Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Gabinet dyrektora
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28

Gabinet dyrektora


Lokalizacja: Parter, Hogwart



[Obrazek: wSnLO8W.png]

Gabinet dyrektora jest miejscem, w którym głowa całej szkoły spędza najwięcej czasu. To tutaj ustanawiane są nowe zasady, szkolne plany zajęć i wszelkie zmiany, jakich wymaga aktualnie edukowana w zamku młodzież. Do gabinetu możliwość wejścia mają jedynie pracownicy szkoły oraz prefekci, jednak w wyjątkowych sytuacjach zapraszani są tam również inni uczniowie... Choć zwykle nie w okolicznościach, w których ktokolwiek chciałby tam trafić.

Gabinet jest dość spory, złożony z pokoju z antresolą, na którą wejść można po schodach, których dwie pary okalają ustawione w centrum pomieszczenia solidne biurko. Większość ścian pomieszczenia zabudowana jest regałami na książki i szkolne pamiątki, a także przeróżne przedmioty magiczne, które nie powinny trafić w ręce uczniów - na jednej z szaf spoczywa chociażby wysłużona Tiara Przydziału, której zdarza się pochrapywać cicho od czasu do czasu.

Aby dostać się do gabinetu dyrektora należy skręcić w lewo za pokojem nauczycielskim i podążyć w dół korytarzem z gargulcami - wejścia do gabinetu pilnuje statua przypominająca harpię, której należy podać ustalone przez dyrektora hasło, by ta odsunęła się ukazując przybyszowi schodki prowadzące do środka.

@Adara Fletcher, @Costi Lupei, @Hugh Fraser, @Vakel Bułhakow
@Frederick Crouch, @Dorothea Malfoy, @Florence Crouch

Gabinet dyrektora był tego dnia sprzątnięty dużo dokładniej niż zwykle. Mieli się w nim w końcu zjawić naprawdę ważni ludzie i Hogwart musiał świecić przykładem. Woźny latał z mopem już od rana, ocierając co chwila pot i przecierając kurze w każdej wolnej chwili. Gdy skończył - był z siebie bardzo zadowolony. Podłogi błyszczały, meble pachniały czystością. Liczył na to, że jego starania zostaną docenione przez dyrektora, nie ważne, kto miałby nim zostać! Jego i tak to nic nie obchodziło.
Gdy zbliżała się godzina czternasta, rozłożył na ustawionych po bokach stolikach ciasteczka i dzbanki (po jednym na każdym) ze zrobioną przez siebie herbatą i po cichutku zajął najbardziej oddalone miejsce, w którym nie będzie rzucał się w oczy. Nie on miał tutaj być najważniejszy, wręcz przeciwnie.
Pojawiła się jako pierwsza, co nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Musiała upewnić się, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i gabinet (bez) dyrektora prezentuje się należycie. Poza tym nie mogła już dłużej wysiedzieć w swoim własnym gabinecie. Nie w chwili, gdy nie jej biurku tuż obok porannego wydania Proroka Codziennego leżał ten przeklęty list. Wszystkie groźby świata zawarte w jednym krótkim zdaniu. Nie była już bezpieczna, tajemnica przestała ją chronić. Gdy odpisywała na list Gieny, ręce drżały jej jak w delirium i pewnie wypiłaby drinka (dwa, siedem, butelkę) na uspokojenie, gdyby nie musiała zmagać się zaraz z radą szkoły i tym cholernym spotkaniem. Naprawdę chciała mieć to już za sobą.
Odziana oczywiście na czarno, wkroczyła do gabinetu na chwilę po tym jak woźny zakończył swoją część przygotowań. Obrzuciła pomieszczenie szybkim spojrzeniem, analizując ułożenie krzeseł i poczęstunek leżący na stołach. Skinęła oszczędnie głową na znak, że jest zadowolona, a potem bez słowa ruszyła w głąb gabinetu. Zatrzymała się obok dyrektorskiego biurka. Prześlizgnęła palcami po meblu jakby sprawdzała jego czystość, ale tak naprawdę chciała zobaczyć czy faktura drewna jest tak miła jak na to wygląda. Nie chciała go dla siebie. Ani tego gabinetu, ani biurka, ani tytułu. Prawdę powiedziawszy jedyne o czym marzyła od rana to pośpieszne spakowanie się i ucieczka nim ktokolwiek zauważy, że nie zeszła dziś na śniadanie. Hogwart był spalony. Przestał być kryjówką, a stał się klatką. Nie mogła stąd wyjść, nie chciała zostać. Jednak gdzie indziej mogłaby pójść? Trzeba było uciec do Puerto Rico. - pomyślała kwaśno i gorzki uśmiech na moment wykrzywił jej usta. Gdzie ten cholerny Lupei, gdy jest potrzebny? Splotła ramiona na piersi i w milczeniu oczekiwała na przybycie reszty zaproszonych osób.
