Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Sposoby czarowania - magia werbalna, niewerbalna, bezróżdżkowa i rytualna
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
[Obrazek: tumblr_loa84xk92I1qc3reoo1_500.gif]

Sposoby czarowania


W świecie magii istnieje wiele sposobów czarowania. Jedni używają inkantacji, które należą do formy magii werbalnej. Inne zaklęcia wymagają posiadania pewnych umiejętności, których można nauczyć się przez całe swoje życie. A jeszcze inne potrzebują szeregu zachowań i składników potrzebnych do skończenia rytuału. Tylko skąd wiemy, kiedy w jaki sposób możemy czarować? Właśnie po to powstał ten temat. Postaramy się podać wam tutaj przykłady i objaśnić, jak to wszystko działa.


Magia werbalna


Podstawa, której używają wszyscy czarodzieje. Wymaga (w większości przypadków) posiadania różdżki, wykonania nią odpowiedniego ruchu i wypowiedzenia inkantacji zaklęcia - w dodatku poprawnie, bo każde przejęzyczenie może skończyć się dla rzucającego bardzo źle. Jest to rodzaj magii, którą posługuje się każdy czarodziej odkąd tylko dostanie swoją różdżkę, aż po kres swojego istnienia. Tego sposobu czarowania uczymy się w każdej szkole magii na świecie.

Często zadawane pytanie

Czy zaklęcia czarnomagiczne są zakazane? - oprócz niewybaczalnych - absolutnie nie! Powód, dla którego nie naucza się ich w Hogwarcie jest prosty - niszą one naszą duszę i sprawiają, że stajemy się czarnoksiężnikami. Ma to wpływ na nasz charakter i zachowanie. Czarnoksiężnicy są zimni i wyrachowani, kalkulują wszystko na swoją korzyść, brzydzą się współczuciem i słabością. Używając zaklęć czarnomagicznych sprawiamy więc, że świadomie lub nieświadomie staczamy się na moralne dno i wyzbywamy swojego człowieczeństwa.


Magia niewerbalna


Umiejętność, której może się nauczyć każdy. Wymaga jednak czasu i poświęcenia, przez co nie wszyscy czarodzieje kończą naukę. jest to dosyć spore ułatwienie sprawiające, że nie trzeba wypowiedzieć inkantacji przy próbie rzucenia jakiegoś, znanego przez siebie, zaklęcia.
Rozwinięcie zdolności magia niewerbalna, co umożliwia używanie jej także w pojedynkach czarodziejskich jest dostępne w sklepiku rozwojowym. Jeżeli mistrz gry uzna podanie za wyjątkowo dobre może przyznać rozwinięcie na start i postać nie będzie musiała go wykupować.

Brian Sue [Martwy]
Frederick Crouch
Oliver Fitzgerald [Nieaktywny]
Prudence Grisham (+ rozwinięcie umiejętności)

Kod:
[color=#2d4c47][b]PODANIE O MAGIĘ NIEWERBALNĄ[/b][/color]
[color=#2d4c47][b]Czas nauki:[/b] [/color]
[color=#2d4c47][b]Krótka historia opisująca fragment nauki:[/b][/color]


Magia bezróżdżkowa


Dziedzina magii w tych czasach prawie całkowicie zapomniana. Występuje u małych dzieci, które nie mają jeszcze świadomości tego, co się wokół nich dzieje. Są one wtedy zdolne do przenoszenia różnych przedmiotów, czy dokonywania drobnych zmian za pomocą siły woli. Wraz z dorastaniem zdolność ta zanika całkowicie, jednak przy odpowiednio poprowadzonym treningu można tę umiejętność odtworzyć. Można za jej pomocą np. przesuwać przedmioty, bądź zapalać ogień. Z zaklęciami jest trochę inaczej i zdecydowanie trudniej - najlepsi potrafią tylko czary z zakresu swojej specjalności.
Rozwinięcie zdolności magia bezróżdżkowa, co umożliwia używanie jej także w pojedynkach czarodziejskich jest dostępne w sklepiku rozwojowym.

Jewgienij Bułhakow

Kod:
[color=#2d4c47][b]PODANIE O MAGIĘ BEZRÓŻDŻKOWĄ[/b][/color]
[color=#2d4c47][b]Czas nauki:[/b] [/color]
[color=#2d4c47][b]Krótka historia opisująca fragment nauki:[/b][/color]

Można posiadać zarówno magię bezróżdżkową jak i niewerbalną, ale tylko na jedną z nich możemy napisać podanie. Drugiej należy nauczyć się fabularnie pod okiem Mistrza Gry.


Magia rytualna


Niektóre zaklęcia wymagają od czarodzieja czegoś więcej, poza inkantacją i wrodzonych bądź wyuczonych umiejętności. Jest to tak zwana magia rytualna, w której by doszło do rzucenia czaru potrzeba spełnić kilka określonych warunków, zachowań czy po prostu składników. Wymaga więc ona zdecydowanie więcej wiedzy i poświęcenia.

Rytuał stworzenia horkruksa

By dokonać tego rytuału potrzebna jest nie tylko znajomość zaklęcia Solvite. Potrzebna jest ofiara, a także przedmiot, z którego chce się stworzyć horkruksa. Należy też pamiętać, iż jest to bardzo potężny rytuał i niebezpieczny, którego skutkiem jest rozerwanie duszy i utrata części człowieczeństwa.
Horkruks to przedmiot (np. pierścień, dziennik...), w którym czarnoksiężnik zaklął fragment swojej duszy, dzięki czemu staje się ona nieśmiertelna. Nawet w przypadku zniszczenia jego ciała, czarnoksiężnik może wrócić, ponieważ ukryta cząstka pozostaje na ziemi, nieuszkodzona. Aby stworzyć horkruksa należy dokonać aktu mordu, który rozdziera duszę na części, a następnie umieścić jeden ze strzępów w wybranym naczyniu. Morderstwa zmieniają nas, ale jest to zmiana nieporównywalna do tej, która zachodzi po stworzeniu horkruksa - po tak brutalnym akcie nie tylko wypłukujemy się ze wszelkiej moralności, ale też stajemy mniej ludzcy. Jeżeli inny człowiek zbliży się emocjonalnie do przedmiotu, horkruks może przejąć jego ciało i tym sposobem czarnoksiężnik się odrodzi. Nowe ciało można zapewnić mu również w specjalnym rytuale.

