Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Sala do języków magicznych
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29

Sala do języków magicznych


Lokalizacja: Piętro II, Hogwart



[Obrazek: Pcbmm7e.jpg]

Dawniej w sali prowadzono jedynie zajęcia ze starożytnych run, od 1938 roku jednak odbywają się tam lekcje z zakresu większej ilości języków i sposobów ich zapisu, związanych z magią. Zaraz przy wejściu do pomieszczenia znajduje się przejście do składziku, a także stół z narzędziami do rozczytywania starych i drobno zapisanych dokumentów. Wiele podobnych szkieł umocowanych jest również pod sufitem, dając sali bardzo charakterystyczny wzór oświetlenia.

Lwią część sali zajmują ławki przeznaczone dla uczniów, które otoczone są regałami pełnymi ksiąg. Na końcu sali ustawiono podest dla nauczyciela, z biurkiem oraz wysoką, sięgającą samego sufitu tablicą kredową, do której czubka nie dosięgnie się bez użycia magii.

Kaylin bardzo nie lubiła sali do starożytnych run. Z jednej strony, siedziska odgrodzone od siebie deseczkami jasno wskazywały na samodzielną pracę, a jednak... Skupisko ławek, które poukładane były tak, że ktoś zawsze na przeciwko ciebie siedział bardzo ją stresowały. Nie było tez siedzeń bezpośrednio skierowanych na tablicę, więc zawsze musiała uciekać wzrokiem gdzieś w bok, by nie patrzeć prosto w twarz osoby siedzącej po drugiej stronie barykady. Stresowało ją to niemiłosiernie i zdarzało się, że w tej właśnie sali bywała odrobinę spięta.
Mimo to bardzo lubiła przedmiot nauczany w tym pomieszczeniu i dlatego chodziła na niego z wielkim entuzjazmem. Tak samo, jak na wszystkie inne zajęcia, na runy przyszła dużo wcześniej niż inni. Zanim przekroczyła próg sali upewniła się, że nikogo w niej jeszcze nie ma i wybrała siedzenie, które według niej było najlepsze. Co prawda, nadal musiała zmagać się z ewentualnością, iż będzie miała sąsiada z naprzeciwka, ale było to miejsce w miarę komfortowe - przynajmniej dla niej. Przemierzyła całą salę niosąc pod pachą podręcznik do przedmiotu, notatnik, a także organizer prac domowych, z którym się nie rozstawała. Usiadła na pierwszym krzesełku, tym znajdującym się najbliżej siedzenia nauczyciela i rozłożyła swoje rzeczy. Z torby wyciągnęła najnowszą książkę profesora Bułhakowa, otworzyła ją na stronie, na której skończyła i postanowiła doczytać rozdział do końca. Nie wiele jej już zostało, bowiem większość zdążyła przeczytać podczas świąt.
Na te zajęcia Morrigan nie zamierzała się spóźnić. Nie miała powodu, a co ważniejsze, nie miała okazji. O ile na poranne lekcje rzadko kiedy zdążała, na te w środku dnia często nawet przychodziła przed czasem. I tak raczej nie miała z kim go marnować. Owocowało to też skrupulatnie odrobionymi pracami domowymi, powtórzonym materiałem z poprzedniej lekcji i wykonaniem dodatkowych ćwiczeń, jeśli były potrzebne. W sali od starożytnych run zjawiła się więc przed nauczycielem, w pełni przygotowana do zajęć.
Blondynka westchnęła bezgłośnie, gdy tylko przekroczyła próg. W klasie niestety już ktoś siedział. Dziewczyna skrzywiła się mimowolnie, ale zmusiła się, by podejść. Z impetem odstawiła teczkę na stoliku naprzeciwko już zajętego. Na jej nieszczęście drugie stanowisko najbliżej nauczyciela zajęła Kaylin, fanka każdego, takie przynajmniej wrażenie odnosiła Morrigan, nauczyciela. Poniekąd utożsamiała się z Kaylin, głównie dlatego, że sądziła, iż gdyby ta miała trochę więcej przyjaciół, miałaby trochę gorsze oceny, a dokładnie to samo myślała o sobie. Ale w życiu by się do tego nie przyznała, zwłaszcza, że Krukonka nie wzbudzała w niej sympatii - tak na to patrząc wcale nie dziwiło jej, że sama raczej nie ma z kim spędzać wolnego czasu.
- Cześć - mruknęła Ślizgonka tylko dlatego, że wypadało, zwłaszcza skoro na razie tylko one przebywały w sali, a dziś jeszcze właściwie się nie przywitały. Potem usiadła po prostu na swoim krześle i zaczęła rozpakowywać swoje rzeczy. I tak nie miała o czym rozmawiać z Wittermore, a ponieważ nieszczególnie za nią przepadała, jak z resztą za każdym, nie czuła się do tego zobligowana. Gdyby nie to, że naprawdę interesował ją przedmiot, który zaraz miał być wykładany, nie usiadłaby naprzeciw, a kilka rzędów dalej. Ale chciała mieć jak najlepsze miejsce, a to było równie dobre jak wybrane przez jej rok młodszą koleżankę.