Nie potrafiła tak po prostu uciec, choć cholernie ją to kusiło. Miała swoje obowiązki. Zostawienie Hogwartu na pastwę losu byłoby po prostu niewłaściwe. Zresztą póki nie wymyśli planu dalszego działania wciąż jest tutaj względnie bezpieczna, bo przecież Magnus nie może dostać się do zamku, jeszcze tak sprytny nie jest.
Oby tylko znaleźli sobie dzisiaj inną ofiarę!
Są obowiązki i obowiązki, rzeczy które trzeba zrobić kiedy się nie chce i rzeczy, których nie można robić, nawet jeśli się chce tego bardzo mocno. Takie są zasady życia w społeczeństwie, do których Lupei wciąż z trudem próbował się dostosować. Życie wędrownego cygana nie ma prawie żadnych zasad, w większości przypadków są to przecież ludzie, którzy nie mają nawet prawdziwego nazwiska, nie mówiąc już o społecznych obowiązkach i normach, do których mieliby się stosować. Takie życie było wygodne dla człowieka, który za nic miał wszelkie wartości a wszystko czego pragnął robił przy pierwszej sposobności. Lęki, zakazy, nakazy, zobowiązania i akceptacja przyszły wraz z tym upragnionym normalnym życiem i choć wciąż pożądał normalności, tak pociąg towarowy z logiem "Zasady" wciąż był widmem rychłego zderzenia, w wyniku którego czuł, że zginie.
Przekraczając próg gabinetu dyrektora serce miał ciężkie jak kamień. Stała tam sobie, jeśli kiedykolwiek ta kobieta po prostu 'sobie stała', z całą gracją, siłą i słabością jakie mieściła w tym smukłym ciele. Stała przy biurku, które zarazem do niej pasowało jak i przerażająco bardzo było nie adekwatne. Stała z poważną miną i swoim świdrującym spojrzeniem, cała poważna i odziana w czerń, a on nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdyby w tej jednej chwili objął ją zapadłaby się w jego ramionach jak porcelanowa wydmuszka.
Obrońca. Rola, do której nie przywykł. Nie był do niej stworzony. Był urodzonym zdrajcą, wyspecjalizowanym w dźganiu ludzi między żebra. Braterskie uściski kończące się ciosem w plecy. Zatrzymał się przyglądając jej może na sekundę, może dwie i utonąłby w tych swoich przemyśleniach, gdyby nie poruszyła głową, by sprawdzić, kto przyszedł.
- Adaro. - skinął głową.
Mając się na baczności, zaopatrzony w różdżkę, obszedł stół i zajął swoje miejsce. Poważny mężczyzna, poważna rola, pedagog, członek rady, odpowiedzialny za młodzież, odpowiedzialny za powierzone mu zadania, odpowiedzialny za nią. I choć często zdawał się dać zmylić jej sile, wiedział, że w tej chwili, jak i pewnie w każdej innej, to ta ostatnia rola wcale mu nie wadzi, choć odpowiedzialność wciąż wydawała mu się być pojęciem abstrakcyjnym.
"To tak jak dbać o kwiaty" pisał do niego przyjaciel "te które rosną dziko. Są wystarczająco silne, by zapuścić korzenie głęboko między kamienistą glebę, by ustać przy największym wietrze i wytrzymać największe ulewy - ale w starciu z butami przechodniów nie znaczą nic." Tu jego rola, postawić piękny biały płotek wokół samotnej różyczki i napawać się jej pięknem.
Był tylko biednym ogrodnikiem, doglądającym nie swojego podówrka i choć nie chciał się do tego przyznać, każda myśl o Bułhakowie odbijała się echem ukłucia gdzieś wewnątrz klatki piersiowej.
