Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Posiadłość główna rodziny Bułhakow [Rosja]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8

Posiadłość główna rodziny Bułhakow


Adres: Smoleńsk, Rosja, Europa Wschodnia



[Obrazek: NN4tdQh.jpg]

Dosyć spory dworek znajdujący się w zachodniej części Rosji. Jest to własność rodziny Bułhakow, która chwali się dosyć sporym majątkiem i wieloma ziemiami w okolicy. Sam dom nie różni się budową od innych dworków - ma takie same konstrukcje, pokoje rozmieszczone prawie tak, jak na każdym przykładowym schemacie. Nieopodal dworka znajduje się także osada mugolska, nad którą pieczę, choć tak naprawdę po prostu nad nią panują, sprawuje rodzina Bułhakow. Wszyscy mugole w niej mieszkający są pod wpływem zaklęcia Imperius, rzuconego przez głowę rodu.

Z drugiej strony domostwa rozpościera się gęsty las, w którym znaleźć można najróżniejsze gatunki zwierząt z lisami na czele. Jest to jednocześnie dosyć dziki teren, który został bardzo dobrze przeczesany przez rodzinę zamieszkującą w dworku. W okolicy znajduje się także spory cmentarz z rodzinnym grobowcem, do którego nie dostała się niestety siostra młodych Bułhakowów. Mogiła Swietlany znajduje się dużo dalej, tuż przy murze i roztacza wokół siebie aurę prawdziwego nieszczęścia. Za lasem znajduje się opuszczony bliźniaczy dwór, który zamieszkiwany był kiedyś przez rodzinę Kuzniecov. Obecnie stoi pusty już od ponad dziesięciu lat i zapewne ktoś już pokusił się o zrobienie sobie w nim meliny.


Właściciel: Jewgienij Bułhakow
Mieszkańcy: Anna Romanow-Bułhakow [NPC], Heidi Goldberg-Bułhakow [NPC], Vadim Jewgienijowicz Bułhakow [NPC], Fiodor Bułhakow [NPC], Jasza Bułhakow, Boris Bułhakow [NPC], Georgij Bułhakow [NPC], Ivan Bułhakow [NPC], Konstantin Bułhakow [NPC], Nikolai Bułhakow [NPC], Pyotr Bułhakow [NPC], Rostislav Bułhakow [NPC], Stanislav Bułhakow [NPC]
Służba: mugolskie służki


@Vakel Bułhakow, @Mistrz Gry
Rosja. Kraj, za którym tęsknił niemal przez cały rok pobytu w Wielkiej Brytanii. Jeszcze nie do końca docierało do niego, że oto właśnie wrócił niczym dosłowny syn marnotrawny. Znów miał przed oczami tę samą okolicę, ten sam dwór, te same pomieszczenia. Dopiero będąc tutaj czuł, jak brakowało mu luksusu, jak brakowało mu tej atmosfery, w której przez lata się wychowywał. Nie było to może miejsce idealne i musiał strzec się na każdym kroku. Ale było to miejsce, które śmiało mógł określić mianem swojego. Domem rodzinnym, z którym wiązało się wiele wspomnień, w którym czuł się panem i władcą. W którym - jeszcze do niedawna - naprawdę się liczył. I choć czuł to obce, nieswoje uczucie, będące wynikiem długiej nieobecności wiedział, że wcale nie jest tu obcy. Że gdyby tylko chciał, mógłby tu zostać na zawsze. Pod pewnymi zasadami, ale czy o tym nie marzył?
Pierwsze zwątpienie pojawiało się, gdy otworzył oczy i zamiast zdobionej drogą tapetą ściany ujrzał twarz brata. Jego Vaksilija, który przebył wraz z nim tę długą drogę do domu, od którego uciekał przez wiele lat. Dopiero, gdy na niego spoglądał zaczynał wątpić w to, czego chciał i czy życie w Rosji było na pewno jego marzeniem. Czy życie w Rosji równało się życiu z nim? Co był w stanie poświęcić? W którą stronę ruszyć? Sapnął cicho, przeciągając się leniwie w łóżku i wtulając twarz w jego włosy. Jakie to zabawne, że już pierwszej nocy po powrocie dokonał zbrodni, za którą jeszcze rok temu został z tego właśnie domu wygnany.
Podróż była męcząca, Giena padał na twarz i bardzo szybko postanowił udać się do swojego pokoju. Rozejrzał po nim tylko kilka razy i opadł na łóżko, ostatecznie jednak nie zaznając spokoju i snu. Kręcił się, wiercił i gdy tylko zamykał oczy natłok myśli napływał do jego głowy. Ojca jeszcze nie było. Miał pojawić się rano. Ojciec wiedział. Ale nawet to nie sprawiało, że chciał rezygnować z planu, z jakim tu przyjechali. Chciał uwolnić się od tyrana, chciał sam decydować o tym, co może robić i gdzie postawić stopę. Chciał wreszcie tego, co mu się należało i na co pracował przez tyle lat.
Przepełniony tego typu myślami i rozterkami, wstał z łóżka i pod osłoną nocy wymknął się ze swojego pokoju. Przemierzał korytarze, bardzo dobrze znaną sobie ścieżką, nie pozostawiając za sobą żadnych śladów po bosych stopach. Otworzył delikatnie drzwi, wślizgując się do środka i nie pytając o zdanie, po prostu wchodząc po kołdrę Vakela. Tyle razy w tym pokoju robił mu krzywdę. A teraz? Teraz przytulał się do niego, zasypiając w jego ramionach i potrzebując obecności jedynej osoby w całym domostwie, która wiedziała niemal wszystko.
Ale to była noc. Nastał dzień i do niego jeszcze nie do końca docierało to, że za kilka godzin będzie miał żonę. Że za niedługo wyciągnie różdżkę, skieruje ją w stronę starego Bułhakowa i wypowie dwa słowa, które zaważą o wszystkim. Nie docierało to do niego, bo leniwie wpatrywał się w sufit, leżąc dalej w nieswoim łóżku i zapominając o bożym świecie.
Przecież było jeszcze wcześnie.
