, bo nieszczerze skruszonej, ekspresji na twarzy. Przyspieszyła jednakże tuż przy drzwiach do sali, tak aby wyglądać na jeszcze bardziej zasapaną i zmęczoną biegiem, niż była w rzeczywistości. A co, niech Psor zna jej poświęcenie.
Z zamierzonym impetem uderzyła w drzwi i wbiegłszy do klasy wysapała na wydechu.
-Przepraszam za spóźnienie, proszę mi wybaczyć - powiedziała z ewidentną egzaltacją w głosie i z trudem powstrzymując próbujący zawładnąć jej mimiką uśmiech. Nie czekając na reakcję nauczyciela, zasiadła pospiesznie w wolnej ławce, położyła bezdźwięcznie swoją książkę i przybory, po czym uniosła głowę okazując pełną gotowość do uczestnictwa w zajęciach.
Obecność nauczyciela nie zwiastowała niczego dobrego, a chociaż Yvon na widok wspomnianego wytarmoszonego przez życie mężczyzny wzdrygnęła się, z wyraźnym niezadowoleniem, nieszczególnie przepadając za towarzystwem podejrzanych, na pierwszy rzut oka nieodpowiedzialnych łachudrów odmruknęła w odpowiedzi spokojnie, że oczywiście, że były to chochliki, a nawet nie jeden, a trzy. Kiedy z włosów Kaylin wspomniany wydobył cukierek, wplątujący się w miękkie włosie coraz skuteczniej, tylko przewróciła oczyma na sławetne czary-mary, nim nie oparła stopy, w tajemnicy przed nauczycielem o krzesło ulubienicy. Blondyna opowiadała z zapalczywością. Jeszcze pamiętała malujący się na jej twarzy chytry uśmieszek, zwiastujący to, że zadanie domowe odrobiła, jak zawsze – znakomicie. W momencie swoistego monologu, starsze, rudowłose dziewcze skutecznie z wymalowaną na twarzy nienaturalną powagą wkopywało się w krzesło dziewczyny, niby to rozglądając się tu i tam, niby rozmyślając o życiu.
Wkrótce przeniosła obie nogi w okolice łydek dziewczyny, aby i tam w momencie wejścia młodej Puchonki podarować jej naprawdę bardzo solidne naparcie obcasem na niepokaleczoną skórę. W mniemaniu starszej, zawsze brakowało Wittermore sińców. Powinna zadbać o to, aby te pojawiły się czym prędzej na mlecznobiałej skórze. Czuła się w obowiązku dopełnienia absurdalnej obietnicy, ani przez chwilę nie bacząc na sprawę przez pryzmat rozsądku. Nienawiść? Ha.
- Panie Lupei... Ale zadanie, które przyniosła Kaylin było dla chętnych! Pamiętam, że mówił Pan, że jeśli ktoś się nie czuje na siłach, nie musi się za nie zabierać. Ostatnio dużo się na treningach dzieje. Przepracowanie, bym rzekła! - Wtrąciła się do rozmowy, dość żwawo ku zdziwieniu samej sobie broniąc swojego małego kłamstewka które być może, kolejny raz w przypadku Lupeia by zadziałało. Zdążyła zauważyć, że był dość ugodowy i w niektórych przypadkach wystarczyło tylko się miło uśmiechnąć, aby przepuścił płazem pomniejsze zadania. Przeczesała palcami swoje włosy, nim nie usadowiła się wygodniej w ławce, otwierając przy okazji jedną z książek. Nudy. Nudy.
Zastukała paznokciami o pierwsze strony, później zaś o okładkę.
- Jeśli Panu na tym zależy, możemy się ugadać z drugim terminem po zajęciach. Ale to chyba nie kłopot? Jedno zadanie jeszcze całego świata nie zbawiło. Odpuściłabym. – Uśmiechnęła się ciepło, na moment z nieokrzesanej dziewuchy, którą była, kiedy nauczyciele nie zwracali na nią uwagi, zmieniając się wręcz w anielisko, które po drodze gdzieś skrzydła straciło, kolana obtarło i rękę złamało. Wyprostowała się nieco, w pewnym momencie posłusznie odsuwając nogi od siedziska Kaylin aby to wczuć się bardziej w rolę przykładnej uczennicy, która w gruncie rzeczy nie specjalnie angażowała się w zajęcia. Przesiadywała w ciszy. Nie szczególnie parała się do dyskusji wiedząc, że największe pole do popisu miała tu nigdy nie zamykająca ust blondyna, która zachowywała się nie, jak na zwykłych zajęciach, a jak gdyby na specjalistycznych wykładach, które najpewniej sama by prowadziła dla innych. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jej irytujący głos który na wskroś przeszywał człowiekowi, niewinnemu duszę, wwiercając się na zawsze w pamięć aby pozostać w niej, a później wracać w najmniej oczekiwanych momentach. Ukradkiem, chowając się za plecami Kaylin położyła twarz na książce, mrużąc na chwilę oczy.
