Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Przeklęty gabinet
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6

Przeklęty gabinet


Lokalizacja: Piętro III, Hogwart



[Obrazek: lk0dlSE.jpg]

Dostanie się do tej lokacji wymaga sesji z Mistrzem Gry, gdyż wstęp na ten teren jest zabroniony dla uczniów Hogwartu.

Gabinet ten należał jeszcze kilka lat temu do jednego z nauczycieli Hogwartu - profesora Lupeia. Odkąd jednak ów belfer zniknął w tajemniczych okolicznościach, pokój stał nieużywany. Dziś jest zamknięty na klucz, a wśród uczniów chodzą plotki, że nie wykorzystano go do niczego, bo... W środku straszy.

Od wewnątrz gabinet przypominający trochę norę, a trochę cyrk. Wąskie okna zaciągnięte są grubymi zasłonami, przez co łatwo jest o rozbicie sobie nosa, potykając się o dziwne meble, przedmioty czy pakunki. Z ciemnych zakamarków i kątów pomieszczenia zdają się dobiegać podejrzane szmery. Głębiej znajdują się niemal biblioteczne, wysokie regały pełne książek i różnego rozmiaru pudeł. Po prawej stronie od drzwi stoi masywne biurko wyglądające jak wyciosane z kamienia, zarzucone papierami i książkami, sugerującymi, że dawno nikt z niego nie korzystał. Po lewej, wzdłuż regału i z dala od podejrzanych przedmiotów prowadzi droga do zakątka, w którym znajdzie się wygaszony kominek, stolik, kanapa i kilka krzeseł.


Kontynuacja z 21/01

Ururu nie wiedział, gdzie mógłby się wybrać z panienką Wittermore, żeby było jej dobrze. Na szczęście sama zaproponowała gabinet profesora Lupeia, który znajdował się w pobliżu korytarza. Marquez dość sceptycznie się odniósł do tego pomysłu, ale wszedł do pomieszczenia za Krukonką. Rozejrzał się ostrożnie, szukając śladów życia profesora. Z Hogwartu często znikali nauczyciele, ale Ururu zazwyczaj nie wiedział, dlaczego. Rozumiał, że szczegółowy powód nie jest podawany uczniom, bo nie powinno ich obchodzić życie prywatne kadry, ale co zrobić - Markiza to obchodziło. Szczególnie, że z każdym nauczycielem miał dobre i serdeczne relacje (a przynajmniej tak to wyglądało w jego oczach).
   — Jest coś konkretnego, co panienka chciałaby przećwiczyć? — spytał kładąc ostrożnie swoje książki na zakurzonym biurku.

Dla Wittermore każde miejsce było lepsze niż zakazany korytarz. Ba, pusta sala, do której nikt nie wchodzi była wręcz idealna. Nikt poza Marquezem nie byłby w stanie zobaczyć jej porażki – a z pewnością taka się pojawi. Kaylin nie była najlepsza, gdy chodziło o czarowanie i wiedział to każdy, kto chodził z nią na zajęcia praktyczne w latach poprzednich.

— Nie. To znaczy, chciałabym przećwiczyć coś, co może się przydać. — Czy sprecyzowała swoje wymagania? Ani trochę, ale pozostawiła ostateczną decyzję Marquezowi. Ten jeden, jedyny raz. Wyciągnęła z kieszeni różdżkę i czekała na to, co jej zaproponuje.

Dopiero kiedy drzwi zostały zamknięte, zdał sobie sprawę z obecnej sytuacji. On i panienka Wittermore. Sami. W zamkniętej przestrzeni. Nigdy wcześniej do czegoś takiego nie dochodziło, jeśli już byli względnie sami, było to gdzieś na korytarzu. Wpatrywał się w Krukonkę ostrożnie, z kwitnącym uśmiechem na ustach.
Miał. Z nią. Ćwiczyć. Zaklęcia. Czy mogło przytrafić mu się coś wspanialszego?
   — Ma panienka na myśli przydatnego na egzaminach, czy w życiu?
  Chciał dowiedzieć się, co dokładnie ma na myśli. Ururu powoli załapywał, że nie u wszystkich tok myślenia zachodzi tak samo, jak u niego. Oczywiście nie należało wykluczać, że będzie z tej wiedzy korzystał tylko czasami, w przypadku wybranych osób, które wyróżniał z tłumu. Wittermore miała szczęście należeć do tej elity.