Zaczęła bez specjalnego entuzjazmu wertować podręcznik, byleby tylko wyglądać na zajętą. I tak dawno go przeczytała. Uwielbiała starożytne i do ich nauki podchodziła z niezwykłym entuzjazmem. To był w końcu jedyny język, którego nauczano w Hogwarcie. Od zawsze wykazywała się talentem lingwistycznym i zainteresowaniem językami. Nie dość, że wychowywała się jako dziecko dwujęzyczne, mieszkała bardzo blisko granicy z Rosją i Rumunią, a ojciec miał wielu znajomych pochodzących z tych krajów. Od kiedy rozpoczęła naukę w Szkole Magii i Czarodziejstwa starożytne runy były jedynym substytutem nauki języka. Poza tym, starożytnymi runami zaczęła się interesować w dniu, w którym otrzymała swoją różdżkę. Wyryte na niej symbole natychmiast wzbudziły w dziewczynie fascynację i chęć odkrycia ich tajemnicy.
Anastasia była poniekąd w szoku, że udało się jej zjawić przed drzwiami klasy w tak rekordowym czasie. Zmierzała na zajęcia raczej niespiesznym krokiem, mając na uwadzę, że jedyną osobą, która o tej porze mogła czekać na nauczyciela była Kaylin, która nie należała do najbardziej towarzyskich dziewcząt w Hogwarcie. Nie żeby było z tym coś złego.
-Cześć wam! Wcześnie jesteście – zawołała z drugiego końca sali, w istocie nie kryjąc zaskoczenia, że oprócz Wittermore w pomieszczeniu przebywała jeszcze jedna uczennica. Siedząca naprzeciwko Krukonki. Interesujące.
Krokom i ruchom Anastasii brakowało zdecydowanie gracji, szeroko rozstawione nogi, nieregularne tempo chodu, energiczne wymachy rąk, którymi to tak często zawadzała o różnorodne przedmioty i albo je skutecznie zrzucała swoją niezdarnością, albo sama sobie robiła krzywdę. Tym razem cudem uniknęła kolizji ramion z masywnymi krzesełkami dostawionymi do uczniowskich biurek.
- Nie wierzę, że udało mi się przyjść tak wcześnie. Ty za to jak zwykle w formie – powiedziała do Kaylin, po czym zasiadła w swojej ławce z uśmiechem na ustach. Cztery miejsca od dziewcząt.
Anastasia starała się nie poświęcać Morrigan zbyt wiele uwagi, lecz nie było to spowodowane w żadnym wypadku niechęcią do Ślizgonki lub przedawnionymi zatargami. Młoda Fitzgerald co prawda nie walczyła z kompleksami skoncentrowanymi wokół własnej aparycji, problem leżał w naturze pięknej Panny Black. Krążyła w niej krew wilii, a co za tym idzie nieziemska uroda i figura dziewczyny potęgowana była wielokrotnie w oczach mężczyzn, chłopców. Wystarczyła jej prezencja, krok w odpowiednim kierunku i każdy bez wyjątku tracił głowę zapominając o Bożym świecie. Żadna inna przedstawicielka płci żeńskiej nie miała szans przy Morrigan, a samo pokazywanie się w jej towarzystwie musiało być udręką, myślała Ana.
Ciężko było darzyć sympatią kogoś, kto od losu dostał taką szansę i pozostawał przy tym raczej chłodnym i niesympatycznym.
Rzuciła od niechcenia swoje przybory potrzebne na lekcje, by chwilkę potem sięgnąć po zeszyt i czujnie przeczytać wszelkie zapiski i uwagi z poprzedniej lekcji.
-Była może jakaś domówka? Niby tu nic nie mam zapisanego, ale...
Zmarszczyła czoło. To że nic nie zapisała faktycznie było beznadziejnym wyznacznikiem.
Starożytne runy. Theo sam do końca nie wiedział, co skłoniło go do zapisania się na ten przedmiot. Chyba najbliżej było do ciekawości. O tak, wiele słyszał o dziwacznych transkrypcjach pradawnych wikingów i zwykle zastanawiał się, dlaczego akurat te śmieszne znaczki, wyglądające trochę jakby były ułożone z zapałek, mają mieć jakieś magiczne właściwości. Dlaczego nikt nie zaklina żadnych mocy w alfabet łaciński, albo grażdankę? Może dowie się tego w klasie, do której zmierzał?