Hogwart wydawał się być pusty. Frederick doskonale zdawał sobie sprawę, że masywne mury skrywają setki uczniów, najprawdopodobniej oddelegowanych w inne partie zamku choćby po to, żeby widok delegacji z Ministerstwa Magii nie wzbudziła nadmiernej egzaltacji wśród smarkatych czarodziejów. Crouch nie zdawał sobie sprawy z tego, że podjęto takie działania, choć również nie miał zamiaru robić ze swojego przybycia do Szkoły Magii i Czarodziejstwa zbytniego przedstawienia. Kominek w gabinecie dyrektora buchnął zielonym płomieniem. Z niego wyszły dwie dumne kobiety, a zaraz za nimi - mężczyzna. Tak oto stanęli obok siebie: Frederick Crouch, Florence Crouch oraz Dorothea Malfoy. Jedni nazywali ich delegacją Ministerstwa, inni - oligarchów. Bez względu jednak na nomenklaturę, ich obecność na posiedzeniu była co najmniej pożądana.
- Dzień dobry - Minister skinął oszczędnie Adarze i drugiemu nauczycielowi, którego sam Croch nie najlepiej pamiętał. - Pani wicedyrektor, wierzę, że potwierdzenie o naszym przybyciu zostało pani w odpowiednim czasie dostarczone? - mówiąc to mężczyzna bez zbędnych ceregieli, podszedł do jednego ze stolików i poczęstował się miodowym ciastkiem.
Mniej więcej w tym samym momencie, w którym przez kominek przedostała się do szkoły armia Crouchów wszelkiej maści, do gabinetu zawitał nie kto inny, jak znany i lubiany profesor Chlebicz. Nie odbiegał dziś nastrojem od reszty kadry, ale nie było to wywołane zagrożeniem życia pani Fletcher (najwyraźniej ratowanie Jewgienijowi tyłka za KAŻDYM razem nie wystarczało, aby brat wtajemniczał go w takie sprawy), a prześladującymi go od dawna koszmarami. Złe sny wróżbity nie zwiastowały niczego dobrego, a już szczególnie nie w świetle ostatnich wydarzeń i złożonych obietnic. Vaksilij był, delikatnie mówiąc, zdenerwowany. Nie należał jednak do grona ludzi dających po sobie cokolwiek poznać, więc szedł przed siebie z uśmiechem, wyprostowany i wesolutki, chociaż w środku właśnie się kotłowało. Ku jego nieszczęściu przez zasady panujące w zamku jedynym sensownym sposobem na rozładowanie napięcia było bieganie, więc codzienne zabawy w sportowca wymieszane ze sporą dawką braku snu dawały bardzo wymęczonego i zmarnowanego życiem profesora, marzącego o teleportowaniu się w czasie do kwietnia, żeby po prostu zobaczyć efekty swoich planów w sprawie zabicia ojca i ewentualnie pogodzić się z własną śmiercią. Nie potrzebował tego przeżywać.
Nagle zdał sobie sprawę z tego, że rozmyślania zboczyły mu na tor podobny do tego sprzed ucieczki do Stanów Zjednoczonych, więc postanowił odchrząknąć, przywitać się ze wszystkimi i skupić na tym JAK BARDZO NIENAWIDZIŁ TEGO TĘPEGO... fiu fiu, trochę go poniosło. Jak bardzo nie lubił pana woźnego i jego paskudnej herbaty. Wolałby wgryzać się w cytrynę i popijać ją wrzątkiem, niż napić się tego cholernego dziadostwa.
Fraser wiedział, że dziś ma być spotkanie w gabinecie dyrektora. On wiedział, pamiętał... Ale to nie była jego wina, że Cecil postanowiła się z nim pobawić teleportując się z kąta w kąt z butem profesora w pyszczku. A z jakiego powodu to całe zamieszanie? Bo powiedział to magiczne słowo, zaklęcie wyzwalające w tym uroczym migopsie ogromne pokłady złośliwości, czym było owe zaklęcie? Zwykłym słowem "Zostajesz". Cecil jako niegdyś dziki psiak miała trudniejszy charakter niż migopsy w magicznych hodowlach, co aż za często wdawało się nauczycielowi we znaki. Tak też skoro przyczyna spóźnienia Hugh była już znana, mógł wziąć udział w naradzie. Jako ostatni i nie sam... z Cecil. I jednym butem noszącym znamiona zdrowego psiego uzębienia oraz śliny. Starał się na szybko ją wytrzeć, ale fakt iż był spóźniony nie pomagał mu w ogarnięciu się.
- Obecny!