Rytuał wskrzeszenia

Bardzo trudny rytuał wymagający przede wszystkim znajomości zaklęcia Cepa pulmenti, horkruksa z zaklętą w nim duszą, a także ciała, do którego ów skrawek duszy ma zostać przeniesiony. Nie może być ono jednak uszkodzone czy martwe. Ostatnim, niezbędnym składnikiem są kości lub prochy ojca wskrzeszanej osoby. Rytuał ten rani naszą duszę bardziej niż zwykłe morderstwo. Przeprowadzenie obrzędu nie jest skomplikowane - wystarczy jedynie poprawnie rzucić zaklęcie na przedmiot i przenieść duszę do nowego ciała, jednak jego skutki są nieodwracalne dla czarodzieja, który dokonał się tego aktu - nie ma dla niego mowy o powrocie do normalności - poświęcenie czyjegoś życia dla wskrzeszenia innej osoby odciska piętno na naszej duszy.

Transy medialne

Wchodzimy w nie za pomocą kadzideł lub świec do medytacji. Należy wciągać dym aż do pozornej utraty przytomności, skupiając się przy tym na wydarzeniu, do którego chcemy wrócić. Przywołamy w ten sposób obrazy łudząco podobne do tych, które możemy dostrzec w transie jasnowidzenia i generujące ektoplazmę. Aby wejść w trans medialny musimy posiadać przedmiot lub inne wspomnienie związane z danym wydarzeniem. (wymagana genetyka: medium)

Tworzenie imperiusa

Wymagający eksperta w czarnej magii i zaklęcia Inferio rytuał polegający na ożywieniu zwłok zakazany przez Ministerstwo Magii. Utworzone w ten sposób stwory nie posiadają własnej woli - istnieją tylko po to, by spełniać wolę kierującego nimi czarnoksiężnika i były wykorzystywane w mugolskich wojnach. Ożywione zwłoki posiadają pewne słabości: boją się światła i ciepła, jednak nie sprawia to, że stają się bezużyteczne, ponieważ nie czują bólu ani cierpienia oraz są całkowicie odporne na zaklęcie Avada Kedavra (ponieważ już nie żyją), a także na np. utratę krwi.