Zniknięcie niektórych ludzi nie znaczy nic dla nikogo. Dosłownie i w przenośni. Zniknął tak wiele lat temu, że ominęło go po prostu zbyt wiele, by pojąć to umysłem. Doszukiwał się wczoraj, po długiej i męczącej podróży pociągiem, śladów życia, które to wiódł zanim jeszcze stchórzył i uciekł z podkulonym ogonem, ale jak się okazało - były to próby daremne. To wszystko minęło! Musiał pogodzić się, że nic nie było już później takim, jakie było przy nim, a najbardziej szokujące i bolesne było to, że nie potrafił odwołać się do nikogo i niczego. Jewgienij znał tutaj wszystkich i wszystko, wchodząc jak do siebie, jak pan domu, którym był. Jak właściciel, powracający po krótkiej nieobecności, badający jedynie wzrokiem, czy ktoś czegoś przypadkiem przez te półtora roku nie zbroił, a on... tkwił jak w letargu. Kim byli ci ludzie, nie poznający go w przejściu? Kim były cholerne dzieciaki bawiące się w ogrodzie, kim były nowe służące. Dlaczego nikt już nie pamiętał i nie wspominał o Swietlanie? Przeszedł się nawet koło świerków, gdzie zabiła się lata temu, ale najwyraźniej jego młodsi bracia postanowili urządzić tam sobie zabawę, bo krzyczeli niemiłosiernie odciągając jego myśli i wspomnienia od dnia, w którym ujrzał leżące w wyjątkowo szpetnej i wykrzywionej pozycji zakrwawione ciało siostry.
Wybrał się nawet na mogiłę, na wzgórze, porośnięte teraz chwastami i zaniedbane, przykryte płaszczem chwil minionych, przez które coś dla niego ważne, pielęgnowane w duchu i istotne poszło dla innych, najwyraźniej także dla Jewgienija w odstawkę. Ale czemu właściwie się dziwił, skoro dla niego właśnie czas zatrzymał się w chwili opuszczenia i tylko to, co pamiętał z dzieciństwa, rozrywane jedynie od czasu do czasu zamgloną wizją lub nieczytelnym obrazem kreowało mu ten mały wszechświat nie chcący ruszyć do przodu. Bo po co, skoro miał nie wracać tutaj nigdy? Był tutaj nikim. Nie dla niego miały zabić dzwony, nie on miał tutaj sprawy do załatwienia, nie on był tutaj zaproszony i mile widziany, co udowadniały rzucane mu wielokrotnie zdziwione spojrzenia. Czuł jak próbują uniknąć wyjątkowej niezręczności danej im sytuacji poprzez zadawanie pytań o przeszłość i wrażenia z „podróży”, jakby było to coś przez niego wcześniej zapowiedzianego i w pełni normalnego, a przecież... nie było tak, nieprawdaż?
- Jewgienij, oni zaraz przyjdą cię budzić. - szepnął do niego. Wpatrywał się w jego twarz, będącą ostatnią rzeczą, dającą mu jakiekolwiek poczucie stabilności. Dotarło do niego, że boi się nawet wyjść z pomieszczenia, w którym spał, jakby emocje towarzyszące mu w dzieciństwie przelały się na teraźniejszość, ale przecież nie był to już jego pokój. To nie było nawet łóżko, w którym spał lata wcześniej. - Podejrzewam, że kobiety nie śpią, bo słyszałem, że będą pracować w kuchni przez noc.
Wiedział, że odpowie mu zdenerwowane stęknięcie i niechęć brata do podniesienia się z łóżka, ale przecież nie mogli spędzić tutaj całego ranka. Cmoknął go w usta i wstał pierwszy, po czym zaczął leniwie ubierać się w przewieszone przez oparcie fotela, wczorajsze ubrania.
Nie było go ledwie rok, a tak wiele rzeczy się zmieniło. Nie dziwił się więc, że Vaksilij nie poznawał miejsca, z którego zniknął lata temu. Miejsca, które niegdyś było bliskie im obu - niezależnie od tego, w jaki sposób każdy z nich był traktowany, było to miejsce, które nazywali domem. Gienusza wchodząc do środka sprawdzał każdy kąt, sprawdzał, co się zmieniło i czy wszyscy nadal wiedzą, jak powinni się do niego zwracać. Czuł się, przynajmniej do czasu przybycia ojca, chciany. Zupełnie tak, jakby wreszcie znalazł się tam, gdzie powinien. A cały poprzedni rok był po prostu tułaczką, która wreszcie dobiegła końca. Rozmawiał z ludźmi, uśmiechał się i żartował, jak zawsze. Jakby nic się nie zmieniło, choć gdzieś wewnątrz siebie wiedział, że już nigdy nie będzie tak samo. Zwłaszcza po czynie, który zaplanowany był od tak dawna.
Jego zadowolenie z pobytu tutaj musiało być widoczne, ba - biło od niego poczuciem pewności siebie, jakie zdawało się przymierać w Wielkiej Brytanii. Z dala od Rosji Jewgienij czuł się po prostu nikim. Bez swoich korzeni, bez posiadłości i w końcu - bez ojca, który w jakiś sposób go definiował. Nakreślił go, ustawił mu życie i pilnował, by Jewgienij z wytyczonej ścieżki nie spadł nigdy. Był więc zupełnym przeciwieństwem Vaksilija i być może dlatego tak wiele zdziwionych spojrzeń zawisło na nich, gdy ramię w ramię przekraczali próg domostwa. Gdy rozmawiali ze sobą normalnie, w sposób tak odmienny od tego, który zakodowany był w umysłach wszystkich tych, którzy jeszcze pamiętali młodego Jewgienija znęcającego się nad jeszcze młodszym Vakelem. Podstawiane nogi, okrutne słowa i złośliwości, jakie starszy brat serwował swojemu młodszemu były wtedy codziennością, do której wszyscy przywykli. Giena jednak zdawał się ignorować pytający wzrok, zakłopotanie na twarzach domowników i nie skomentował w żaden sposób tego, że to właśnie ten zapomniany na zawsze, wyklęty przez najbliższych mężczyzna miał być najbliższą osobą Jewgienija w dniu tak ważnym dla całego rodu, jak ten.