Wypalił wchodząc do sali, jak zawsze nie do końca poważny Szkot wszedł do gabinetu a za nim dumnie kroczyła Cecil, z łbem uniesionym wysoko w górę jakby właśnie wróciła z pola bitwy. Mężczyzna nachylił się i podrapał psa za uchem polecając jej położenie się pod regałem. Na całe szczęście to zadowoliło psisko na tyle, że posłusznie wykonała polecenie. Lovat westchnął ciężko, poprawił szatę, wymusił uśmiech i kiwnął głową każdemu z obecnych. Czy ten mężczyzna miał trzydzieści lat na karku? Czy zajmował on poważne stanowisko w Szkole Magii i Czarodziejstwa? Tak. Jak najbardziej. Ojciec byłby z niego dumny widząc zachowanie swego syna. Z tej dumy utopił by się w Loch Ness.
Hugh skierował swoje kroki w stronę Bułhakowa zagadując do niego ściszonym głosem.
- Dużo nie straciłem, aye? Przynajmniej mam nadzieję.
Zadawało jej się, że każda kolejna minuta oczekiwania trwa nieskończoność. W gabinecie panowała niemal idealna cisza przerywana jedynie trzaskiem ognia w kominku, cichymi pomrukami pana woźnego i jej własnym oddechem. Nawet portrety poprzednich dyrektorów milczały, choć zwykle mogła z nimi swobodnie pogawędzić. Możliwe, że nawet one wyczuwali jej napięcie. Wiedziała, że większość z nich spogląda na nią przychylnym okiem (tylko jej własny przodek, Phineas Black, zawsze krzywił się paskudnie i traktował ją jak powietrze). Sprawdzała się na swoim stanowisku, miała tego doskonałą świadomość. Już od jakiegoś czasu dźwigała na ramionach ciężar większości obowiązków dyrektorskich, bo Biblethump z miesiąca na miesiąc czuł się coraz gorzej. Powinnam przewidzieć, że to się tak skończy. - myślała ze złością.
Z tych ponurych rozmyślań wyrwał ją dźwięk domykających się drzwi. Zamrugała szybko, wracając do rzeczywistości i jej spojrzenie padło na Lupeia. Wywołała wilka z lasu. Jej wargi wykrzywił bardzo blady uśmiech, w którym lepszy obserwator mógłby z pewnością dostrzec cień strachu. Zaraz jednak wzięła się w garść i zaczerpnęła głębszy oddech na uspokojenie. Chciałaby podejść bliżej i ująć jego dłoń, poszukać w nim siły. Wiedziała jednak, że byłby to największy błąd jaki mogłaby w tej chwili popełnić. Po pierwsze to nie wypada. Po drugie jak nic zupełnie by się wtedy rozkleiła, jej samokontrola była dziś wyjątkowo krucha. No i co najważniejsze... to była bitwa, którą musiała stoczyć sama.
- Constantine. - jego imię jak zawsze zabrzmiało w jej ustach miękko i niemal czule. Nie mogła dodać nic więcej, bo właśnie w tym momencie płomienie w kominku zabarwiły się na kolor szmaragdu i przybyło im gości. Dyskretne zerknięcie na zegarek upewniło ją w tym, że delegacja z Ministerstwa była dokładnie na czas. Splecione dotąd na piersi ramiona opuściła teraz luźno wzdłuż boków. Przywołała na usta chłodny uśmiech i w ułamku sekundy przeistoczyła się z niepewnej i zdenerwowanej Adary w pełną elegancji i doskonale wychowaną panią wicedyrektor.
- Witam, panie Ministrze, drogie panie. - powitała ich oszczędnym skinieniem głowy i gestem zaprosiła w głąb gabinetu. - Oczywiście, dostałam wiadomość. Bardzo się cieszę, że znaleźli dla nas państwo czas. - kolejny uprzejmy, acz chłodny uśmiech. Odeszła od biurka i zatrzymała się krok od Lupeia, czerpiąc pewne pocieszenie z jego bliskości. Nauczycieli powoli przybywało, ale każde kolejne spóźnienie Adara traktowała jako swoją własną porażkę w roli administratora tej placówki. Jeśli faktycznie zostanę dyrektorem, nauczę ich chodzić jak w zegarku. - pomyślała kwaśno, witając każdego z przybyłych i gestem zapraszając ich bliżej. Taktownie nie zwróciła uwagi na psa.
- Chyba będziemy mogli zaczynać? - spytała retorycznie, bo przecież wszyscy, którzy być mieli, już przybyli.
Wszyscy zaczęli się powoli schodzić do gabinetu. Byli już opiekunowie domów, pojawił się sam Minister Magii ze swoją rodziną (w tym szefową komisji egzaminacyjnej i członkinią rady rodzica), a także inni nauczyciele (z ukochanym przez wszystkich profesorem Sherry na czele) i rodzice należący do rady. Krzesła powoli zaczynały być zajmowane przez najważniejsze osoby sproszone na tę, jakże wyjątkową, okazję.