Miał trochę dłuższą przerwę od ostatniej lekcji, toteż gdy skończył robić wszystko, co sobie zaplanował, miał jeszcze trochę wolnego czasu. Nie mając już, co ze sobą zrobić i nie mogąc patrzeć na książki, skierował się do sali lekcyjnej myśląc, że będzie pierwszym. Jednym z pierwszych owszem był, niemniej zdziwiło go nieco, że ludzie zaczynali się już powoli schodzić.
Po cichu wsunął się do klasy. Na spojrzenia odpowiadał pozdrawiającym uśmiechem, po czym zasiadł w ławce tête-à-tête Anastazji (przepraszam za spolszczenie, ale odmieniony oryginał wyglądał idiotycznie). Rozpakowywał się, kiedy koleżanka rzuciła pytaniem. W odpowiedzi uniósł brwi i przewertował kartki zeszytu, kręcąc powoli głową. Raczej nic nie musieli robić sami.
Skrzypnięcie drzwi dotarło do uszu Kaylin, lecz nawet to nie oderwało jej od lektury fascynującej książki o wróżbiarstwie autorstwa Bułhakowa. Z resztą, nie ważne jaka by była i tak Wittermore wciągałaby ją nosem, jeżeli na okładce znalazłoby się nazwisko jej ukochanego profesora. Nie oszukujmy się, choć przepowiadanie przyszłości interesowało ją od dłuższego czasu, niektóre książki czytała tylko ze względu na Vakela.
Dopiero, gdy stukot butów zaczął się do niej zbliżać, krzesełko naprzeciwko odsunęło, a z gardła Ślizgonki wydobyło powitanie, dziewczyna podniosła głowę zaszczycając obecną spojrzeniem. Nie znały się dobrze, nic w tym dziwnego, Kaylin nie znała się z nikim tak naprawdę. Dziewczyna przyjrzała się obecnej i powstrzymała westchnienie zawodu. Naprawdę liczyła na to, że tym razem nikt nie usiądzie naprzeciwko niej!
- Cześć. - Wyszeptała i chowając swoją złość za maską całkowitego spokoju powróciła do czytania. Nie dane jej jednak było, gdyż zaraz pojawiła się kolejna osoba. Gryfonka, podobnie do poprzedniej dziewczyny, rozsiadła się i przywitała, na co Kaylin musiała odpowiedzieć z czystej grzeczności - tego ją bowiem nauczyli w domu.
- Cześć. - Z rezygnacją wyprostowała się w krześle i spojrzała na Anastasię, która próbowała je wszystkie ewidentnie zagadać. Walczyła więc z chęcią powrotu do lektury, a byciem kulturalną.
- Przychodzę wcześniej, żeby posiedzieć i w spokoju przygotować się do zajęć. - I wybrać najlepsze miejsce, zanim ktokolwiek mi je zabierze, pomyślała powstrzymując się przed powiedzeniem tego na głos. Spojrzała kątem oka na zegarek zastanawiając się, czemu wszyscy pojawili się na zajęciach tak wcześnie. Zawsze przychodzili kilka minut przed nauczycielem, a teraz?  Wittermore nie była z tego faktu raczej zadowolona, a gdy do sali weszła kolejna osoba prawię jęknęła.
- Była, ale tylko dla chętnych. - Dodała, jakby od niechcenia. Ona oczywiście swoją pracę zrobiła, ale nie spodziewała się po obecnych, by któremuś chciało się ślęczeć nad runami, jeżeli wcale nie musieli.
Uwadze Morrigan nie umknęło niezadowolenie Kaylin. Zmierzyła ją przeszywającym spojrzeniem i w myślach wzruszyła ramionami. Nie zamierzała w żaden sposób tego komentować. Po prostu - udawała, że nie zauważyła i potraktowała Krukonkę równą obojętnością i brakiem zainteresowania. Może nawet próbowałaby dostrzec, jaka lektura tak pochłania uwagę młodszej koleżanki, ale ostatecznie stwierdziła, że jej to nie obchodzi - na pewno było to coś nieszczególnie fascynującego, ale związanego z nauką, najprędzej w dodatku z jakimś przedmiotem szkolnym.
Black przywitała się grzecznie z kolejnymi uczniami i zamknęła podręcznik, a pozycję zmieniła na wygodniejszą. Z gracją oparła się o swój stolik i pochyliwszy się nieco w jego kierunku, zarzuciła nogę na nogę i od niechcenia zaczęła nawijać sobie na palec długi kosmyk jej lśniących, srebrzystych włosów.