PROSIMY O WSTRZYMANIE SIĘ Z PUBLIKACJĄ PODAŃ DO OGŁOSZENIA NOWEJ MECHANIKI.
PODANIE O MAGIĘ BEZRÓŻDŻKOWĄ:
Czas nauki: 2 lata do pierwszego efektu, obecnie będzie już z 20 lat
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Czysta krew. Pierworodny syn. Dziedzic rodu Bułhakow. Ten jeden z całego rodzeństwa, który zyskał aż nadto uwagi od ojca i spędzał z nim mnóstwo czasu. Jewgienij, najbardziej z nich wszystkich agresywny i zadufany w sobie, zawsze wychodzący cało z opresji, niczym kot spadający na cztery łapy. To wszystko, wraz z dosyć sporą grupką znajomych w szkole sprawiło, że Giena zawsze był zbyt pewny siebie. Niczego się nie bał (może z wyjątkiem ojca, jednak ten fakt jest w tej chwili nie ważny), zawsze pierwszy do pojedynków i wyśmiewania się z innych. Ani razu nie przeszło mu przez myśl, że wcale nie jest idealny i któregoś dnia po prostu coś mu nie wyjdzie. Nigdy nie spodziewał się, że może przegrać.
Taki dzień jednak nastąpił. Sam nie pamięta już, kiedy to dokładnie było i w jakich okolicznościach. Miał wtedy siedemnaście lat i z tego, co mu się wydaje był środek zimy. Jak zawsze szwendał się ze znajomymi po korytarzach, gdy wpadł na niego jeden z tych kujonów, z których Giena kochał się wyśmiewać. Każdy z nich był łatwym celem, rzadko kiedy któryś umiał się bronić. Wiedział dokładnie, w co uderzać i jak atakować, by bezbronni czarodzieje błagali go o litość, bądź po prostu opuszczali wzrok zawstydzeni.
- Uważaj jak łazisz, Sorokin. – Wysyczał w stronę chłopaka, który wbrew jego oczekiwaniom nie skulił się na sam dźwięk głosu popularnego Gieny. Ba, zamiast przed nim uciekać podniósł nań oczy i wpatrywał się w wytrąconego z równowagi Bułhakowa. Tego było za wiele, Jewgienij nie mógł sobie pozwolić na takie traktowanie, a już na pewno nie na korytarzu. Jego duma i honor żądały pomszczenia. Nie minęła nawet minuta, kiedy dwaj czarodzieje stanęli naprzeciw siebie, by pojedynkować się na czary i zaklęcia.
Zgodnie z oczekiwaniami, przeciwnik radził sobie kiepsko. Cały czas jedynie blokował ataki Gieny, ani razu nie próbując kontry. Jewgienij spodziewał się więc, że wystarczy kilka silniejszych zaklęć i będzie zwyciężcą. W głowie układał już nawet scenariusz, w którym znęca się nad Sorokinem za próbę stawiania się. Wtedy jednak przeciwnik użył jednego, prostego zaklęcia, w którego efekcie różdżka Bułhakowa została wytrącona z jego ręki czyniąc z niego bezbronnego chłopaczka, który nic nie mógł już zrobić. Giena, będący jeszcze w naprawdę sporym szoku, zaczął obrywać zaklęciami chłopaka, który nic nie robił sobie z tego, że jego przeciwnik jest nieuzbrojony. Z resztą, czy zarozumiały Jewgienij kiedykolwiek zwracał na to uwagę? Nie trwało to długo, a poniżony chłopaczyna opadł na kolana nadal nie mogąc wyjść z szoku. Jakim cudem do tego doszło? Nie miał pojęcia, ale jednego był pewien – nigdy więcej nie dopuści do takiej sytuacji. Nigdy więcej nie będzie bezbronny.
Niedługo po tym, gdy jeszcze wspomnienie porażki było w nim żywe i piekło niczym rana otwarta posypana szczyptą soli, Giena dokonał odkrycia. Wiele razy słyszał o czarowaniu bez różdżki, w końcu dzieci bardzo często nieświadomie posługiwały się tym rodzajem magii. W większości przypadków dochodziło jednak do wyciszenia tej umiejętności sprawiając, iż każdy czarodziej potrzebował magicznego patyka do swojego czary-mary. Nie byłoby to więc dla Jewgienija interesujące, gdyby nie fakt, iż dotarła do niego informacja o możliwości użycia tej zdolności przez starszych, rozwiniętych magicznie w świadomy sposób czarodziejów. W tym właśnie momencie Bułhakow zapłonął nadzieją i zainteresowaniem, które doprowadziło go do kilku ksiąg, które studiował z pełnym zaangażowaniem. Nie zdarzało się to często, jednak chęć obrony przed porażką była w nim bardzo silna i gotów był do wszelkiego rodzaju poświęceń.
Samo studiowanie teorii zajęło mu sporo czasu. Dowiedział się, że sztuka ta nie jest wcale łatwa, ani powszechna. Że być może spędzi na nauce wiele lat, zanim będzie w stanie chociażby przesunąć piórko o dwa centymetry. Wyczytał też, że być może nigdy nie uda mu się opanować tej sztuki, gdyż wymagała wrodzonych zdolności. Mimo to, postanowił spróbować. Wmawiał sobie, że jako czarodziej czystej krwi ma większe szanse niż ktokolwiek i od razu zaczął pracować.
Uczył się sam, gdy nikt na niego nie patrzył. Siadał w swoim pokoju, spoglądał na pióro i starał się je przesunąć chociażby o milimetr. Każdego dnia spędzał nad tym przynajmniej dwie godziny i niejednokrotnie miał ochotę zrezygnować. Wymagało to od niego wiele siły woli i determinacji. Za każdym razem jednak, gdy chciał zdezerterować przypominał sobie swoją porażkę i to wszystko, co wtedy czuł. Kierowany właśnie tym uczuciem pracował systematycznie, ani razu sobie nie odpuszczając. Swoje nauki pozostawiał jednak w tajemnicy, nawet przed ojcem, który w tym samym czasie wpajał w niego masę innych rzeczy.
Pierwsze efekty zauważył dopiero po dwóch latach ciągłych treningów. Z początku sądził, że po prostu mu się przywidziało, że to zwyczajne zmęczenie. Wkrótce jednak przekonał się, że pióro naprawdę się poruszyło a on osiągnął swój cel. Zadowolony z postępu podekscytował się jeszcze bardziej i to dodało mu sił do dalszych treningów. Każdego roku uczył się czegoś nowego, przekraczał kolejną granicę swoich umiejętności.
Teraz, kiedy wchodził do pomieszczenia i jednym ruchem ręki potrafił zapalić ogień w kominku był naprawdę dumny z siebie. Prawie trzydzieści lat treningu popłacało, przynajmniej według jego osobistej oceny. Wiedział, że to jeszcze nie koniec i musiał to ćwiczyć cały czas. Mógł jednak przyjąć, że coś udało mu się osiągnąć. Pewien poziom został wbity i nic nie mogło temu zaprzeczyć.