Siedzący na samym końcu woźny zamknął drzwi, gdy wszyscy weszli do środka, a wicedyrektorka przemówiła. Nikt nie śmiał jej przeszkadzać, to w końcu ona tu teraz rządziła. To od niej zależało kiedy rozpocznie się głosowanie i w jaki sposób będzie ono przebiegało. Rolą wszystkich obecnych było jedynie wybranie swojego kandydata z obecnych już w szkole nauczycieli i, z czym pewnie większość się zgodzi, największe szanse miała właśnie pani wicedyrektor.
Kilkoro rodziców pokręciło się na miejscach niespokojnie, nie przyzwyczajeni do szkolnych realiów. Nauczyciele tymczasem zachowywali się bardzo swobodnie, choć przyzwoicie. Nawet profesor Windergarde, o dziwo, był tego dnia trzeźwy.
|Znowu ja. Jak coś to bijcie.|

Powietrze wypełnił cichy szum prowadzonych szeptem rozmów. Starała się nie wsłuchiwać w nie zbyt uważnie, to byłoby rozpraszające. Wymieniła tylko podstawowe uprzejmości ze wszystkimi, którzy zaszczycili ich dziś swoją obecnością, a potem, gdy miała już pewność, że mają komplet dała znak woźnemu, że może zamknąć drzwi. Przedstawiciele rady szkoły, którzy usłyszeli jej wcześniejsze słowa, powoli zajmowali miejsca na przygotowanych krzesłach. Adara wciąż stała, czekając, aż zapanuje cisza. Kiedy poczuła jak wszyscy zgromadzeni wbijają w nią wyczekujące spojrzenia przywołała na usta kolejny uprzejmy uśmiech. Przebiegła wzrokiem po tłumie mniej i bardziej znajomych twarzy, zastanawiając się jak to wszystko się skończy.
- Bardzo dziękuję państwo za przybycie. - zaczęła spokojnym, donośnym głosem. Ułożyła jedną dłoń na oparciu swojego krzesła, a drugą wciąż trzymała luźno opuszczoną wzdłuż boku. Czuła się trochę jak na scenie, ale nie było to takie złe uczucie. - Pozwolą państwo, że przejdę bezpośrednio do konkretów, wszak nikt z nas nie może sobie pozwolić na luksus tracenia czasu na banały. Jako Rada Szkoły, stanowią państwo organ nadzorczy Hogwartu i w zaistniałych okolicznościach to w państwa rękach leży wybór nowego dyrektora. Decyzja zostanie podjęta poprzez głosowanie, zwycięży kandydat, który zdobędzie przewagę głosów. Z uwagi na to, że pełnię funkcję wicedyrektora jestem pierwszym kandydatem, ale bynajmniej nie jedynym. O pozycje mogą ubiegać się wszyscy nauczający w Hogwarcie, o ile mają minimum roczny staż. Każdy z państwa ma prawo zaproponować innego przedstawiciela grona pedagogicznego lub zgłosić się samodzielnie. - na końcu uśmiechnęła się zachęcająco do swoich koleżanek i kolegów z kadry. Nie spodziewała się zbyt wielu chętnych, ale nie zaszkodzi spróbować, czyż nie?
- Jeśli liczba kandydatów nie przekroczy trzech osób, głosować będziemy przez podniesienie ręki. - kontynuowała. Chciała zachować jak największą prostotę całego zajścia, by jak najszybciej mieć je za sobą. - Przejdźmy więc do rzeczy: czy ktoś chciałby zabrać głos? - po tych słowach zajęła swoje miejsce, oddając sprawy w ręce rady.
Lupei siedział na swoim krześle z nieodgadnioną miną. Przez dłuższy czas patrzył na jedną z obstawionych książkami półek w gabinecie, jakby była to skarbnica wiedzy wszechświata z której pobierał informacje wzrokowe prosto do kory mózgowej. Niewzruszony, spokojny, jedynym co zdradzało jego rzeczywisty stan były palce dłoni, wystukujące równy rytm na wierzchu drugiego nadgarstka.
Absurd. To jedyne co miał w tej chwili w głowie. Jedno słowo. Absurd. Cholerna, chora sytuacja. Adara była jedyną sensowną kandydatką na stanowisko dyrekcyjne, logicznie więc rzecz biorąc planował oddać na nią swój głos. Całym jednak sercem i rozumem zapierał się przed pomysłem wystawiania jej na świecznik, szczególnie w sytuacji w której demon przeszłości okazuje się nie być wcale tak całkiem przeszłym. I wcale nie być martwym.