Powstrzymała westchnięcie, słuchając Anastasii. Gryfonka traktowała ją zupełnie w taki sam sposób, jak większość dziewcząt w szkole. Bez otwartej wrogości, ale jednak z dużym dystansem, albo nawet niechęcią. Introwertyzm Morrigan wcale nie pomagał jej w zdobywaniu przyjaciół. I o ile rzeczywiście w pierwszej czy drugiej klasie miało to dla niej znaczenie, szybko przyzwyczaiła się do myśli, że może ewentualnie liczyć na powierzchowną przyjaźń ze strony chłopców, co z kolei zraziłoby do niej dziewczęta jeszcze bardziej. A wiadomo, nikt nie lubił się czuć odrzucony, postanowiła więc nie zawiązywać tego typu relacji.
Mimo to z jakiegoś powodu chciała włączyć się do dyskusji. Nie wiedziała tylko jak. Co powiedzieć, jak się zachować. Postanowiła więc ukryć zmieszanie swoją zwyczajową miną w postaci wyniosłego, tajemniczego uśmieszku w stylu Mona Lisy i przyglądać się reszcie z może nieco zbyt chłodnym wyrazem twarzy. Jak zwykle uznała, że lepiej milczeć w tego typu sytuacjach, niż powiedzieć coś niepotrzebnego. I dlatego często zdarzało się, że w ogóle nie otwierała ust, póki ktoś nie zadał jej jakiegoś pytania.
Mascius lubił runy. Podobały mu się zarówno pod względem wyglądu i sposobu ich zapisywania, jak i ze względu na ich znaczenie i poniekąd tajemnicę, którą w sobie kryją. Nic zatem dziwnego, że uczęszczał na zajęcia, które o starożytnych runach traktowały.
Jako prefekt nie wypadało mu się spóźnić, gdyż on powinien świecić przykładem w większości kwestii dotyczących nauki w Hogwarcie, a więc także jeżeli chodziło o punktualność. Z drugiej jednak strony wiedział, że ma dość czasu, zatem nie spieszył się nazbyt szczególnie. Po drodze do sali uciął sobie jeszcze krótką pogawędkę z dwójką ślizgonów, którzy już od jakiegoś czasu próbowali go złapać i spytać odnośnie kilku kwestii, na które mógłby dać przyzwolenie. A jeżeli nie, to chociaż żeby przymknął oko, na ich całkowicie nieszkodliwe, jak zaznaczali wielokrotnie, przedsięwzięcie. Malfoy stwierdził, że się nad tym zastanowi, a oni podadzą mu więcej szczegółów, gdy będzie miał więcej czasu wolnego.
Czy zamierzał na to przystać? Trudno powiedzieć, chociaż można bardziej skłaniać się ku negatywnej odpowiedzi z jego strony. Chociaż, jeżeli okazałoby się to faktycznie nieszkodliwe a przy tym zabawne, lub chociaż interesujące na tyle, by przykuć jego uwagę, to kto wie. Niezbadane są wyroki Masciusa.
Do sali wkroczył raczej wolnym, lecz równym krokiem. Sylwetka wyprostowana, jakby połknął kij od szczotki. Otaczającą go aurę dumy i powagi dało się czuć niemal od razu. Popatrzył na obecnych w klasie wzrokiem, który w pierwszej chwili można było odebrać jako wzrok kogoś, kto ewidentnie czuje się lepszy od reszty. Skinął głową na powitanie i pozwolił sobie nawet na cień uśmiechu w kierunku Morrigan, jakby na potwierdzenie tego, ze ślizgoni czystej krwi trzymają się razem.
Zamiast jednak od razu zająć wolne miejsce, obojętnie które, gdyż jemu z kolei nie zależało na tym, aby zdobyć najlepsze miejsc w sali, udał się do upatrzonego już regału z książkami i stał przy nim przez jakiś czas, stukając opuszkami palców po grzbietach kolejnych tomiszczy, aż nie znalazł tego, który go interesował. Wyciągnął go i sprawdził jeszcze, czy jego zakładka dalej jest obecna. Oczywiście była, bo któż by się zabrał za czytanie tych ksiąg, prócz wybitnych moli.
Dopiero z książką w ręku zajął wolne miejsce. Na blat położył także podręcznik, jednakże nim nie zajmował się wcale. Otworzył swoją książkę w miejscu, w którym skończył ostatnio i rozsiadł się wygodniej, palcem szukając fragmentu, który skończył.
Niezbyt przejmował się tym, co się wokół niego działo. Nie z powodu swojego introwertyzmu, którego nie posiadał, gdyż jest on istotą zdecydowanie ekstrawertyczną. Nie, to było coś zupełnie prostszego. Najzwyczajniej w świecie nie czuł potrzeby, by odzywać się teraz do kogokolwiek, a też nie wyglądało na to, by działo się coś, co miało zwrócić jego większą, na tę chwilę, uwagę.