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O MAGIĘ NIEWERBALNĄ
Czas nauki:  5 lat (głównie podstawowe zaklęcia), w sumie niemal 10 lat nauki
Krótka historia opisująca fragment nauki:
1. Wstęp
Brian, pomimo posiadania dość dużej liczby rodzeństwa, nie czuł się jak typowa osoba z wielodzietnej rodziny. Osoby z zewnątrz również zawsze były święcie przekonane, że Sue jest jedynakiem. Zawsze ważny, pyszny, nie liczący się z nikim (kiedy mu się to nie opłacało). Jego starsze siostry zostały wysłane do Instytutu Czarownic w Salem, tak więc dopiero Brian i Jack byli pierwszymi Sue tego pokolenia w Hogwarcie. Mógł tam być, kim tylko chce. Z dala od kontroli rodzicielskiej, z dala od perfekcyjnych sióstr. Miał przy sobie tylko brata bliźniaka. Jakże pięknym był dzień, kiedy oboje dostali się do Slytherinu. Nie byli ze sobą specjalnie związani (już wtedy można było dostrzec wielkie różnice w charakterach obu braci), lecz posiadanie identycznego wyglądu zobowiązywało. Tradycyjne gry "Który z nas to Jack?" były serwowane w szkole cały czas, tak jak inne dowcipy z wykorzystaniem tej, niemal magicznej cechy. Na pierwszym roku udawało im się nawet  nieźle oszukiwać. Na lekcję szedł przygotowany tylko jeden z nich, w razie wyczytania Sue do odpowiedzi, bez względu na imię, wypowiadał się ten wyuczony, a nauczyciele nigdy nie pytali obu z nich. Jednak na początku drugiego roku ktoś dostrzegł ich plany, dlatego profesorowie byli już bardziej ostrożni...
Dzisiaj nikt by nie uwierzył, ale to Jack jest tym starszym bliźniakiem. Za czasów szkolnych zawsze nieco bardziej dominował, chociaż to Brian był autorem większości psikusów. Bracia Sue słynęli z inteligentnych żartów i nietuzinkowych dowcipów, nieczęsto z użyciem wymyślnych magicznych sztuczek tak, że nawet nauczyciele bywali pod wrażeniem i przymykali często oczy, na ich wygłupy.
Wszystko zmieniło się na ostatnim roku. Brian zaczął przykładać się do nauki, właściwie nic poza tym nie robił. Przez tą gwałtowną przemianę został ochrzczony Naczelnym Kujonem Slytherinu. Jack'owi natomiast coś odwaliło i zaczął głosić zupełnie niemagiczne plany na przyszłość, co wśród Ślizgonów spotykało się z kpinami. Jednak odkąd starszemu bliźniakowi w łapy wpadła busola pragnień, ten postanowił zostać piratem, ku wielkiemu zdezorientowaniu rodziny (w szkole nie używał tego słowa na "p", mówił ogólnie o byciu podróżnikiem). Podczas tego ich ostatniego roku, do Hogwartu dołączył najmłodszy Sue. Martin został Krukonem, co do dzisiaj jest wielką tajemnicą. Jak Tiara mogła przydzielić do tego domu osobę, która z książek robiła sobie podnóżki? Na początku było to tylko zabawą, jednak często irytował tym ojca, który nakazywał mu mieć do nich szacunek. W szkole zaś wywoływał tym powszechne oburzenie, kiedy robił tak w pokoju wspólnym. Nikt jednak nie skarżył się nauczycielom, w końcu nie było to nic specjalnie złego, a chłopiec używał własnych książek. Mógł z nimi robić, co chce. Jednak pewnego dnia, opiekun Ravenclawu zaprosił Martina na pogadankę. Skończyło się na odjęciu Krukonom znacznej liczby punktów, i chociaż powodu nikt nie poznał, profesor już nigdy nie odezwał się do młodego Sue. Ulubionym zajęciem chłopca było wylegiwanie się na fotelu z książkami podłożonymi pod nogi. Jedyną dziedziną, jaką szanował publicznie, była czarna magia, przez co często bywał karcony w listach od rodziców (rozniosła się bowiem plotka, że Sue to czarnoksiężnicy).  Matka często prosiła bliźniaków, aby zaopiekowali się Martinem i pomagali mu w nauce. Wierzyła, że jeśli w tym pierwszym roku wskażą mu drogę, później będzie tylko lepiej. Tak więc, pomimo ogromu materiału do nauki, Brian często powtarzał z bratem tematy z lekcji, a ten słuchał go uważniej, niż jakiegokolwiek z nauczycieli. Kiedy tak wykładał mu w różnych ogólnodostępnych miejscach Hogwartu, bywało że jakiś inny pierwszak się dosiadał i przysłuchiwał. Na początku tylko Ślizgoni oraz Krukoni. Później dołączali coraz to odważniejsi Gryfoni, pojawili się także Puchoni. Grupki słuchaczy nie były duże, jednak zawsze skupione na wykładzie. Do Briana zaczęli przychodzić również starsi uczniowie, prosząc o pomoc w nauce, na co często się zgadzał, w końcu w ten sposób również powtarzał materiał. Oddzielony od Jack'a, poczuł w sobie iskrę dominacji. Odkrył w sobie pewien intelekt, który zawsze był w nim (w końcu to on wymyślał znaczną większość bliźniaczych dowcipów), lecz stłumiony starszym rodzeństwem zostawał przez niego niezauważony. Teraz brat stał się dla niego niemal zupełnie obcą osobą, siostry zamieszkały na stałe w Stanach, więc jego świadomość odsunęła je gdzieś na bok. Liczył się tylko on.
- Braciszku, a naucz mnie czarnej magii troszkę - pewnego dnia Martin przymilnie objął Briana, kiedy spotkali się na błoniach Hogwartu. Starszy Sue od razu odmówił. Ojciec nauczył go w te wakacje parę czarnomagicznych zaklęć, ale jaki głupiec uczyłby ich pierwszoklasisty, w dodatku na terenie szkoły. Martin jednak nie dawał za wygraną. Prosił go cały czas, wysyłał codziennie jeden liścik ze swoim życzeniem, czym kompletnie irytował Briana. (Poza tym inni myśleli, że Sue podczas śniadania otrzymuje liściki miłosne i podśmiewali się z niego.) Nie zostało mu nic innego, jak poskarżyć matce.
Tak więc pewnego dnia, kiedy to Brian umówił się z braciszkiem na powtórzenie zagadnień z astronomii, dostrzegł go podchodzącego z wściekłym wyrazem twarzy.
- Ty debilu - syknął Martin. - Po co powiedziałeś matce? PO CO? Zabiję cię, słyszysz? ZABIJĘ.
Brian tylko uniósł wysoko brwi. Doprawdy dziwne to było wydarzenie. Bez słowa podał mu tylko wypracowanie, które tradycyjnie zostało napisane dla niego przez Jack'a, po czym młody odszedł i już go Brian nie widział do końca swojego pobytu w Hogwarcie.
W pierwszy rok, kiedy to bliźniacy postanowili zrobić sobie rok wolnego od wszystkiego, zaczęły spływać do państwa Sue skargi na syna. Bardzo często porównywano w nich Martina do Briana, który to zakończył szkołę wzorowo, pomimo "specyficznego poczucia humoru". Młodszy bliźniak pewnego dnia przypomniał sobie groźbę braciszka. W końcu od tamtego dnia nie mieli ze sobą żadnego kontaktu, nawet w czasie wakacji. Brian doszedł do wniosku, że Martin szczerze go nienawidzi i jeśli w szkole porównują ich do siebie, pogrąża to tylko młodszego Sue. W tajemnicy przed wszystkimi, wypisał swoje spostrzeżenia do dyrektora Hogwartu, prosząc o niewspominanie swojej osoby nigdy i nigdzie. Jego spostrzeżenie było słuszne, bo wraz ze zbliżaniem się końca roku szkolnego, rodzice otrzymywali coraz mniej listów.