Według Addyson lepiej było się spóźnić, niż nie przyjść na zajęcia w ogóle. Nawet z ostatnich pięciu minut lekcji mogła czegoś nowego się dowiedzieć.
Bezszelestnie zajęła ławkę, rumieniąc się lekko na sam fakt, że wzbudziła zainteresowanie w całej klasie. Zbladła jednak momentalnie, gdy usłyszała o pracy domowej. Szybko zaczęła przeszukiwać wnętrze swojej czarnej torby w poszukiwaniu zwitka papieru. Przewertowała nawet podręcznik, jednak tam także nic nie znalazła. Czy ona w ogóle robiła jakieś zadanie na obronę przed czarną magią? Nie mogła sobie przypomnieć czy w nawale prac robiła pracę akurat na te zajęcia.
Odetchnęła niezauważalnie, gdy Yvon wspomniała, że było to zadanie dla chętnych. Może faktycznie tak było?
Już znacznie spokojniej z torby wydobyła pergamin, zużyte pióro, tusz i w pośpiechu zaczęła śmigać po pergaminie, zapisując wszystkie słowa, które wydobyły się z ust Profesora Lupei.
Panna Clemen do tej pory nie wiedziała, dlaczego w ogóle zapisała się na te zajęcia. Niewątpliwie jej wybór padł na OPCM, ponieważ jej starszy brat, również uczęszczał na te lekcje, a Addyson nie chciała być od niego gorsza, a w oczach ojca nie chciała ujrzeć zawodu.
Zazwyczaj na lekcjach siedziała cicho. Niezapytana mogła tak przesiedzieć nawet całą lekcję, drapiąc swoim gęsim piórem po kartce. Teraz jednak poruszany przez nauczyciela temat dość mocno ją zaciekawił.
- Czarna magia w książkach jest traktowana jako rodzaj praktyki magicznej, która stosowana jest w złych intencjach. Nie rozumiem jednak dlaczego na przykład zaklęcie, które powoduje katar i przeziębienie, albo takie, które powoduje koszmary, może się zaliczać do czarnej magii. Wydaje mi się, że do tego rodzaju magii powinny wchodzić tylko zaklęcia stricte powodujące uszkodzenie ciała.

Pojawienie się kolejnej uczennicy, którą przecież znała, zarejestrowała dopiero, gdy ta zajęła miejsce w jednej z pustych ławek. Za bardzo zajęta była grzebaniem w swoich notatkach i zaznaczaniem najważniejszych rzeczy w zeszycie. W tym samym czasie Hennessy nie przestała działać jej na nerwy. Kaylin nigdy nie sądziła, że będzie miała w swoim życiu kogoś, kto dopracuje irytowanie jej do perfekcji. Cóż, taką osobą była właśnie rudowłosa dziewczyna, wbijająca obcasy w łydki Krukonki i wywołując tym samym cichy syk bólu.
Och, na Merlina! Gdyby w tej sali nie było nauczyciela, Kaylin zdecydowanie dałaby jej za to w twarz. Możliwe, że nawet dwa razy. Tymczasem jednak siedziała, jak gdyby nigdy nic - jedynie odsuwając nogi i krzesło jak najdalej od rudowłosej złośnicy. Zemsta jednak była słodka i aż uśmiechnęła się pod nosem (oczywiście zakrywając przy tym usta dłonią, by nikt nie zauważył), gdy usłyszała tłumaczenia Gryfonki.
- Nie, to zadanie zdecydowanie nie było dla chętnych. Mówił pan, że to bardzo ważna praca i lepiej nie spóźnić się z jej oddaniem. - Dodała niewinnym głosikiem i nawet nie odwróciła się w stronę Yvon. Może było to straszne, ale w takich chwilach czuła się po prostu lepiej. Gdy wiedziała, że ktoś zapłaci za wyrządzone jej krzywdy. W jakikolwiek sposób, by to nie miało się odbyć. Nawet jeżeli będzie to jedna słaba ocena, czy ujemne punkty dla domu. To nie miało znaczenia, los musiał w jakikolwiek sposób się odwrócić. A Wittermore postanowiła mu trochę w tym pomóc.
Przez chwilę słuchała wypowiedzi Addyson i nim nauczyciel zdążył się odezwać... Zrobiła to sama. Nie byłaby sobą, gdyby się nie wymądrzyła choć raz. Prawda?