Zgodnie z tym, czego spodziewał się Vaksilij, z ust Jewgienija wydobyło się przeciągłe stęknięcie pełne niezadowolenia i irytacji na to, że trzeba będzie wstać. Powiercił się więc jeszcze przez chwilę w łóżku i kładąc dłoń na jego twarzy westchnął. Nie chciał wstawać, nie chciał rozpoczynać tego dnia. Było tak wiele do zrobienia, tak mało czasu. Wolałby siedzieć tutaj godzinami, ale rzeczywistość zaczynała go wołać. Przypominać mu o wszystkim, o czym starał się zapomnieć.
- Kurwa. - Jęknął zdając sobie sprawę z tego, że nie może pozwolić na to, żeby służba nie zastała go w swoim pokoju. Ojciec by się o tym dowiedział, a Giena nie byłby w stanie tego wytłumaczyć. Miał wrażenie, że argument musiałem się odlać nie zostałby potraktowany odpowiednie poważnie. Nim sam się podniósł obserwował ruchy brata, którego chwilę przed zerwaniem się z łózka złapał za ramię i przyciągnął do siebie, przedłużając cmoknięcie i robiąc z niego pełnoprawny, pełen emocji pocałunek, który z pewnością przekazał Vakelowi wszystko, o czym w tej chwili myślał Gienusza. O tym, że chciał tu być z nim i tylko z nim. O tym, że wolałby z tego łóżka nie wychodzić, bo z pewnością znaleźliby dla siebie zajęcie dużo ciekawsze niż przygotowania do ślubu jednego z nich. Ślubu, który w dość znaczący sposób miał zmienić ich... wspólne życie. Życie, które toczyli w Wielkiej Brytanii.
- Zdecydowanie lepiej, żebym się stąd sprzątnął nie tylko przed kobietami, ale i przed jego powrotem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać w jaką furię by wpadł odkrywając, że pierwszym co zrobiłem po powrocie do domu było wślizgnięcie się do twojego łóżka. - Jęknął niezadowolony i podniósł swój zacny zad. Obserwował przy tym ubierającego się Vaksilija i choć spieszył do drzwi, zatrzymał się przy nim na chwilę, położył dłoń na jego głowie i przez kilka sekund bawił się jego włosami.
- Pamiętaj... - Zaczął dość niepewnie, jak na siebie, jednak po chwili wzrok, jak i całe ciało zmieniło swoją postawę i można było zauważyć w jego nastawieniu pewność tego, co chciał powiedzieć.
- Pamiętaj, że to przede wszystkim mój dom. Inni się nie liczą. - Wiedział, jak musiał się tu czuć Vakel. Czy chciał mu w ten sposób powiedzieć, że nikogo bardziej w tym domu nie potrzebował od niego? Czy chciał mu w ten sposób powiedzieć dziękuję, że jesteś?
Po tych słowach wyszedł i prześlizgnął się do swojego pokoju tak, by nikt go po drodze nie zauważył. A tam... Tam zaczął się ubierać, jak gdyby nigdy nic. Jeszcze do niego nie docierało, że nie był to dzień, jak każdy inny.
Od rana w rezydencji Bułhakowów zrobił się ruch. Służba latała jak szalona dopieszczając ostatnie poprawki, nim wstaną domownicy. Bo wtedy bardzo łatwo było komuś wpaść pod nogi, co oczywiście było niepożądane.
Przybycie pana młodego było samo w sobie dość podniosłą chwilą, a tajemniczości dodawał temu fakt przybycia z nim pewnego mężczyzny, w którym służba o dłuższym stażu mogła dostrzec młodszego brata Jewgienija. Czy to na pewno był on? A jeśli tak, to czemu się pojawił? Czy Vladimir o tym wiedział? Może gdyby to nie była rodzina Bułhakowów, przez cały dworek przeszłyby te pytania, lecz nikt nie miał zamiaru się odzywać.
Jewgienij wrócił do swojego pokoju, jednak subtelne zamknięcie drzwi nie umknęło uwagi nadchodzącej służącej. Zatrzymała się na chwilę, aby jej nie zauważył. Dopiero po kilku sekundach ruszyła pod jego drzwi pukając w nie ostrożnie.
- Za pół godziny zostanie podane śniadanie. Pański ojciec powinien się zjawić niedługo po nim - powiedziała suchym głosem stojąc jeszcze chwileczkę, gdyby miał czasem jakieś pytanie bądź życzenie. Jeśli nic takiego się nie wydarzyło, po prostu wróciła do swoich obowiązków.
Tymczasem Vakel ubrał się i wyszedł do kuchni. Taka tam rozrywka, poza tym nie wiedział, czym powinien się teraz zająć. Pomieszczenie średniej wielkości zaopatrzone w kilka kuchenek, dwa zlewy oraz blaty stojące przy dwóch ścianach, a także na środku pomieszczenia tworząc wysepkę. Były też drzwi do spiżarni. Zastał tam krzątające się kucharki, które przygotowywały śniadanie. Kilka było starszych, lecz kilka nie wyglądało nawet na trzydzieści lat. Kiedy wszedł, spotkał się z nielicznymi spojrzeniami. Jedna z młodszych kucharek, krągła, o spiętych włosach w kolorze pszenicy, podeszła do Vakela.
- Czy mogę panu w czymś pomóc? - zapytała słodkim głosikiem spoglądając na niego z dołu niesamowicie niewinnym błękitnym spojrzeniem. Z całą pewnością nie widział nigdy tej dziewczyny.
Czy możliwym było, że piękno dzielonych z Jewgienijem wspomnień, mających swe miejsce w obrębie owego dworku zachowały w sobie czar, którego już nie było? Czy to on się zmienił, czy wszystko się zmieniło? Postrzegał przecież rodzinne strony jako coś wyjątkowo stabilnego, pamiętał przebielone ściany i pracujących ludzi. Dworek rodzinny był czymś stałym i pewnym, istniał i trwał nawet wtedy, kiedy kości człowieka, który owy budynek wiele lat temu postawił już dawno pokryła warstwa ziemi i piachu. A jednak! A jednak to się stało i daremne były żale, bo jego własne słowa, wcześniej rzucane na wiatr by pouczać ludzi pasowały do sytuacji jak ulał - nic dwa razy się nie zdarza, nic się nie powtórzy, nic nie wróci do istnienia. Życie nie odda mu chwil, które stracił tutaj przez swoją ucieczkę.