2. Poznanie nowej techniki
Wakacje po ukończeniu przez Martina drugiej klasy, spędzili jak zwykle w rodzinnej rezydencji w Stanach. Pewnego dnia Brian, będąc w ukryciu, zobaczył, jak młodszy brat prosi jedną z ciotek o nauczenie go czarnej magii. Ta tylko się zaśmiała i pogłaskała malca po głowie. Był jej ulubionym bratankiem, którego zawsze faworyzowała. Stara cioteczka Marg była pierwszą córką babki Sue. Tak jak wszystkie kobiety w rodzinie była dostojna i jednocześnie dowcipna, lecz wyróżniała się szczególnie darem do magii. Instytut Czarownic ukończyła z wyróżnieniem.
- Nie mogę ciebie tego nauczyć, jeszcze nie. Ale mogę ci pokazać, chcesz?
Martin oczywiście zgodził się z wielkim zapałem. Brian nie mógł uwierzyć. Przecież wystarczy, że ciotka wypowie jakieś zaklęcie, młody je zapamięta i będzie ćwiczył w ukryciu. Miał podejrzenia, że w bibliotece Hogwartu brat wyłapał już podręcznik do OPCM dla starszych klas, gdzie wspomniane były zaklęcia niewybaczalne, których to Martin mógł się uczyć... Na szczęście Brian był świadom ich trudności oraz tego, że młodemu nie uda się rzucić tak silnego zaklęcia. Jednak, gdyby ciotka pokazała mu coś łatwiejszego, to istniało zagrożenie, że mały buntownik się nauczy.
Brian nie wiedział, czy poczuł ulgę, czy zaintrygowanie, kiedy ciotka wyczarowała bukiet kwiatów tylko po to, żeby spalić go po chwili w jakimś tajemniczym fioletowym płomieniu... bez użycia różdżki, czy słów. Po chwili Martin sobie poszedł, zafascynowany tym, co widział. Stojący dotychczas w ukryciu bliźniak Sue, natychmiast podszedł do krewnej.
- Cioteczko kochana, cóż to za sztuczki pokazujesz naszemu młodziakowi?
- Oh, Brianie, chyba wiem, czego ode mnie oczekujesz - zaśmiała się.
- Cioteczko, czyżbyś także czytała w myślach?
- Tego akurat nie potrafię, ale wiem, że to nie fioletowe płomienie wzbudziły w tobie ciekawość. Ojciec przecież nauczył już ciebie podstaw czarnej magii, więc nie jest dla ciebie trudnością ich stworzenie. Interesuje ciebie coś innego. Wybierz więc tylko, czy najpierw chcesz poznać magię niewerbalną, czy bezróżdżkową.
Brian zastanowił się chwilkę. To była ważna decyzja. W końcu nauka może potrwać bardzo długo. Używanie zaklęć bez różdżki wydawało się rozsądnym wyborem, a nawet bardziej niż rozsądnym. Jednak to był Brajanek z rodu Sue. Tutaj inne rzeczy były ważne.
- Niewerbalną - odpowiedział. Nie chodziło tutaj tylko o bajer, bo właściwie obie metody były równie efektowne. Rzucając zaklęcie bez słowa sprawiało, że nikt nie wiedział, co się właściwie stanie, i czy faktycznie jakikolwiek czar został rzucony. Przecież to była perfekcyjna technika dla kogoś takiego jak on.
Ćwiczenia rozpoczął jeszcze tego samego dnia, po obiedzie. Usiadł z ciotką w jednym z salonów, a ta wprowadziła go najpierw w teoretyczne zagadnienia.
- W przypadku magii niewerbalnej niesamowicie ważna jest czystość umysłu. Aby zaklęcie zadziałało, musisz pomyśleć o zaklęciu i tylko o nim. Pamiętaj, żadnych zbędnych myśli. Uważaj też na emocje, zbyt silne, mogą zakłócić działanie - podsumowała swój wykład. - Poćwiczmy najpierw na jakimś bezpieczniejszym zaklęciu. Niech będzie Lumos - ciotka wyciągnęła różdżkę uśmiechając się pod nosem. - Zobacz, Brajanku. Nie wyciągałam jej od kilkudziesięciu lat. Całkiem miłe uczucie, mieć ją znowu w dłoni. Przypomina mi czasy, kiedy to ja byłam taka młoda, jak ty... - ciotka pomimo swoich zdolności, nie została karierowiczką. Postanowiła zostać inkubatorem matką na pełen etat, więc używała tylko zaklęć przydatnych podczas codziennych obowiązków. - Ale zacznijmy. Odpowiedni ruch i wypowiedzenie zaklęcia w myślach.
Koniec różdżki ciotki zabłysnął. Brian wyciągnął swoją. Skupił na niej wzrok, po czym postarał się oczyścić umysł. Machnął lekko patykiem wypowiadając wyraźnie zaklęcie w myślach. I nic. Spróbował jeszcze raz, a potem ponownie. Ciotka przypatrywała się temu w zamyśleniu.
- Spróbuj może najpierw kilka razy wypowiedzieć to zaklęcie normalnie, na głos. Później próbuj coraz ciszej... Przypominają mi się właśnie ćwiczenia, których sama używałam podczas nauki. Oh, pamiętam też, że wiele medytowałam, aby opanować myśli - uśmiechnęła się. - Spróbuj więc najpierw na głos. Skup się na wypowiadanym zaklęciu i na tym, co w danej chwili myślisz, jak się czujesz. Przełóż to później na używanie go bezgłośnie.
Z pomocą ciotki, Brian dalej ćwiczył. Po tygodniu intensywnych ćwiczeń i medytacji, udało mu się lekko rozświetlić koniec różdżki. A może mu się tylko wydawało? Ćwiczył dalej. Stopniowo dokładał sobie kolejne proste zaklęcia, może jakieś inne mu wyjdzie. Domownicy przestali już zwracać uwagę na młodego Sue, który wałęsał się po domu machając różdżką i szepcząc "Lumos, Lumos, Lumos".
Wakacje się kończyły, od września Brian miał zamiar rozpocząć jakąś pracę, jednak wciąż pragnął ćwiczyć nieopanowaną jeszcze technikę. Został więc w Stanach, ciotka zatrudniła go do swojego magicznego sklepiku, w którym jednak zabroniła mu zajmowania się treningiem.
- Brian, trochę za bardzo się przejmujesz. Cenię twój upór, lecz czuję, że twoje emocje za bardzo szaleją. Powinieneś przerwać ćwiczenia na jakiś czas, lecz medytować powinieneś dalej.
Za jej radą, dał sobie spokój z ćwiczeniami. Za dnia pracował w sklepiku, radząc sobie niesamowicie. W wolnych chwilach chodził żartować sobie z Mugoli. Zaś po zachodzie słońca... kładł się na trawie i obserwował gwiazdy. Właściwie dopiero wtedy czuł się naprawdę zrelaksowany, a jego umysł był czysty jak łza. Pewnego dnia dostrzegła to również ciotka, kiedy szła z kocem dla chłopaka. W końcu robiło się już zimno o tej porze.
- Brian, czy wiesz, że gdy wpatrujesz się w niebo, jesteś naprawdę spokojny?
Sue zdziwił się. Sam właściwie nigdy tego nie dostrzegł. Po prostu było mu wtedy dobrze i tyle.
- Spróbuj teraz - szepnęła ciotka.
Brian wyciągnął różdżkę, cały czas leżąc, i machnął nią.
Lumos.
Różdżka zaświeciła się blaskiem, jakby sama była jedną z gwiazd.
Od tego czasu Brian ponowił swoje treningi. Była już zima, więc niezdrowe było leżenie na trawie po zmroku. Jednak w ciepłym płaszczu udawało mu się przespacerować ćwicząc magię niewerbalną. Najprostsze zaklęcia użytkowe powoli zaczęły mu wychodzić, ciotka zaproponowała mu również te transmutacyjne.
Czary tego gatunku od zawsze najlepiej wychodziły rodzinie Sue. Szczególnie, że chyba wszyscy mieli w różdżkach włos wili, znany z upodobania sobie tego typu zaklęć. Tak więc nim Brian użył w niewerbalny sposób zaklęcia Draconifors, minął okrągły rok. Ożywiony smoczek, jednak już po chwili zamieniał się na powrót w posążek.
Dumny z siebie, łaził po domu i tylko straszył swojego młodszego braciszka, który to spędzał właśnie bożonarodzeniową przerwę w głównej kwaterze rodzinnej. Martin z groźnego buntownika zmienił się w nihilistycznego dzieciaka, który całe dnie spędzał na czytaniu traktów filozoficznych. Tylko na wejścia Briana do pomieszczenia, reagował rzuceniem mu spojrzenia pełnego nienawiści. A wtedy starszy Sue gwałtownie machał na niego różdżką z dzikim uśmiechem, na co ten reagował gwałtownym odskoczeniem i osłonięciem się książką. Bo teraz nie było wiadomo, kiedy ten debil Brian nie rzuci jakimś zaklęciem. Raz nawet pokusił się o rzucenie w braciszka wężem z Serpensortia, za co oberwał wałkiem w głowę od przechodzącej właśnie ciotki. Oberwało się mu też wtedy od matki, która opuściła Stany wcześniej, aby spotkać się z jakimiś dalekimi krewnymi.