Na miejscu zjawiła się zaledwie chwilę po Ślizgonie, należnie utrzymując dystans pomiędzy jednym wejściem do pomieszczenia, a następnym. Zwalniała za nim kroku, aby nie zwrócić uwagi zebranych na moment przybycia, tym razem wchodząc do sali bez zbędnego przywitania się. Skończyło się, przynajmniej na tych kilka najbliższych godzin szczerzenie się, zaczepiania o wszystko co wokół mogłoby się znajdywać. Usadowiła się w przypadkowej, wolnej ławce z dala od Wittermore, aby przez chwilę odpocząć od towarzystwa, które na każdym kroku prowokowało do kłótni.
Kolejno wykładała na nie często nazywany własnym, drewniany stolik; podniszczone na końcówce pióro, przynajmniej dwa zeszyty, z czego jeden służył za typowy, rozklekotany brudnopis na szybkie notatki. A także dwa podręczniki. W jednym znajdywały się głównie ręcznie rysowane przez autorkę obrazki. Westchnęła. Nim zdążyła zastanowić się nad tym, dlaczego akurat teraz przyszło się jej przystosować do panujących zasad – a mogło to mieć wiele wspólnego z typowymi, kobiecymi dolegliwościami, zaczęła z naprawdę wyraźnym brakiem żywotności w działaniach zapisywać w zeszycie co nieco zaległych notatek. Utkwiła wzrok na jednym ze słów, zawieszając się. Wydawała się być czymś zmartwiona. Pewnie zbyt dużo myślała o wszystkim, o niczym, o życiu i o tym, co tak naprawdę działo się w świecie mugolskim w którym przebywała stosunkowo często. Odgarnęła jedno przydługie pasmo włosów za ucho, przychylając się nad kartką. Wyprostowała pod ławką jedną z nóg. Zupełnie zapomniała o tym, czy między uczniami znajdywała się przestrzeń wolna, czy ścianka uniemożliwiająca wszelkie zaczepki. Chociaż, szczerze, nie miała na nie aż takiej ochoty, jak zwykle. Zagryzła koniec własnego języka, nie włączając się aktywnie w żadną z dyskusji. Kto w ogóle prowadził ten przedmiot? W sumie. Co to miało za znaczenie. Zdarzyło się jej, na rogu jednej z kartek krycmolić. Szybkim ruchem zamazała niedokończone dzieło, cytat. Czymkolwiek mogło to w tym momencie być. Rozpięła najwyżej sięgający szyi guzik. Następny też. Wystarczy.
Rozejrzała się po zebranych, niektórych całkiem dobrze kojarząc – innym zaś przyglądając się mimochodem dokładniej, aby zapamiętać nieznane twarze. Czasami znała się z kimś z widzenia, ale nie zamieniała z tymi osobami słowa. Nie widziała potrzeby, chociaż należała do osób raczej rozgadanych. Może tym razem uda się jej nie przynieść wstydu Gryffindorowi. Fuknęła.
Zanim Anastasia na dobre rozpoczęła swoją przygodę z chaotycznym wertowaniem kartek podręcznika i pomiętego zeszytu, w sali zjawił się Theo, co chociaż na chwilę pomogło rozwiać atmosferę szczelnie zagęszczoną oparami nieuzasadnionego napięcia i niezręczności.
- Theooo – zamruczała na powitanie i dodała po słowach Krukonki – widzisz, było dla chętnych, o!
Informacja o dodatkowej pracy domowej ze starożytnych run, której nigdy w życiu by nie odrobiła, obchodziła ją tyle co zeszłoroczny śnieg, a mimo tego grała zainteresowaną.
- Dzięki Kaylin. Chyba jako jedyna jesteś na bieżąco. Pozostali prefekci powinni z ciebie brać przykład.
Był to swego rodzaju przyjacielski przytyk skierowany do Theo, a mimo tego odruchowo rzuciła w jej stronę ciepłym, nieco spontanicznym uśmiechem, całkowicie nie licząc na jakikolwiek rewanż czy reakcję. Nie uważała Krukonki za niemiłą czy chamską osóbkę, nie była jednak do końca pewna, co kryje się za maską wiecznie osamotnionej, zatopionej w książkach dziewczyny, tego nie była w stanie ocenić.
Anastasia zadziwiająco dobrze czuła się w roli konferansjera, kogoś kto nadawał rytm i charakter miejscu, w którym w gruncie rzeczy wszyscy za zadanie mieli czekać.  Pragnęła każdego zagaić, rzucić niewybrednym dowcipem, sprawić uśmiech na ich twarzach z niezwykle samolubnej przyczyny, wykazałaby się swoim darem i urokiem osobistym, o którym tak często marzyła na jawie.
W obecnym składzie nic interesującego ani zabawnego nie przychodziło jej do głowy, mogła nagabywać Theo, mogła rzucić jakąś głupawą uwagą i tylko czekać na reakcję, która nie nadejdzie, schować głowę w piasek i wywiesić białą flagę.