Gdyby Kaylin wiedziała, jak Marquez podnieca się ich spotkaniem „sam na sam” pewnie uciekłaby w popłochu. Dopóki nie postrzegała go jako zafascynowanego nią maniaka nie czuła się zaniepokojona. Choć może powinna była pomyśleć o tym wcześniej? No nic, bardziej interesowało ją uczenie się zaklęć. Zastanawiała się, czy mógł umieć coś, czego ona nie potrafiła. Czy było coś, czego Marquez mógł ją nauczyć? (Wolała myśleć, że nie).

— W życiu. Nie zdaję egzaminu z zaklęć. — Powiedziała tylko, drapiąc się po nosie. — Prawdę mówiąc, jest jedno zaklęcie, którego naukę zaczęłam już jakiś czas temu. Co powiesz na Incendio?

Można było przeceniać Markiza, ale nie niedoceniać. Zakres jego umiejętności był całkiem spory jak na ucznia Hogwartu. Znał budowę silnika, na przykład.
— A z Transmutacji albo Obrony Przed Czarną Magią? — spytał zaciekawiony. Czy on w ogóle wiedział, gdzie Kaylin była na praktykach wakacyjnych? Tak mało o niej wiedział, o tak wiele pragnął zapytać.
— Incendio? Słusznie. Mam nadzieję, że się nie spalimy. O, możemy celować w kominek, tak będzie bezpieczniej — powiedział udając się w jego stronę. Palenisko nie widziało ognia już kilka miesięcy, nie było w nim też drewna, ale to nie było im potrzebne do szczęścia. — Incendio — rzucił zaklęcie, w razie potrzeby ponawiając ruch wraz z inkantacją.

!3k20
3d20 rzucono z sumą oczek równą: 33 (6, 17, 10)

Powinna była na niego napluć za to, że znowu pokłócił się z Addyson i zrobił jej przykrość. Ale teraz liczył się fakt, że mógł umieć coś, czego ona nie umiała. A powinna, jeżeli chciała po szkole zamieszkać sama. Przygryzła wargę, zaciskając spocona dłoń na różdżce. Miała przynajmniej pewność, że Marquez nikomu nie rozgada, jeżeli coś jej nie wyjdzie. A nawet gdyby jednak pomyliła się w ocenie Ślizgona, zawsze mogła mu wtedy za to wybić oko… Powiedzmy.

— Z Obrony i Transmutacji też. Chociaż prędzej z Obrony. — Dodała tylko. Żadne inne pytanie nie padło, a ona nie umiała czytać w myślach, więc zamilkła i patrzyła tylko, jak Marquez sobie radzi. Gdy nadeszła jej kolej, podeszła do kominka i rzuciła zaklęcie. Oby od tego nie umarli. Nie wiedziała w sumie jak miałaby wytłumaczyć taki wypadek Bułhakowowi.

— Incendio.


!3k20
3d20 rzucono z sumą oczek równą: 26 (2, 7, 17)
— To znaczy, że nie jest jeszcze panienka pewna, do jakich egzaminów podejść? — zamrugał. Zaklęcie mu wyszło dopiero za drugim razem i płomień wystrzelił w bezpieczne ramy kominka. Wittermore udało się dopiero za trzecim razem, ale nie zwrócił na to specjalnej uwagi.
   — No, całkiem wychodzi panience. Może jeszcze Lacarnum Inflamari, tak dla poćwiczenia ognia? — zaproponował. — Myśli pani, że zaklęcia różnych żywiołów działają jakoś... inaczej? To znaczy, nie są po prostu zaklęciami tworzącymi coś, tylko różnią się w swojej strukturze o wiele bardziej, niż to by się mogło wydawać. Wiem, że magia często spycha fizykę na ostatni plan, ale strumień wody, a ognia to są naprawdę różne rzeczy.
   Przerwał, aby spróbować rzucić Lacarnum Inflamari.