Kochany Brianie,
Wiem jak wiele radości sprawia Tobie przyswojenie magii niewerbalnej, lecz proszę o nie traktowanie zaklęciami swojego młodszego brata.
Twoja matka


Listowna uwaga od matki była największą karą, jaka spotykała dzieci w rodzinie Sue, lecz wbrew pozorom była wystarczająca (zazwyczaj). Brian pozostał więc na samym straszeniu Martina różdżką, którego nikt mu nie udowodni, bo robił to bardzo sugestywnie.
Tak sugestywnie, że chłopiec dostał traumę na samo machanie różdżką.
Nadeszła kolej na zaklęcia ofensywne i defensywne.

3. Opanowywanie szerszego zakresu czarów

Szanowny Bracie
Zwijaj manatki i rusz swój tyłek do domu babki, bo nie mam z kim ćwiczyć zaklęć.
Twój kochany braciszek Brian


Jack pojawił się oczywiście, ku radości rodziny. Właściwie nie wiadomo było, czemu zdecydował pojawić się dopiero teraz, a święta sobie odpuścił.
- Byłem na wyprawie w poszukiwaniu skarbów, ale nie mów tego nikomu - wyznał pewnego dnia Brianowi z szalonym błyskiem oku. Młodszy bliźniak nie wiedział, czy mu wierzyć, więc po prostu to zignorował.
Za dnia Brian pracował dalej w sklepiku ciotki, popołudniami pojedynkował się z bratem. Po pół roku takich zabaw, był już znudzony. Jeśli już udało mu się rzucić niewerbalnie jakieś zaklęcie, brat niemal zawsze obrywał, bo nie zdążył spostrzec, kiedy to w końcu jakiś czar faktycznie leciał w jego stronę. W dodatku Jack praktycznie nie atakował, więc młodszy bliźniak nie miał okazji dobrze przećwiczyć defensywy. Trwało to jakiś czas, mijały kolejne miesiące. Rodzinie się jednak podobał ten czas, w końcu Jack był w domu.
Rzucanie zaklęć ofensywnych zaczęło wychodzić Brianowi coraz lepiej. W końcu starszy bliźniak się trochę rozruszał i mógł z lekkim sumieniem oddawać ataki,  przez co braciszek miał w końcu okazję opanować czary defensywne. Minął jakiś rok, kiedy to pojedynkowanie się straciło sens. Brianowi udawało się pokonać pana pirata w dwóch-trzech ruchach, chociaż za to można też winić ślamazarność Jack'a. Te pozorne sukcesy nie sprawiały mu przyjemności. Wbrew przeciwnie - nudziły go.
- To jest bez sensu - powiedział, a wtedy w jego stronę poleciał wąż. Brian, przerażony na całego, już wiedział, jak musiał czuć się Martin. Lecz nie tylko strach w nim zagościł. Rzucił się na Jack'a dając upust złości w rękoczynach.
- Ty mendo, czemu ukrywałeś, że umiesz niewerbalną!
- Bo nie pytałeś - Jack dusił się ze śmiechu robiąc uniki od ciosów braciszka.
Brian zgarnął opadnięte kosmyki włosów z czoła i tym razem walczyli jak równy z równym. Właściwie nie można było stwierdzić, który z nich był lepszy. Brian miał większy repertuar zaklęć, lecz te Jack'a były silniejsze, chociaż oczywiście pojedynek nie był tak dynamiczny, jak być mógł. W końcu nie byli jeszcze mistrzami w sztuce niewerbalnej i często stali tylko w miejscu czekając, aż któremuś z nich w końcu uda się atak. Starszemu z nich wychodziło to lepiej. Brian miał również okazję na przećwiczenie jedynego zaklęcia leczniczego, jakie znał, chociaż w ostateczności załatwiali to werbalnie. Ich zabawy niestety się skończyły, kiedy zostali odesłani na dywanik do babki Sue, za spalenia lasu Szatańską Pożogą.
- Głupie dzieci, jeszcze nalotu ministerstwa mi tu brakuje - skwitowała całe zajście Mary pokasłując, jednak kiedy wyszli, usłyszeli jej śmiech. No tak, typowo.
Całe zajście oczywiście zwalili na przypadek. Na szczęście było sucho, więc las faktycznie mógł się zapalić od każdej porcji ognia. Nikt nie dociekał, który z braci to zrobił, wiadomo było, że będą zwalać na siebie nawzajem. Tylko ciotka była pewna, że to Jack. Brian nie był jeszcze gotowy na niewerbalne używanie czarnomagicznych zaklęć.
- Skąd ty to w ogóle umiesz - spytał go Brian, kiedy razem obserwowali gwiazdy w jeden z pierwszych wiosennych dni.
- Się podróżowało, to się umie - Jack wzruszył ramionami. No tak, w końcu jest piratem i kurna se pływa. - A matula mi napisała, że ćwiczysz, więc pomyślałem, że no fajnie by było z tobą to trenować.
- Co ty właściwie robisz... jak ciebie nie ma?
- Świat jest pełen niewyjaśnionych tajemnic, braciszku...