Na widok Masciusa Anastasia początkowo się rozchmurzyła, otwierała już nawet usta, do swojego energicznego i głośnego powitania gdy…chłopak skinął jedynie głową, a czymś na kształt uśmiechu obdarzył Pannę Black. Zasiadł bez słowa przy swoim stoliku, ignorując prezencję reszty uczniów.
Anastasia zamrugała niemrawo oczyma, zapowietrzyła się i żachnęła. Jej policzki spowił poniżający rumieniec wstydu i oburzenia, uargumentowany  arogancją Malfoya, który to jeszcze niedawno przymilał się i prowadził z dziewczyną przyjemną konwersację na poziomie.
- Widzę, że pan Malfoy czuje się zbyt dobrze w swojej skórze, żeby zniżać się do poziomu plebsu – z jej tonu ciężko było wywnioskować czy za wypowiedzią kryje się nadąsanie czy sarkastyczna uwaga, którą w kręgach przyjacielskich można było uznać za okazywanie sympatii.
Zacisnęła piąstkę na skrawku swojej szaty, ukradkiem zerkając na wchodzącą do klasy Yvon. Jako współlokatorki dzielące jeden pokój, nie musiały zbyt wylewnie podchodzić do kwestii witania się na każdych dzielonych zajęciach. Być może powinna przemyśleć sprawę, w sali zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie niż wcześniej.
Kaylin nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Przywykła raczej do zupełnie innych odpowiedzi i przede wszystkim do dosyć nadąsanych min. Ludzie nie lubili, gdy się odzywała, bo bardzo często przyjmowała ton panny przemądrzałej, która wiedziała wszystko lepiej od nich. Nie dziwiła im się, dlatego też po prostu nie odzywała się sama z siebie. Tym razem jednak dostała w odpowiedzi na informację uśmiech i dobre słowo, co bardzo ją zdziwiło. I prawdę mówiąc, lekko zawstydziło. Rumieniec wypłynął na jej twarz, nim zdążyła ukryć go za kolejną maską obojętności i aż odchrząknęła, nie wiedząc, co tak naprawdę powinna powiedzieć.
- Bez przesady. Inni prefekci radzą sobie lepiej ode mnie. - Dodała z przepraszającym uśmiechem i bardzo szybko ukryła twarz za książką, której już nie czytała. Szybsze bicie serca wywołane zawstydzeniem jedynie tę czynność utrudniało.
Kątem oka rozejrzała się po wszystkich obecnych i zaczęła wyczuwać dosyć krępującą atmosferę, z którą niestety nie potrafiła sobie poradzić. Nie była dobra w kontaktach z ludźmi nastawionymi do niej przyjaźnie, a to co działo się na lekcji było... kłopotliwe.
Miała tylko nadzieję, że nikt się nie pozabija. Zwłaszcza, gdy do sali weszła Hennessy, która o dziwo nie usiadła w jej pobliżu. Na widok tego po prostu odetchnęła z ulgą. Nie wiedząc tak naprawdę, co mogłaby teraz zrobić zawiesiła spojrzenie na Theodorze, który jako jedyny w całej klasie wydawał się być całkiem spokojny i nie nastawiony negatywnie. Za to właśnie lubiła Puchonów.
Theo kątem oka zerknął ku wejściu, kiedy usłyszał poruszenie przy wrotach. Gdy zobaczył tego gładko wygolonego, platynowłosego panicza, wstrząsnął nim dreszcz obrzydzenia i grozy. Z jednej strony ani trochę nie odpowiadało mu to, jak traktował innych, niżej urodzonych od siebie czarodziejów. Z drugiej, przypominały mu się pierwsze lata w Hogwarcie. Wtedy Malfoy najczęściej go gnębił i nazywał szlamą. Chociaż gdyby nie on, Callaghan najpewniej nie przykładałby się tak do nauki kolejnych zaklęć, a tak przynajmniej miał motywację: obronę własną.
Teraz ich drogi krzyżowały się niemal wyłącznie na tle prefektury. Jako uczniowscy zwierzchnicy swoich domów musieli od czasu do czasu się oglądać - choćby na różnego rodzaju zebraniach - ale nie wdawali się w zbędne wymiany słów. Theo zniechęcany widmem przeszłości i Malfoy prowadzony rodzinną niemalże niechęcią do mugolaków.
Anastasia nie mogła powstrzymać się od kąśliwej uwagi. Chłopak obrzucił ją karcącym spojrzeniem i kopnął ją pod stołem w kostkę.
- Mogłabyś się czasem powstrzymać - mruknął do niej tak, aby tylko ona to usłyszała.