Bułhakow nie wsparł aplikacji Costiego bez powodu, od samego początku zdawał sobie sprawę z tego, że może nadejść dzień spłacania długu i wiedział, że ten proces już się rozpoczął.
Wstał przywitać się z przychodzącymi gośćmi, ściskając dłonie tym, którzy tego wymagali, kłaniając się damom ze zdawkowym uśmiechem, po czym znów zastygł w swoim fotelu wpatrując się jak zahipnotyzowany w tę cholerną półkę.
Patowa sytuacja, nie znał odpowiedniejszego określenia. Spojrzał na Adarę, próbując zachować kamienną twarz, wzrokiem jednak błagał ją do rezygnacji z tego stanowiska. Wycofania się, pozostania jedynie nauczycielem. Wtedy całe to głosowanie nie musiałoby się odbyć, a ona pozostałaby w cieniu z dala od celownika.
Kolejne padające z jej ust słowa jak kolejne kamienie rzucane Lupeiowi na pierś, sprawiały, że było mu coraz ciężej zarówno na duchu, jak i utrzymać swoją maskę spokoju. Kiwał powoli głową, zaciskając usta w coraz węższą i bledszą linię, aż zmieniły się w kreskę przecinającą jego zarost pomiędzy nosem, a podbródkiem.
Co mógłby teraz zrobić? Pierdolnąć w Ministra Magii avadą i liczyć na to, że zamieszanie z tym związane odwróci uwagę od Fletcher. Problem w tym, że nawet gdyby udało mu się z sukcesem go ubić, wylądowałby w Azkabanie za zamach stanu, a po elekcji nowego Ministra sprawa dyrektury Adary znów wypłynęłaby na wierzch. A on, z pomiędzy dementorskiej pieczy, nie mógłby już zrobić nic.
Co więc mógł jeszcze? Co powinien? Jak to wytłumaczyć?
Rozejrzał się po obecnych, licząc na łut szczęścia, na to, że odpowiedź na jego wątpliwość pojawi się choćby i przypadkiem w słowach któregokolwiek z obecnych na spotkaniu.
Nienawidził Frasera jak nikogo innego w tej przeklętej szkole za jego wiecznie pozytywne nastawienie i odbieranie mu uwagi najlepszego przylepa i pupilka. Owszem, to do niego najpierw zgłaszała się Wittermore w spawach mniej i bardziej poważnych, ale wciąż widział w opiekunie Krukonów zagrożenie. Tak, był o dziewczynę najzwyczajniej w świecie zazdrosny. Najwyraźniej nie tylko w jego bracie tliła się potrzeba posiadania ludzi na własność i trzymania ich pod kluczem, żeby przypadkiem nie zaczęli żyć własnym życiem. Wszystko musiał mieć poukładane jak w zegarku, więc wolna wola osób traktowanych jako zdobycz była Bułhakowowi absolutni zbędna. Skinął głową do nauczyciela i przysiadł przy stole na swoim miejscu, o zgrozo, zaraz obok tego cholernego Szkota, bo ten dzielił z nim równorzędne stanowisko, po czym wsłuchał się w słowa Adary w ciszy.
Jewgienij nie raczył poinformować go o zagrożeniu niesionym przez objęcie przez kobietę wyższego stanowiska, więc, tak samo jak i reszta zebranych - miał zamiar głosować za nią. Poza tym, nawet gdyby jednak ktoś raczył oświecić go, że coś jest na rzeczy, to prawdopodobnie nabrałby podejrzeń i wreszcie dowiedział się o ich, jeżeli można to tak nazwać, romansie, a wtedy to nie Zachary Magnus byłby bezpośrednim zagrożeniem dla życia pani wicedyrektor, a Avada wymierzona w jej serce przez Vakela właśnie. Mógł go zdradzać z każdym facetem chodzącym po tej ziemi (oprócz Frasera i woźnego), ale na pewno nie z kobietą, a już na pewno nie ze zdrajczynią krwi. W dodatku za jego plecami, kiedy on się tak dobrodusznie poświęcał!
Nie miał zamiaru zgłaszać ani siebie, ani nikogo innego na stanowisko dyrektorskie, bo był zbyt wielkim realistą, aby uwierzyć w siłę przebicia kogokolwiek innego niż wybrana przez swojego poprzednika pani Fletcher, jakkolwiek by jej za podjęte w życiu decyzje nie trawił. Czekał więc grzecznie na moment wyznaczony, by podnieść rękę do góry i podpisać papierek. Czysta formalność. Zdąży jeszcze ułożyć tarota przed snem i policzyć tą przeklętą datę, co odwlekał od kilku dni.