- A konkretniej?
- Tylko nie mów nikomu... - Jack spojrzał ostrożnie na brata. Jednak wiedział, że może mu ufać, jak nikomu. - Słyszałeś o insygniach śmierci?
- I ty ich szukasz?
- Trochę tak... a trochę nie. Spotkałem się z legendami mówiącymi o podobnych przedmiotach i innych magicznych miejscach. Ale najważniejsza jest... PRZYGODA.
Brian odsunął się gwałtownie od brata, który niebezpiecznie się do niego przybliżył, patrząc na niego z niesamowitym wytrzeszczem oczu.
- Ogarnij się lepiej.
- A ty co robisz?
- Pracuję u ciotki Marg w sklepie.
- Oh... Trochę mało ambitnie jak na ciebie, nie uważasz?
Brian wzruszył ramionami. W rodzinie Sue od mężczyzn nie wymagano ambicji. Mieli być po prostu posłuszni i wierni rodzinie, pracy już niekoniecznie. Jednak Brianowi doskwierała czasami taka pustka. Niby miał zajęcie, miał gdzie mieszkać, co zjeść... ale co z tego?

4. Treningi zawsze i wszędzie
Kolejne tygodnie były dla niego nieco dynamiczne. Postanowił wrócić do Londynu. Już po pierwszych powiewach brytyjskiego powietrza, nie mógł uwierzyć, że tak długo był w tych cholernych Stanach. Znalazł pracę w ekskluzywnym sklepie z wyrobami rzemieślniczymi. Otwarty był on również dla Mugoli (dopiero po wypowiedzeniu hasła, pracownik zabierał klienta na magiczne zaplecze), więc Brian był w swoim żywiole. Obdarzał niemagicznych swoim wyrachowanym poczuciem humoru tak, że oni nie byli niczego świadomi, a reszta pracujących musiała się ukrywać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Brianowi rozkwitło też życie towarzyskie, stał się stałym bywalcem wszelkich imprez, zapraszano go również na prywatne przyjęcia. Każdy chciał mieć u siebie takiego eleganckiego i dowcipnego Sue. Nasza dusza towarzystwa spotykała się zazwyczaj z pozytywnym odbiorem, jedynie jedna z pracownic Madame Malkin miała do niego jakąś awersję, ale to można pominąć.
Mijały miesiące. Brianowi żyło się cudownie, jak wracał pamięcią do czasów w Stanach to chciało mu się płakać, jak bardzo ubogie życie tam prowadził. Magię niewerbalną ćwiczył cały czas, podczas udoskonalania swoich obecnych zaklęć wymyślił jedno bardzo przydatne w jego pracy, którego nie pokazywał współpracownikom, tylko otworzył własny sklep w magicznym rejonie. Wtedy to już w ogóle jego kariera nabrała obrotów. Pracując tylko dla czarodziejów, czystokrwiści rasiści zaczęli go uznawać na arenie towarzyskiej. Mimo wszystko błędnie był brany miłośnika sztuki, kiedy to stukał różdżką w obraz, uważnie się mu przypatrując. Co prawda wiedzę na ten temat zdobył, ale niewerbalne użycie Veritas Artis sprawiało, że nigdy się nie mylił co do autora arcydzieła. Nawet podczas przyjęć w domach, gospodarze wypytywali go o autentyczność posiadanych dzieł sztuki. A on zawsze rozwiewał ich wątpliwości. Za darmo.
Taki był ten Brian.
A kiedy cioteczka Marg przyjechała go odwiedzić, chciała zobaczyć jak mu wychodzi zaklęcie Obliviate, które jest niezmiernie trudne, nawet w magii werbalnej.
- Usuń mi, kochaniutki, wspomnienie paszteciku, jakim mnie Blackówna wczoraj poczęstowała - popukała się z uśmiechem w głowę. Brian spojrzał na nią, jakby była jakaś nienormalna.
Zwariowała.
- Ależ ciotuniu, to zaklęcie chyba jest zbyt trudne, jak na moje umiejętności.
- Nie martw się, i tak niewiele mam do zapamiętania, wiele szkód nie zrobisz. Dalej. Skup się i do dzieła!
Brian wyciągnął różdżkę niepewnie. Musi oczyścić umysł... Jak ma oczyścić, skoro ciotka mu coś takiego zleciła!?
- Nie mogę - opuścił ręce.
- Bardzo dobrze, bardzo dobrze, Brajanku. Jestem pod wrażeniem - cioteczka się uśmiechnęła, a Brian wyglądał na tak bardzo zdezorientowanego, jak nigdy. - Bałam się, że czujesz się z tą umiejętnością zbyt pewnie. Na szczęście byłam w błędzie. Rozsądek. Rozsądek, Brianie!  Nie zapominaj o tym! Oraz o konieczności ćwiczenia. Nawet, jeśli pozostaniesz tylko przy codziennych czarach, od czasu do czasu rzuć sobie jakieś mocniejsze zaklęcie dla wprawy. Ta umiejętność może zaniknąć nagle całkowicie, więc ćwicz cały czas.
- Dobrze, ciociu.
- Tylko tym razem nie spal lasu.
- ...ciociu...