Oczywiście nie zarejestrował tego, iż Kaylin mu się przyglądała. Ba! Nawet nie dopuszczał do siebie takiej możliwości. To byłoby przecież zbyt proste...
Morrigan zaczęła delikatnie stukać długimi paznokciami w blat. Z daleka lustrowała spojrzeniem półki z książkami, uznawszy, że może powinna wziąć się za lekturę kolejnego tomisza o starożytnych runach, korzystając z okazji, iż nauczyciel jeszcze się nie pojawił.
Gdy zgrabnym, eleganckim ruchem podniosła się, by podejść bliżej i coś wreszcie wybrać, w sali zjawiły się kolejne dwie osoby. Tym razem byli to siedmioklasiści i dziewczyna mogła wreszcie przestać czuć się najstarszą w towarzystwie. Uśmiechnęła się lekko, ale zadziwiająco ciepło i przyjaźnie do Masciusa w odpowiedzi na jego uśmiech. Mimo że wiecznie ze sobą rywalizowali, czasem otwarcie przytykali i robili na złość, był chyba kimś jej aktualnie najbliższym. Nie tylko dlatego, że tak wypadało, zwłaszcza ze względu na ogólne pozytywne stosunki łączące Blacków i Malfoyów, ale głównie przez wspólne zainteresowania. Poza tym, z jakiegoś powodu właśnie poprzez konkurowanie i wzajemne docinki najłatwiej można było zdobyć sympatię Ślizgonki. Uśmiechnęła się do siebie pod nosem na samo wspomnienie chłopców z rodziny. Ich przyjaźń zaczęła się przecież podobnie.
Po tej krótkiej wymianie przelotnych spojrzeń i uśmiechów Morrigan ruszyła z gracją w kierunku wysokiego regału, jednak nie umknęło jej oburzenie malujące się na twarzy panny Fitzgerald. Nie mogła powstrzymać się od ironicznego uśmieszku, który wypłynął na jej twarz, a który poszerzył się jeszcze, gdy Gryfonka fuknęła coś w kierunku Malfoya, nadąsana. Ukryła go odwróciwszy głowę, udając, że jest bez reszty pochłonęło ją odczytywanie niewyraźnych tytułów z szerokich grzbietów ksiąg. Ostatecznie zdecydowała się na opasłą pozycję o wytartej, szarej, skórzanej okładce z wytłoczonymi na niej bindrunami. Po szybkim przejrzeniu Ślizgonka stwierdziła, że jest wystarczająco szczegółowa i zaawansowana. Może jeszcze zdąży dowiedzieć się czegoś nowego, co przybliży ją do odczytania niezwykle skomplikowanych symboli z jej różdżki. Skoro i tak przyszła za wcześnie, a nikt tu nie kwapił się do rozmowy z nią, postanowiła po prostu zająć się poszerzaniem swojej wiedzy.
Usiadła więc i zarzuciwszy nogi na swoją ławkę, by było wygodniej trzymać jej ciężką księgę, otworzyła ją na wybranym rozdziale i zaczęła studiować z uwagą. Nie omieszkała jednak co jakiś czas kątem oka kontrolowała, co się działo dookoła. Nie chciała przecież, by umknęło jej wejście nauczyciela, poirytowana twarz Masciusa, czy rozdrażnione oblicze Anastasii.
Trudno było powiedzieć, czy lektura, którą czytał Mascius była ciekawa. Na swój sposób pewnie tak, chociaż gdyby ktoś go zapytał o zdanie, to chłopak odpowiedziałby, że czyta ją bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości. Po prostu zawsze kończył to, co zaczynał. I tylko dlatego, że nie była to porywająca książka, nie przeszkadzało mu nazbyt to, że nie mógł się skupić wyłącznie na niej, gdyż w sali nie panowała cisza idealna. W głównej mierze dzięki gryfonce, która bez wątpienia była jedną z głośniejszych osób tutaj obecnych.
Anastasia Fitzgerald. Tak, była mu znana. Rozmawiali nawet raz czy dwa. Z tego co Mascius zapamiętał, wykazywała się całkiem niezłym pomyślunkiem i była osobą na tyle interesującą, by poświęcił jej więcej czasu niż to było konieczne. Czy to jednak oznaczało, że mogą się uważać za psiapsiuły od serca? Zdecydowanie nie, chociaż dziewczyna była na dobrej drodze ku temu, aby zyskać jego uwagę. A to już było coś. Niemniej wyglądało na to, że ona z kolei postrzegała ich relację zupełnie inaczej, stąd też jej słowa. Dość niefortunne, trzeba było oddać i nie do końca na miejscu, niemniej można było jej oddać, ze przynajmniej jest bezpośrednia.
Malfoy oderwał wzrok od stronic książki i zerknął w jej kierunku. Jedna brew uniosła się nieznacznie ku górze.