Czy... stracił czas? Ale jak mógł stracić czas, skoro tam widział wszystkie te kolory i sztukę, a tutaj, pomimo szczerych chęci by uwierzyć w słowa brata mówiące coś o tym, że to jego miejsce widział tylko jakieś strzępki dawnych emocji, szarość i napięcie związane z tym, że w ogóle nie powinno go tutaj być. Nikt oprócz Jewgienija go tutaj nie chciał i nie oczekiwał. Ba, on sam siebie nie widział w roli towarzysza swojego brata, a co dopiero krzywiąca się w sztucznym uśmiechu służba?
- Dzień dobry. - przywitał się od razu, lustrując przy okazji wygląd panienki, która to zechciała odważnie podejść i zapytać o cóż takiego młodemu B. chodzić mogło, kiedy tak  beztrosko zakradł się do kuchni. - Wczoraj sporo spacerowałem i nie zdążyłem się z wami powitać, toteż zamierzałem zrobić to teraz. - wyjaśnił od razu. - Poza tym, oglądam pomieszczenia. Jakże się one zmieniły od czasów, kiedy byłem tu ostatnio... Każda rzecz na świecie jak woda przepływa, jak liść na drzewie żółknie i gnije… Nic, absolutnie nic mnie już chyba w życiu nie zaskoczy po powrocie w rodzinne strony, minąwszy w biegu dwanaście lat życia. Jak się panienki zowią, jeżeli wiedzieć można? Głupio mi zwracać się do was w sposób bezimienny.
Oddychał głęboko, upajając się wręcz swoją obecnością w tym domu. Póki na horyzoncie nie było ojca mógł czuć się swobodnie. Mógł być wolny. I przede wszystkim, mógł być sobą. Chciał zgarnąć Vakela i zabrać go na spacer. Pójść do lasu, na pola. Wszędzie tam, gdzie spędzali czas jako młodzi chłopcy. Chciał wreszcie z nim tu zamieszkać, nie musieć wybierać między domem a... Bratem? Kochankiem? Nieistotne było własciwie określenie go jakimś mianem. Liczyło się to, co czuł, a czuł w tej chwili więcej niż kiedykolwiek mógłby sądzić.
Wszedł, jak mu się wydawało, dość dyskretnie do pokoju i zaczął się ubierać. Rozglądał się po pomieszczeniu, próbując dociec tego, cóż się w nim przez ten rok zmieniło. Na wejście koboety zareagował jredynie machnięciem ręki i zapinając sobie koszulę odwrócił się w jej stronę. Chwilę mocował się z nieznośnym materiałem, aż w końcu zawiesił na niej spojrzenie.
- A moje rodzeństwo? Ktoś już jest na nogach? - Tak, miał na myśli głównie Mikaela. Młodsi nie obchodzili go prawie wcale. W jego mniemaniu zawsze była ich czwórka. On, Mikael, Swietlana i Vaksilij. Nigdy nie byli zgraną paczką, ale gdyby miał nakreślić z kimkolwiek pokrewieństwo, to o nich wspomniałby w pierwszej chwili.
- Powiedz mi, co tu się działo przez ostatni rok? Jakieś kłopoty? Ojciec mówił coś o mnie? - Chciał wybadać grunt. Wiedział, że jego pojawienie się wraz z Vakelem u boku było dla wszystkich szokiem. Miał to jednak głęboko w dupie. A niech gadają. Jego interesowało tylko to, co sobie postanowił. Z jednej strony chciał zostawić brata w Szkocji, pozwolić mu być bezpiecznym. Z drugiej, chciał go mieć przy sobie, bo nawet nie wiedział czy kiedykolwoek wróci do Wielkiej Brytanii. Ba, nie wiedział czy w ogóle przeżyje. To mogły być ich ostatnie wspólne chwile.
- Wiadomo, kto znalazł się na liście gości? - Przerwał na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Sąsiedni dwór nadal pusty? - Głupie pytanie. Bardzo głupie. Ale myślał ostatnimi czasy tak często o Irinie, że musiał zapytać. Chciał usłyszeć z ust służącej oczywistą oczywistość, bo łatwiej było coś do siebie dopuścić, gdy mówił nam to ktoś inny. Gdy ktoś innym nas w tym uświadamiał.
- To wszystko. - Dodał, gdy odpowiedziała na jego pytania i dał znak, że może wyjść. Sam nie siedział też w pokoju zbyt długo. Zapiął spodnie, wygładził koszulę, na którą zarzucił kamizelkę i ruszył przed siebie.
Nie interesowała go kuchnia. Powędrował w bliżej nieznanym kierunku, spacerując po korytarzach i przypominając sobie każdy zakamarek domu. To tu podstawił nogę Vakelowi czym w ostatecznym rozrachunku złamał mu nos. Tam siedział ze Swietlaną i opowiadał jej o Komarovie, któremu się spodobała. Na tamtych schodach napluł Mikaelowi w twarz. Ach, stare czasy, stare dzieje.
Nostalgii nie brakowało, jednak czas kurczył się nieubłaganie. Gdy zdał sobie sprawę z tego, że zostało mu go naprawdę niewiele pognał do pokoju jadalnego, gdzie - jak się domyślał - miało się odbyć rodzinne śniadanie.

- Ja... jestem Jewpraksija - odpowiedziała blondyneczka pokrywając się lekkim rumieńcem spowodowanym przez zainteresowanie nieznajomego mężczyzny. Inne kucharki zerkały troszkę na tą sytuację, niektóre postanowiły udać się do spiżarni pod pozorem poszukiwania składników do sporządzanych właśnie potraw. Jewpraksija rozejrzała się, czy może jednak któraś ze speszonych tym niespodziewanym gościem koleżanek zechce się jeszcze wdać w pogawędkę, ale chyba nie było chętnych.
- Jestem Jesfir - zza Vakela wynurzyła się wchodząca właśnie do kuchni kruczoczarna młoda kobieta, która rzuciła mu swoje uśmiechnięte spojrzenie, a następnie opuściła na blat wielki kosz świeżych jabłek. - Nana, weź te jabłka zanieś do spiżarni! - krzyknęła, po czym wycierając ręce w beżowy fartuszek, jaki miała na sobie, podeszła do Bułhakowa.