Spotkanie wreszcie się zaczęło. Zdecydowana większość gości wierciła się niespokojnie na krzesłach, co jakiś czas prawie-dyskretnie zerkając na zegarek. Wszyscy chcieli mieć tę formalność za sobą i najwidoczniej odetchnęli z ulgą, gdy Adara podjęła temat, który podjąć trzeba było. nikt do tej pory nie przerywał jej wypowiedzi, aż w końcu sama wicedyrektorka poprosiła o zabranie głosu.
Dłoń podniosła pani Avery, jedna z matek w radzie rodzica. Uśmiechnęła się chłodno, poprawiła sztywną spódnicę i chrząknęła, by oczyścić gardło.
- Zaproponuję, co oczywiste, panią Fletcher na stanowisko dyrektora Hogwartu. Nie widzę powodu, dla którego nie miałaby pani przejąć obowiązków profesroa Biblethumpa, który sam przecież postawił swój głos na panią. Profesor wierzył w panią i pani zdolności - nam nie pozostaje nic innego. Poza tym... - Tu rozejrzała się po obecnych nauczycielach. - Nie widzę nikogo, kto nadawałby się na to stanowisko lepiej niż pani. Ani nikogo, kto w ogóle chciałby się zgłosić. - Większość osób na sali, wraz z nauczycielami pokiwała głowami na znak zgody z panią Avery.
Do gabinetu przybyła razem z Frederickiem i Theą. Milcząca, pełna skupienia. Gdy tylko jej stopy stanęły na eleganckim parkiecie pomieszczenia, rozejrzała się dyskretnie, rejestrując nie tylko obecność poszczególnych osób, ale i wygląd samego gabinetu. Było czysto, schludnie, niemal sterylnie. Jakby ktoś tu chciał coś ukryć. Zmrużyła lekko oczy. To nie tak, że była podejrzliwa… Choć właściwie to tak - była. Życie u boku Croucha przyniosło wiele nieprzyjemnych niespodzianek. Wiele sygnałów zdołała dojrzeć, jednak wiele z nich pozostawało tylko w sferze domysłów, a wszystko skończyło się tak, jak skończyło. Na samo wspomnienie Florence zacisnęła usta. Wiedziała, że miano żony zdrajcy przylgnęło do niej już na zawsze. Nawet jeśli była darzona szacunkiem, to jednak przeszłości nie da się wymazać. Między innymi dlatego nie powróciła do panieńskiego nazwiska - nie chciała uciekać od tego, co się stało, odcinać się. Zamiast tego przyjęła wszystko z godnością i wysoko podniesioną głową. Dodatkowo akceptacja Fredericka i jego żony ułatwiły wiele spraw. Choć pewnie Florence poradziłaby sobie nawet z nazwiskiem Malfoy. Jej małżeńskie (po)życie było niczym wojskowe szkolenie z taktyk i dyplomacji. Przeklęty Gabriel… Niemniej jednak w paradoksalny sposób była mu wdzięczna za to, kim się stała. A stała się silną kobietą. Nawet jeśli czasem była tym już trochę zmęczona…
Usiadła na wyznaczonym przez siebie miejscu. Posłała spojrzenie Fredericowi, potem Thei. Oczywiście z pozostałymi przywitała się uprzejmym skinieniem głowy i powściągliwymi uśmiechami. Choć uśmiech nie był czymś, co kojarzyło się z Florence. Kobieta, mimo lekkiego zniecierpliwienia, nie patrzyła na zegarek. Nawet dyskretnie. To byłoby nieuprzejme. zamiast tego przysłuchiwała się szeptom i obserwowała.
A gdy Adara zabrała głos, Florence skupiła swoją uwagę już tylko na niej. Była kandydatką niejako sama z się. Pani Crouch jednak nie pochwalała tej kandydatury. Nie uwłaczając doświadczeniu czarodziejki, była ona jednak zbyt młoda na to stanowisko. Poza tym jej zachowanie sprawiało, że momentami Flo mimowolnie mrużyła oczy. Nie. Adara Fletcher nie powinna być dyrektorką Hogwartu. Florence miała przeczucie, że z tego wyniknęłoby więcej złego niż dobrego. Myśli zostały przerwane przez słowa pani Avary. Głos kobiety niósł się po gabinecie, a Florence wystukiwała bezgłośny rytm palcem na blacie stołu. Ostatnie zdania niemal wyprowadziły ją z równowagi. Tak to ma wyglądać? Mają wybrać dyrektora przez pryzmat braku kandydatury? Nie widzę nikogo, kto nadawałby się na to stanowisko lepiej niż pani… - powtórzyła w myślach i niemal parsknęła śmiechem. Niemal. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś takiego w takim towarzystwie.