- Czarna magia ma za zadanie zrobić komuś innemu krzywdę, jakakolwiek by ona nie była. I choć zaklęcie wywołujące katar wygląda śmiesznie przy takiej Avadzie, to jednak dalej pogarsza stan ofiary. Nam się to wydaje głupie, ale jest to pozostałością czarnej magii sprzed wieków. Kiedy używano jej właśnie do wywołania choroby, niepłodności czy tego, by krowa znienawidzonego sąsiada przestała dawać mleko. To wszystko wyrządza szkodę i właśnie dlatego nazywane jest czarną magią. Oczywiście, takie zaklęcie ma zupełnie inny poziom niż to, które może kogoś zabić. - Powiedziała i przez chwilę milczała. Potem jednak postanowiła odezwać się jeszcze raz. - Poza tym, zaklęcie wywołujące koszmary jest według mnie jeszcze gorsze niż te wszystkie zadające ból fizyczny. Osłabienie psychiki czarodzieja, a jak wiadomo niewyspanie i strach działają na nas właśnie w ten sposób, jest całkiem strategicznym podejściem. Przestraszony i nie pewny siebie czarodziej popełnia błędy i staje się łatwym celem. - Zakończyła swój wywód całkiem zadowolona z siebie.
Obruszyła się, na wypowiedzenie przez Krukonkę prawdy. Chociaż miała rację, przyznawanie się w tym momencie do tego mogło nieźle Hennessy wkopać. Dlatego też, kiedy skrzyżowała palce dłoni na których wsparła podbródek odpowiedziała czymprędzej, zapierając się, że irytująca towarzyszka para się kłamstwami, aby zdobyć dla domu dodatkowe punkty. Obrończyni wszystkiego, co nie nosiło imię Kaylin nie mogła do tego dopuścić.
- Panna Wittermore to kłamczucha. Mówi tak tylko dlatego, żeby ją Pan po głowie pogłaskał za prawdomówność, której tu nie ma. Niech się Pan ma na baczności. Wittermore sobie chyba Pana upatrzyła. Nie mądrzy się bez powodu! - Zamachała w ostrzeżeniu palcem, ku przestrodze nim nie rozejrzała się z uwagą po zebranych. Po części z ciekawości, aby upewnić się, jak duża była w tym momencie frekwencja, a nie należała do najbardziej zadowalających zrzeszając sporą grupę dziewczyn, a z drugiej stony przede wszystkim po to, by zyskać wsparcie osób, które zapomniały swoich prac napisać. Hennessy pamiętała, jednakże w tym wieku miała rzeczy ważniejsze, ciekawsze do roboty, niżeli jakieś nieporywające rozprawki na temat tego, czy magia bywała dobra, czy zła. W tym momencie był to bardzo mało znaczący aspekt jej życia, w końcu dziewczę w wieku lat siedemnastu w głowie tak naprawdę miało wielkie pstro.
Zainteresowana obecnością współlokatorki, odchrząknęła w dłoń, aby zwrócić na siebie jej uwagę. Tak jak za blondynkami nie przepadała, tak Anastasia wyjątkowo wpisywała się w kanony normalności. Przynajmniej ona nie rozprawiała na lewo i prawo, jakim to jest nieodkrytm jeszcze przez zaściankowy świat geniuszem wciągającym książki nosem. Trąciła ją wyjętą zza paska różdżką w bok. Ukłuła tuż pod żebrami, nim nie przesuneła ostentacyjnie wzroku to na Kaylin, to na nauczyciela dając jej jasno do zrozumienia, że potrzebuje wsparcia, potwierdzenia małego kłamstewka. A gdzie mogłaby takiego szukać? Właśnie u niej. Młodsza Gryfonka miała całkiem dobre serduszko. Jeszcze nie zdąrzyła się na niej zawieść, a to, że ta nie widziała wcześniejszych poczynań Yvon z krzesłem młodej przedstawicielki rodu Wittermore tylko plasowało ją na bezpiecznej pozycji. Czasami skutecznie pastwiła się nad wspomnianą nawet na zajęciach, kiedy nauczyciele zbytnio pochłonięci bywali przeszukiwaniem notatek. Kiedy sytuacja nieco się uspokoiła, a monologi przeplatały się wzajemnie, rudowłosa nie biorąca udziału w dyskusji starannie gryzmoliła w notesie piórem. Wydawać by się mogło, że zwyczajnie notowała to co do powiedzenia miały towarzyszki. Prawda była jednak zupełnie inna. Ściągnęła notes z ławki, a kiedy ten znalazł się na kolanach, niespiesznie otworzyła go na zaznaczonej stronie, wydając z siebie charakterystyczne 'pssst' w kierunku Anastasii. Na wciąż jasnej, jeszcze nie pożółkłej kartce widniała postać Kaylin – o karykaturalnie dużych zębach, wychylającą się zza opasłej książki. W tyle znajdywało się kilka patyczkowatych, prostych drzew. Obok niej można było spostrzec chmurkę, w której pochyłą czcionką pisało; Jestem drwalem i jestem OK - za dnia pracuję, w nocy śpię!