- Głodny jest pan? Za niedługo śniadanie będzie, ale możemy panu coś teraz przygotować - powiedziała niesamowicie ciężkim akcentem. Miała dość ciemną karnację i nieco chłopięce rysy twarzy. - Jewpraksija, przynieś panu może szklankę mleka - trąciła koleżankę, która posłusznie odeszła od nich oddalając się w stronę spiżarni.
- Pan jest poetą? - zagadała śmiało Jesfir zdradzając, że nie ma bladego pojęcia, kto przed nią stoi.

Tymczasem Jewgienij mógł uraczyć się równie miłą pogawędką ze starszą pokojówką.
- Zapewne wszyscy już wstali - odpowiedziała nieco niepewnie. - Kłopotów żadnych nie było. Pana ojciec wspominał o panu głównie przy sprawach związanych ze ślubem.
Odpowiadała mu dość szybko, ale spokojnie.
- Oprócz osób z rodziny panny młodej i pańskiej pojawią się również przedstawiciele rodzin Romanov, Potockich, Black, Kossak... Możliwe, że ktoś jeszcze. Tak, dwór wciąż pusty... chociaż niektórzy gadają, że kogoś tam ostatnio widzieli, ale nie radzę wierzyć w te plotki.
Po udzieleniu odpowiedzi na jego pytania, skłoniła się i opuściła pomieszczenie.
Po drodze do jadalni mógł słyszeć jakieś strzępy rozmów, szybkie kroki... ale jakimś cudem nikt nie pragnął wyjść na korytarz, aby na niego czasem nie trafić. Dopiero kiedy wszedł do pomieszczenia docelowego i uraczył spojrzeniem zastawiony stół, usłyszał głos swojego brata.
- Dzień dobry - Mikael uraczył Jewgienija tylko krótkim spojrzeniem, po czym zajął miejsce przy stole. Szła za nim jego żona, która dygnęła lekko przed Gieną siadając następnie obok męża.
Po chwili przyszły jeszcze jakieś dzieci, które były niczym innym, jak najmłodszym rodzeństwem Buł. Rzuciły tylko jakieś "Dzień dobry" i zasiadły przy stole.
Wsłuchiwał się w słowa służącej, zapinając guziki koszuli, poprawiając ją i starając się doprowadzić do stanu perfekcji. Odetchnął głęboko. Tak, jak się spodziewał - wszyscy byli już na nogach, a ojciec nawet słówkiem nie pisnął o powodzie, dla którego Gienusza wyjechał tak szybko do Wielkiej Brytanii. Było to dla niego bardzo dobrym znakiem, wręcz idealnym. Z resztą, nie spodziewał się, by ktokolwiek, nawet Mikael wiedział o tym, czemu Jewgienija w domu nie ma. Stary Vladimir w życiu nie przyznałby się do ułomności swojego pierworodnego. Prędzej by go zabił, niż żył ze świadomością, że są na tym świecie ludzie, którzy wiedzą.
W ciszy patrzył na starą służącą. Wypowiadała nazwiska, które dobrze znał. Kossak, cóż - spodziewał się tego. Z jednej strony chciał, żeby Małgorzata w ogóle się nie pojawiła. Z drugiej, chciał złapać ją za te kudły i wypierdolić za drzwi. A z trzeciej... Chciał jej po prostu napluć na twarz i wygarnąć wszystko, co do niej miał. A miał... Nie tak dużo, jak sobie wmawiał. Rozmyślania o byłej żonie Vakela przerwało mu stwierdzenie, które padło z ust służącej i sprawiło, że uchylił lekko usta.
- Kto gadał, że kogoś tam widział? - Powiedział niezdrowo podekscytowany, jednak to uczucie opadło tak szybko, jak się pojawiło. To mógł być jakiś bezdomny. Albo ktoś, kto planował się tam wprowadzić. Ona nie miałaby żadnego powodu do tego, by wracać do domu. Wiedział o tym dobrze, choć ostatnimi czasy śniła mu się tak często, że byłby w stanie uwierzyć w przekaz marzeń sennych. Zawsze śmiał się z ludzi, którzy w takie rzeczy wierzyli, ale teraz... Teraz sam już nie wiedział, czego chciał i oczekiwał. Czy sądził, że jej pojawienie się w jego życiu miałoby coś zmienić? Czy ułożyłby sobie wszystko inaczej? Tylko jak?
Tego rodzaju pytania towarzyszyły mu przez całą drogę do jadalni. Na widok twarzy Mikaela powstrzymał grymas wypływający mu na usta i odetchnął głeboko.
- Dzień dobry. - Powiedział tylko i przywitał się z młodszym bratek. Kiwnął też głową do bratowej, której twarzyczka, jak zawsze piękna, przykuła jego wzrok na dłużej. Młodszych zaszczycił tylko cichym mruknięciem i zasiadł przy stole. Na miejscu, które zajmował zawsze. Tym po prawicy miejsca, zajmowanego przez ojca. Przez chwilę milczał, walcząc ze sobą i chęcią przywalenia w twarz brata, którego tak bardzo nienawidził.
- Jak życie? - Zapytał, trzymając się wszelkich konwenansów. - Heidi, wyładniałaś przez ten rok. - Zwrócił się zaraz po tym do jego żoneczki. Flirt z kobietami zawsze był formą relaksu. Co z tego, że była to kobieta jego brata? I tak by jej nie dotknął.
Rozkazujące sobie służki, krzątanina w kuchni, ta atmosfera... była czymś mu znanym, a jednak wciąż nie obudziło się to, czego przebudzenia oczekiwał. Może był po prostu bierny na wszystkie te bodźce, a może... może nie powinien doszukiwać się we wnętrzu dworku Bułhakowów czegoś, czego od dawna w nim nie ma? Może powinien spojrzeć bratu w oczy i zrozumieć, że nie potrzebuje tych rzeczy, bo liczy się dla niego tylko i wyłącznie on? Nieee, Vakel był na to za głupi, co udowodnił opierając się o kredens i uśmiechając się przymilnie do otaczających go kobiet. Wbrew temu co lubił osobie mawiać, nie był przecież szczególnie oświecony jeżeli o sprawy sercowe chodziło i przez czerep mu nie przeszło, że gdyby Gienusza z jakiegoś powodu do tego samego pomieszczenia zaszedł, to skwitowałby całą sytuację głośnym plaśnięciem ręki o twarz. W godzinach późniejszych dekapitacją, pod warunkiem, że nie będzie pija...