- Panna Fitzgerald chyba się nieco zapomniała. - Rzekł spokojnym tonem. - Jeżeli masz jakiś problem, możemy się nim zająć po zajęciach. - Dodał i wrócił do czytania.
Jeśli ktoś uważał, że Mascius zareaguje bardziej... dosadnie, to się niestety trochę przeliczył. Takie reakcje towarzyszyły mu mniej więcej do piątego roku. Później już zdecydowanie wydoroślał i w bardziej wyrafinowany sposób pokazuje innym, gdzie ich miejsce. I chociaż teraz nie było to jego intencją, to jednak gdy tylko wypowiedział ostatnie zdanie, nad jego głową powinien pojawić się transparent, gdzie wielkimi literami raziłby w oczy napis: "Prefekt Naczelny", aby tylko oddać jeszcze większy wydźwięk jego słowom.
Przeczytał jeszcze pół strony swojej książki, zanim zdecydował się znów zerknąć na osoby znajdujące się w sali. Nowa przedstawicielka gryfonów nie przykuła jego większej uwagi, natomiast Morrigan już tak. Ostatnio pięknie go zgasiła przy rozmowie w dormitorium. I chociaż Mascius żachnął się i prychnął, w środku czując nieprzyjemną szpilę, to jednak musiał jej oddać, że to w jaki sposób go wyautowała, niewątpliwie był piękny.
Przez chwilkę zastanawiał się nad tym czy nie lepiej dać sobie spokój, jednakże szybko uznał, że nie, nie lepiej.
- Słyszałem, że podczas ostatniego treningu prawie spadłaś z miotły, Black. - Rzucił w stronę ślizgonki, nie odrywając wzroku od książki, chociaż nie skupiał się na tym, co czyta.
Jego twarz pozostała niezmienna, ale w środku uśmiechał się chytrze, szykując już kolejne odpowiedzi na jej słowa.
Naprawdę dziwwnie było tak być biernym obserwatorem. Patrzyła ze znudzeniem jak przemijają następne minuty, dłużą się, rozwlekając w wyimaginowane, nierealne godziny nieracjonalnych głupstw którym oddawali się zebrani w klasie uczniowie. Zdawać by się mogło, że wszystko w mgnieniu oka zaczynało krążyć wokół jednego tematu. Osoby, jaką był sławetny Malfoy – któremu w gruncie rzeczy na odcisk nikt nie chciał nacisnąć. Tak naprawdę każdy zajmował się swoimi sprawami oddając się różnym mniej lub bardziej porywającym zajęciom, z czego często można było przyłapać zebranych, mniej aktywnych w sprzeczce na chowaniu czubka nosa w opasłych książkach. Oni nie ekscytowali się rumorem, jaki miał wkrótce pomiędzy Anastasią a Masciusem się rozpętać. Hennessy jednak pozostawała czujna. Może nawet nieco ożywiła się, wyczekująco wzrok kierując to na jedną, to na drugą stronę znad swoich notatek. Trudno byłoby Gryfonce patrzeć na szarpaninę, pomijając ostrą wymianę słów która mogłaby się pomiędzy wspomnianymi rozegrać.
W końcu Anastasia, co tu dużo mówić była jedną ze znośniejszych współlokatorek z którą Yvon dużego problemu nie miała. Czasami poczuwała się w obowiązku, aby chronić młodziutką Fitzgerald. Ale... Sytuacja wyglądała na razie na tyle stabilnie, że nie było zbyt dużej potrzeby interwencji. Kolejno na palcach, pod ławką wyliczała, z kim dzisiejszego dnia nie będzie miała okazji porozmawiać. Zwróciła uwagę na Black, za którą zwykle wszyscy się oglądali – chociaż w mniemaniu rudej, nie wyglądała na szczególnie urodziwą. Chociaż była niebrzydka, na pewno nie nazwałaby ją najpiękniejszą pięknością, przy nogach której powinien słaniać się cały świat. Przewróciła oczyma na swoje myśli, niespiesznie wracając do przerysowywania kilku nowych, bardziej skomplikowanych run. Jeszcze się ratowała nadzieją, że może w pomieszczeniu znajdzie się jeszcze ktoś, kto nie będzie ani kujonką, która żyła jedynie zadaniami, ani przypadkowym chłopaczkiem, który szukał kontaktu wzrokowego, ani wymuskanym Ślizgonem zalecającym się do równie nieprzyjemnego gatunku dziewczęcia, jakim była Morrigan.
Ostatnio bardzo krytycznym okiem patrzyła na swoich najbliższych, a szczególnie tych, którzy najmniejszej uwagi na nią nie zwracali. Tu się niby chowała, kontaktu nie chciała, a zaraz po tym frustrowała się brakiem sensownej rozmowy.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29