!3k20
3d20 rzucono z sumą oczek równą: 45 (19, 9, 17)

Zamrugała kilkakrotnie, jakby potrzebowała chwili na zrozumienie jego pytania. Dopiero po tym pokręciła głową i zastanowiła się nad odpowiednią odpowiedzią.

— Wiem, co będę zdawać na egzaminie. I nie będą to żadne z zaklęć. — Powiedziała cicho, choć zdecydowanie. — Nie znaczy to jednak, że nie przydadzą mi się w przyszłości. Wręcz przeciwnie, każdy szanujący się czarodziej powinien potrafić czarować.

Nie była zadowolona z tego, że zaklęcie udało jej się dopiero za trzecim razem. Niemniej, Ururu zdawał się tego nie zauważać, więc mogła udawać, że nic się nie stało. Gdzieś w tle coś starało jej się powiedzieć, że nie powinna z nim spędzać czasu. Że powinna stanąć po stronie Addyson i dać mu po twarzy za to, jak potraktował Puchonkę. Nie potrafiła jednak zrezygnować z możliwości, jaką dawała jej nauka czarowania ze Ślizgonem. Potrzebowała tego dla siebie i swojej przyszłości.

— Lacarnum Inflamari. — Szepnęła, machając różdżką trzy razy. Miała nadzieję, że chociaż tym razem uda jej się szybciej. — Wydaje mi się, choć nie jestem specjalistką, że różnią się nie tylko w strukturze, ale i sposobie ich rzucania. Mój wuj jest twórcą zaklęć, więc pewnie byłby w stanie lepiej odpowiedzieć ci na to pytanie. Ale na logikę, zaklęcie ogniste powinno różnić się w strukturze od zaklęcia wodnego. Wydaje mi się też, że każdy z nas ma zupełnie inne predyspozycje, jeżeli chodzi o umiejętność rzucania różnych podtypów zaklęć. No i nasze różdżki też się pod tym względem różnią.


!3k20
3d20 rzucono z sumą oczek równą: 37 (9, 12, 16)
Zatrzymał wzrok na Wittermore, przewijając sobie w głowie słowa, jakie powiedziała. Niby to była oczywistość, ale czasami naprawdę się zastanawiał, czy źle podszedł do tej całej magii. Niby korzysta się z niej na co dzień, ale po siedmiu latach szkolenia niektórzy i tak mają to wszystko gdzieś.
...każdy szanujący się czarodziej powinien potrafić czarować.
Obserwował ją teraz nie zwracając nawet uwagi na to, czy zaklęcie jej wychodzi, czy nie. Ostatnio miał okazję zamienić słowo z różnymi ludźmi, ale z nią było inaczej. Z Kaylin można było porozmawiać o czymś konkretnym, tak jak z Gabrielle o fizyce (bo o dziwo o magii rozmawiali tyle co nic).
— Panienka mnie rozumie — powiedział, nie spuszczając z niej wzroku. Nie uśmiechał się teraz tak jak zwykle. Można by nawet powiedzieć, że owiewał swoistą powagą. — Powinna panienka podejść do OWUTEMów przynajmniej rok temu. Mogłaby już panienka tyle rzeczy zrobić, męczy się tylko panienka w takim miejscu. — Obracał różdżkę w palcach bezwiednie, nie myśląc nawet o kolejnym zaklęciu, jakie mogliby przećwiczyć. — Jak ja — dodał po chwili, odwracając wzrok w palenisko. Chociaż nie był najlepszy w sprawach socjalnych, nie chciał teraz wyjść na zuchwałego sugerując swoje podobieństwo do kogoś, kto uważał za wyżej stojącego w hierarchii świata niż on sam.
Wypadałoby też rzucić jakieś zaklęcie, więc wycelował w stronę pomieszczenia, po której nie stała Krukonka.
Fumos.

!3k20
3d20 rzucono z sumą oczek równą: 19 (3, 11, 5)
Stron: 1 2 3 4 5 6