Zamarł na moment, pozostawiając pytanie prześlicznej panienki, której imię brzmiało bardziej jak parsknięcie, a nie coś, czym można nazwać dziecko bez odpowiedzi. Kiedy już się otrząsnął, zaczesał jej za uszko kosmyk tych blond włosków zaśmiał się.
- Owszem. - zamrugał do niej wesoło, jeszcze przez chwilę myśląc o tym, że powinien powstrzymać dzisiaj brata przed piciem. Sekundka. Momencik i... już nie. - Ale nie tylko poetą. - tu ujął jej twarzyczkę dłonią, by delikatnie skierować ku swojej.
- Gdyby tylko mniej było dzisiaj do zrobienia, to już zaprosiłbym cię na modelkę.
Całkowicie ujęty obecnością płci przeciwnej wyparł na moment silną potrzebę uratowania ukochanego przed rychłą śmiercią. Dziesięć minut. Dziesięć minut i tam pójdzie, wytrwa krępującą rozmowę całej rodziny o absolutnie niczym. Wytrwa nawet baty, które otrzyma od ojca, kiedy już wszyscy wyjdą. Ah, gdyby tylko dało się to odroczyć. Najlepiej razy dziewięć. Przesunąć na inny termin. Może tym razem Chiny?
- Wiecie może na którą godzinę mój wspaniały ojciec zapowiedział swój powrót? - zapytał, nie zabierając dłoni z podbródka młodziutkiej mugolki.

- Niestety nie wiem - pokojówka pokiwała lekko głową. Jewgienij musiał żyć od teraz w niepewności.
Ale przynajmniej miał o czym myśleć podczas szalenie porywającego śniadania, przy którym wieczorek poetycki mógł wydać się szampańską imprezą. Całe rodzeństwo siedziało już przy stole w milczeniu, tylko najmłodsi szeptali sobie coś na uszko.
- Dziękuję, Jewgieniju - odpowiedziała uśmiechając się lekko. Mikaelowi lekko drgnęła brew, widać było, jak bardzo nie chciał rozmawiać z bratem.
- To dla nas wszystkich wielki dzień, Giena - powiedział w końcu, posyłając mu zdystansowane spojrzenie.
Jewgienij miał właściwie jeszcze trochę czasu na przyjrzenie się pomieszczeniu. Podwójne drzwi z ciemnego drewna były teraz niemal naprzeciwko niego, zaś za nim znajdowały się wysokie okna zajmujące całą tylną ścianę. Po obu ich stronach zawieszone były aksamitne zasłony pokryte wzorami z neutralnych kolorach. Ściany tego pomieszczenia średnich rozmiarów pokryte były kremowo-złotą, bogato zdobioną tapetą, której Giena z całą pewnością jeszcze nie raczył widzieć. Reszta mebli była taka, jak zawsze. Długi stół z ciemnego drewna otoczony pasującymi do niego krzesłami wyścielonymi bordowym materiałem. Na ścianach wisiały również znane mu portrety przodków.
Po chwili jednak drzwi się otworzyły i weszła pani Bułhakow, wbijając w syna nieodgadnione spojrzenie. Obecni mężczyźni (a także chłopcy) wstali, siadając dopiero, kiedy kobieta okrążywszy stół, zajęła swoje miejsce. Po drodze uraczyła Jewgienija krótkim położeniem swojej dłoni na jego ramieniu.
- Pogoda nam dzisiaj sprzyja - powiedziała zerkając krótko w okno.
Ogólnie atmosfera była sucha. Bardzo sucha. Czy to wszystko z powodu nadchodzącego ślubu, czy sama obecność Gieny i Vakela to sprawiła?

Ten drugi na szczęście nie miał jeszcze przyjemności wsadzenia sobie kija od miotły w tyłek, bo wolał powyrywać mugolskie laski.
Ta, z którą właśnie rozmawiał, bardzo ładnie mrugała oczętami na jego słowa, dopóki nie padło pytanie. Pobladła nieco odsuwając się od mężczyzny. Czyżby jednak od razu zrozumiała, o jakim ojcu pan poeta mówi? Inne kucharki słysząc to, bardziej gorączkowo wykonywały swoje aktualne czynności. Mogłaby nastąpić niezręczna cisza, ale ze spiżarni wybyła grubsza i starsza służąca, którą Vakel mógł rozpoznać po dwóch pieprzykach przy prawym oku. Jednak ostatnim razem, jak ją widział, nie miała siwych włosów, a jej twarz nie była pokryta taką ilością zmarszczek. Miała na sobie jakąś ciemną suknię przewiązaną starym fartuchem. Kobieta poczłapała w stronę Bułhakowa i młodszej kucharki.
- Idź ty do spiżarni - poleciła, po czym ukłoniła się lekko przed Vakelem. - Najmocniej proszę o wybaczenie. Są tu nowe, nie zdążyły pana poznać. O pańskim ojcu wiadomo nam tylko tyle, że nie mamy mu szykować śniadania, więc pewnie zjawi się tuż po nim. Posiłek będzie podany już za dziesięć minut, ale bez pośpiechu zdąży pan dotrzeć do jadalni - powiedziała spokojnie, ze spuszczonym wzrokiem.
Myśli o znajdującym się nieopodal dworku postanowił zostawić na inną okazję. Choć z pewnością byłyby ciekawsze od spotkania z rodziną, musiał się właśnie na tym spotkaniu skupić i przyjrzeć uważnie każdemu ze swojego rodzeństwa. Ich minom, gestom. Wszystko, choć pozornie nieznaczące, w tym domu miało wielką wagę i on nie mógł przeoczyć ani jednego drgnięcia powieki któregokolwiek z rodzeństwa. W szczególności jednak, powinien strzec się Mikaela, który dobór dobrej miny do złej gry opanował do perfekcji.
Będąc już w jadalni, choć przywitał się ze wszystkimi, zdawał się ignorować towarzystwo młodszych domowników, którzy zawsze byli dla niego jedynie tłem. Najstarszego z młodszych braci obserwował kątem oka, całą swoją uwagę skupiając na... Jego żonie. Uśmiechnął się do niej szarmancko, pokiwał głową i całkowicie zignorował uwagę Mikaela, który widocznie nie chciał prowadzić konwersacji, którą jednak zaczął ze względu na bardzo dobrze znane im konwenanse.