- Zgłaszam swoją kandydaturę. - powiedziała nagle, pewnym siebie głosem.
Na razie nie uderzała w żadne argumenty.
Odnosiła wrażenie, że wszyscy zgromadzeni w gabinecie podzielają jej niechęć do przebywania na tym nieszczęsnym spotkaniu. Nie dziwiła im się szczególnie. Odejście dyrektora było zrozumiałe, ale nad wyraz problematyczne. Adara nie widziała wśród swoich współtowarzyszy nauczycielskiej niedoli nikogo zdolnego udźwignąć brzemię tego stanowiska. Miała też tyle rozsądku, by umieć przyznać, że też nie jest kandydatką idealną. Była zbyt młoda, zbyt niedoświadczona, zbyt... kłopotliwa. O czym oni akurat nie mogli wiedzieć. Jak to świadczyło szkole, gdy jedyny kandydat na stanowisko jest kandydatem poniżej oczekiwań? Wolała nie zadawać sobie tego pytania. Nie chciała się nad tym zastanawiać, póki co to był najmniejszy z jej problemów. Oczywiście była gotowa podjąć się zadania, które jak na razie dość jasno miało stać się jej przyszłością. Nikt nie oponował przeciwko jej kandydaturze, wręcz przeciwnie wyglądało na to, że rada szkoły z przyjemnością wręczy jej wszelką władzę nad szkołą. A potem wszyscy wrócą do swoich obowiązków szczęśliwi, że mają to z głowy! Ona zostanie, by zmagać się z tym wszystkim. Wszystko się sypało. A jednak mimo ponurego nastroju i poczucia, że oto wszystko co przez ostatnie lata tak skrupulatnie budowała, sypie jej się na głowę - umiała zachować pozory. Wciąż była spokojna i opanowana. Istna góra lodowa.
Obdarzyła panią Avery oszczędnym uśmiechem i skinięciem głowy podziękowała za jej słowa. W duchu śmiała się histerycznie, bo przecież to wszystko nie miało najmniejszego sensu. I kiedy miała już zabrać głos i zaproponować przejście do głosowania (jakże śmiesznego w zaistniałych warunkach!) uwagę wszystkich zebranych skradła Florence Crouch. Adara również wbiła w nią wzrok. Ciemne oczy wicedyrektorki zdradzały zaskoczenie, ale wbrew temu co można by pomyśleć, było to bardzo sprzyjający jej obrót zdarzeń. Iskierka nadziei w tym absurdzie. Zmrużyła minimalnie oczy, intensywnie rozważając nową kandydaturę. Florence pracowała w komisji egzaminacyjnej, miała więc jakieś pojęcie o funkcjonowaniu Hogwartu. Z pewnością świetnie poradziłaby sobie w kwestiach programowych, sprawy administracyjne nie byłby aż takim wyzwaniem, przecież Adara wciąż by tu była i czuwałaby nad wszystkim! Nie potrzebowała żadnych argumentów, poza tymi, które sama własnie wymyśliła. Z rozkoszą uciekłaby od odpowiedzialności, zrzucając ją na barki starszej kobiety.
- Nie widzę żadnych przeciwwskazań. - odezwała się więc po chwili intensywnego milczenia. Oderwała wzrok od Crouch i rozejrzała się po pozostałych członkach rady. Nikt nie oponował, nie pojawiali się też kolejni kandydaci. Uśmiechnęła się więc podejrzanie pogodnie i wyprostowała na swoim krześle. - Proponuję przejść do głosowania! Proszę, by podnieśli rękę Ci, którzy chcą poprzeć kandydaturę lady Crouch na stanowisko dyrektorki Hogwartu. - po tych słowach sama uniosła dłoń do góry, zerkając przy tym na Constantina, by dać mu do zrozumienia, że on też chce. Błagała w myślach, by to się udało. Kiedy głosy zostały policzone i zapisane powtórzyła pytanie, tym razem uwzględniając własną kandydaturę.
I modliła się, by zobaczyć mniej uniesionych rąk.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28