- Przyznam szczerze, Heidi, że nie spodziewałem się zastać cię w tak wspaniałym nastroju. Życie z kimś, kto nie potrafi nawet odsunąć przed tobą krzesła bywa trudne i niewdzięczne, czyż nie? - Mrugnął do niej, bardzo dobrze wiedząc, że właśnie gra na nerwach najgroźniejszego ze swoich braci. Czym jednak było jego bycie groźnym przy najstarszym z nich? Wszyscy wiedzieli, jak bardzo niepoczytalny bywał Jewgienij, więc kto odważyłby się w ogóle wyciągnąć przeciwko niemu różdżkę, bądź - w sposób zupełnie prostacki i tak podobny do nich wszystkich - podnieść nań rękę?
- Mam nadzieję, że w zamian za te niedogodności otrzymujesz jakąś rekompensatę. Kiedy ostatnio byłaś na zakupach? Zaprosiłbym cię na wspólną wyprawę po sklepach, ale chyba nie mam dzisiaj czasu... Ach, tak! Wielki dzień. Świętujmy wszyscy, skoro to tak ważna okoliczność, że cała rodzina zebrała się przy jednym stole! - Klasnął w dłonie i dopiero po chwili do niego dotarło, że udziela mu się nerwowość atmosfery i przestaje zachowywać się, jak na dziedzica rodu przystało.
Na całe szczęście, nim wywołał większą aferę, do pomieszczenia weszła jego matka, na widok której poderwał się z miejsca. Serce go ścisnęło, choć twarz nie pokazała żadnej emocji. Nienawidził jej i kochał jednocześnie. Była jego mamą, kobietą, która wierzyła w dziecko, ochrzczone mianem charłaka do późna. Broniła go, jak mogła, przed złością i frustracją ojca... Do czasu narodzin kolejnych dzieci. Potem, bardzo szybko i brutalnie przecięła pępowinę, poświęcając czas młodszemu rodzeństwu a jego... Zostawiając samemu sobie.
- Mamo. - Powiedział cicho, głosem na pozór pozbawionym uczuć, choć jego drżenie nie uszłoby uwadze wprawionego ucha. Drgnął, czując na ramieniu jej rękę i nim ją zabrała - pochwycił ją w swoją i ucałował lekko. Dopiero jej pojawienie się w jadalni sprawiło, że poczuł atmosferę domu, który kiedyś opuszczał. Jej zapach, jej twarz - to wszystko było kwintesencją tego miejsca. I teraz brakowało w tym pomieszczeniu jeszcze ojca, by Jewgienij mógł się poczuć, jak jeszcze dwa lata temu. Nim całą ta afera wybuchła, nim musiał pakować się w pośpiechu i wyjeżdżać.
Widząc zmierzającą do swojego stałego miejsca matkę, Gienusza odsunął przed nią krzesło i poczekał, aż usiądzie. Dopiero wtedy samemu zajął miejsce i spojrzał na nią wzrokiem dość nieobecnym i zamilkł na chwilę, co było tak niepodobne do niego.
- Pogoda... Tak. - Mruknął pod nosem, zastanawiając się, gdzie do licha podziewał się Vaksilij. Czemu go tu do cholery jasnej nie było?
Vaksilij był wyjątkowo niezadowolony z tego, że babuszka odpędziła od niego właściwie wszystkie kobiety, zajęte teraz swoimi sprawami. Ten krótki moment bycia w centrum zainteresowania pękł niczym bańka mydlana, pozostawiając go samemu sobie, naprzeciw kobieciny ze spuszczoną głową, jak gdyby faktycznie miał w tym domu coś do powiedzenia. Dzisiejsza maska, którą próbował dzisiaj przywdziać zakazywała mu jednak zachowywania się w sposób wyniosły, a że działał w kompletnym stresie - nie potrafił jej zdjąć. Próbował jak kameleon dostosować się do sytuacji, płosząc się i nie chcąc nastąpić na ogon nawet służce. Służce. Gdzieś mignęły mu dni, kiedy mieszał to stado mugolskich nieudacznic z błotem, ale teraz, skupiając się wyłącznie na obrazie powracającego ojca miał ochotę żałośnie zaszlochać. Nie istniała na świecie osoba, której obawiałby się bardziej niż jego! Jak miał... jak miał zrobić cokolwiek? Przygryzł dolną wargę.
- Doprawdy? Wolałem nastawienie większości kiedy myśleliście, że Jewgienij przywiózł kolegę. Głowa do góry, nawet nie pamiętam jak się nazywasz, a nikt oprócz mnie na ciebie nie patrzy. Swoją drogą, możecie już robić zakłady w tym ile razy pomylę imiona własnych braci. Nawet nie wiem ile z nich urodziło się pod moją nieobecność. - westchnął, przechadzając się po pomieszczeniu, po czym zdał sobie sprawę z tego, że właśnie powiedział coś... okrutnego? Coś, z czego nie powinien żartować i być dumny? Wzruszył ramionami kwitując swoje myśli, wpatrując się dłuższą chwilę w sufit, dając tym samym do zrozumienia, że był tak samo szalony i nieobliczalny jak przed wyjazdem za granicę te dwanaście lat temu. Najprzyjemniejszą stroną tego wszystkiego był dla Vakela fakt, że nie czuł nic. Cieszył się z braku uczuć. Uczucia braku uczuć, bo jakieś uczucia przecież posiadał, prawda?
- Pójdę już, bo widzę jak was zadręczam, ale - tu zwrócił się do pannicy, która zaczepiła go wcześniej, nie mając pojęcia na kogo trafiła. - ty ślicznotko, pamiętaj, że zaproszenie jest cały czas aktualne. Maluję akty.
Nie doczekawszy się owej szklanki mleka, ruszył w stronę jadalni, zatrzymując się wcześniej przy lustrze, by poprawić swój wygląd, żywiąc nadzieję, że nie zajdzie go teraz od tyłu Jewgienij, bo prawdopodobnie by go wyśmiał... a następnie, upewniwszy się, że nie wygląda jak brudny cygan - wszedł do środka.
- Dzień dobry. - przywitał się od razu, po czym zaczął bezczelnie, nie kryjąc się z tym, liczyć młodocianych. Dwie sekundy na policzenie wszystkich dzieciaków, zorientowanie się, czy jest w ogóle dla niego krzesło, rzucenie pogardliwego spojrzenia pani Annie i posłanie oczka Heidi. Z dwóch ostatnich, siłą rzeczy, musiał zrezygnować. Gdzieś, w głębi duszy, słyszał teraz śmiech swojego ukochanego, bo wypisana na twarzy Vakela dezorientacja musiała wyglądać komicznie. Dwanaście lat bez rodzinnych śniadań, których i tak unikał za młodu jak ognia. Czuł się jak idiota. Był idiotą. Cóż, przynajmniej tej jednej rzeczy mógł być w życiu pewien.

- Doprawdy, Jewgieniuju, myślę, że jesteś zbyt krytyczny. Niejedna chciałaby się znaleźć na moim miejscu - posłała mu idealny uśmiech, ściskając przy okazji lekko za dłoń Mikaela spoczywającą na białym obrusie. Na drugą część wypowiedzi Gieny zareagowała tylko spuszczeniem wzroku, wciąż utrzymując na twarzy uprzejmy uśmiech. Jej mąż oddychał dość ciężko, ale uparcie wpatrywał się w obrazy pradziadków wiszące naprzeciwko niego. Starsza część rodzeństwa milczała, młodsi dalej szeptali między sobą, rzucając ukradkowe spojrzenia na Jewgienija.
Kiedy pani Bułhakow była już wśród nich, dała sobie pocałować dłoń. Jak bardzo tęskniła za najstarszym synem? Mogło to być kolejną niewiadomą tego dnia.

Tymczasem u Vakela w kuchni zabawa się skończyła. Staruszka mu nie odpowiedziała. Nie była tu od dzisiaj, wiedziała, że z Bułhakowami lepiej rozmawiać mniej, niż więcej. Ku uldze kucharkom, wybył z pomieszczenia, zostawiając po sobie głuchą ciszę i rumieniec na twarzy jednej z najmłodszych pracownic.
Kiedy przybrał już pozę godną pieczywa, wszedł do jadalni skupiając na sobie wzrok... cóż. Chyba wszystkich. Tylko pani Bułhakow wpatrywała się uparcie w naczynia, które zostały rozstawione dużo wcześniej na stole. Vakel mógł doliczyć się pięciu młodych bułków, jakich widział pierwszy raz w życiu. Pomiędzy dwojgiem z nich znajdowało się wolne krzesełko, zapraszające do siebie cztery litery numerologa. Musiał się pospieszyć z tym zajmowaniem miejsca, bo już po chwili otworzyły się drzwi i najazd zrobiły pokojówki z wózkami. Sprawnie poustawiały na stole półmiski wędlin, serów, gorących kiełbasek, powidła, pieczywo (hoho, kanibalizm) oraz misy z owocami, a także dzbanki z kawą, herbatą i mlekiem. Już po chwili ich nie było, więc mogli zabrać się do spożywania. Oczywiście pierwszy ruch należał do matki, która sięgnęła po najbardziej rumianą bułeczkę (nie chodzi o żadne z dzieci).
Widząc uśmiech bratowe, odpowiedział tym samym. Była ładną kobietą, nic w tym dziwnego - Mikael nie ożeniłby się z kimś, kogo nie można byłoby pokazywać na spotkaniach rodzinnych. Z kimś, kogo musiałby się potem wstydzić. Z resztą, jakże było z każdym innym Bułhakowem? Czyż nie podobnie? Wszyscy mieli ten wewnętrzny zmysł, mówiący im, co można, a czego lepiej nie pokazywać. Co się sprzeda, co będzie dobrze postrzegane. Każdy z nich był na swój sposób chory, ale na pozór wszyscy musieli być idealni.
- Z pewnością nie jedna na twoim miejscu już dawno by uciekła. - Szepnął nachylając się nad stołem w jej stronę i puścił mało dyskretnie oko. - Cieszę się jednak, że - przynajmniej w twoim mniemaniu - niczego ci tu nie brakuje. - Skończył temat i zasiadł, spoglądając kątem oka na matkę. Ile to lat minęło od ostatniego razu, gdy pogłaskała go po głowie? Ile to lat minęło... Ach, Jewgieniju, nie jesteś już małym chłopcem! Czas raz, a porządnie pogodzić się z tym, że już nigdy nie usiądziesz na kolanach mamusi i nie zapłaczesz jej w pierś.
Wszelkie szepty i ukradkowe spojrzenia irytowały go niezmiernie, choć jednocześnie podniecały w ten niezdrowy sposób. Lubił być w centrum uwagi, lubił gdy na niego patrzyli. Uśmiechał się więc szeroko, zupełnie tak, jakby był to najszczęśliwszy dzień jego życia i tylko co jakiś czas piorunował spojrzeniem co młodsze dziecię w rodzinie. Do cholery jasnej, że też Vladimirowi tyle się ich chciało robić. Chociaż, gdyby Giena miał normalne upodobanie z pewnością skończyłby z łańcuchem bachorów równie długim, co jego ojciec.
- No wreszcie. - Powiedział na widok Vakela i o mało nie zadławił się śmiechem. W ostatniej chwili powstrzymał jednak głośne parsknięcie, będące wynikiem spojrzenia na zdezorientowaną minę młodszego brata i odetchnął głęboko.
- Siadaj. Ile można na ciebie czekać. - Powiedział, niby tonem chłodnym i oschłym, a jednak tak innym niż ten, którym zwykł obdarzać Vaksilija lata temu, gdy jeszcze obaj mieszkali w tym domu. - Właśnie rozmawialiśmy o tym, że pogoda nam dzisiaj sprzyja. To cudownie, nie sądzisz? Chociaż przyznam szczerze, obawiam się trochę tego, że maj należy do miesięcy, w których nazwie nie ma litery r. To podobno nie wróży długiego i dobrego małżeństwa. Ale, to pewnie jeden z wielu zabobonów, którymi raczy się mugolskie dziewki, żeby mogły tym sobie tłumaczyć niewierność przyszłych mężów. - Mówiąc to złapał za jedną z bułeczek, oczywiście dopiero po tym jak zrobiła to jego matka i zabrał się za jedzenie.
Czy był zdenerwowany? Skądże.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8