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O MAGIĘ NIEWERBALNĄ
Czas nauki: 3 miesiące pod surowym okiem ojca, 4 lata samodzielnego trenowania. Praktykuje tą sztukę do dzisiaj.
Krótka historia opisująca fragment nauki:
- Jeszcze raz! – Powiedział Robert poważnym tonem w kierunku do Olivera. Młody jeszcze Fitzgerald - bo zaledwie skończył 17 lat – postanowił przystąpić na warunki Roberta, jego ojca. Miał się uczyć pod jego surowym i bezwzględnym okiem, żeby być lepszym, potężniejszym, i przydatniejszym. – Powiedziałem, jeszcze raz. – Ponownie skierował słowa w kierunku syna wyciągając ku niemu różdżkę. Jedno było pewne, pojedynkowali się na brzegu jeziora w dość upalny dzień lipca, gdzieś w okolicach Richmond w USA. Oliver klęczał na piasku ciężko oddychając. Był zmęczony, spocony i obolały. Już dobijało – a raczej dopiero – południe. Zaczęli walkę o szóstej rano, więc sami oceńcie czy to długo czy nie. Dla młodego Fitzgeralda za długo.
- Daj mi chwilę odpocząć. – Odezwał się Oliver podnosząc głowę i spoglądając na ojca, cały czas ciężko oddychając.
- Przeciwnik nie da Ci „odpocząć”, załatwi Cię przy każdej nadarzającej się okazji, dlatego wstań i walcz o swoje życie! – Widać było, że Robert traci cierpliwość. Nie był tutaj dla przyjemności, a raczej z obowiązku jaki nakładała rodzina Fitzgerald na edukowanie swoich członków. Ostry i zażarty trening to podstawa do zdobycia siły potrzebnej do obrony swojego domu.
Oliver w końcu wstał i spojrzał prosto w oczy swojego ojca. Nie mógł odczytać jego myśli, intencji, czy chociażby uczuć. Była tylko pustka i obojętność. Nagle młodzieniec zamachnął się różdżką i pomyślał – Drętwota! – celując w ojca. Niestety… nic się nie wydarzyło. Robert rozpoznał po ruchach syna co próbował zrobić, dlatego nie był mu dłużny.
- Broń się! – Krzyknął tylko, rzucając w myślach zaklęcie. W jego przypadku wszystko poszło jak powinno. – Protego! –  Oliver ponownie spróbował się obronić używając zaklęcia niewerbalnego, z tym samym, miernym skutkiem. Po otrzymaniu zaklęciem prosto w twarz, odleciał na jakieś trzy metry do tyłu lądując na piasku. Ojciec się tylko skrzywił, widząc jak beznadziejny jest jego syn.
- Jesteśmy tutaj od prawie sześciu godzin, a ty jedyne co robisz to wpieprzasz piach. Weź się w garść bo nic z tego nie będzie. Po co do mnie przyszedłeś jak najwyraźniej nie jesteś gotowy na naukę. Niczego Ciebie nie nauczyli w Hogwarcie? Beznadzieja. Odpowiedz mi na jedno, bardzo ważne pytanie. Dlaczego chcesz nauczyć się magii niewerbalnej? Chcesz komuś zaimponować? Jesteś już tak leniwy, że nie chce ci się wypowiadać zaklęć? Co tobą kieruje? – Robił mu wywód cały czas stojąc niewzruszony. Oliver wstał powoli, a na jego twarzy można było zobaczyć wkurzenie i zestresowanie. Bardzo wielu rzeczy nauczył się chodząc do Hogwartu i ojciec zdenerwował go mówiąc, że gówno umie. Stanął znowu prosto zastanawiając się chwilę co powinien powiedzieć. Po co mu była magia niewerbalna? Nie miał zamiaru walczyć, czy też łapać czarnoksiężników. Chciał komuś zaimponować? Raczej nie, ponieważ do tego miał kilka innych ciekawych sztuczek.
- Chce się rozwijać. Wiem, że jak uda mi się opanować magię niewerbalną, będę mógł cały czas iść do przodu. Być może ta sztuka przyda mi się sama w sobie później, ale chce nauczyć się trudniejszych, bardziej skomplikowanych zaklęć, a do nich potrzebuje całkowitej kontroli jaką daje ta magia. Dlatego też proszę Cię ojcze, naucz mnie jak z niej korzystać. – Odpowiedział całkowicie poważnie cały czas wpatrując się w Roberta. Na jakieś dziesięć sekund zapadła cisza. Fitzgeraldowie wpatrywali się w siebie nie mówiąc nic więcej. Starszy głęboko westchnął i przymrużył lekko oczy. Oliver wiedział, że gdy jego ojciec tak robi, to oznacza zgodę choć jest niepocieszony. Nagle Robert zamachnął różdżką i ponownie zaatakował. Oliver instynktownie pomyślał – Protego! – lecz nie zdążył nawet otworzyć ust do wypowiedzenia inkantacji. Stało się coś czego młody się nie spodziewał. Udało mu się rzucić zaklęcie nie wypowiadając jego nazwy. Najprawdopodobniej teraz by skakał z radości, lecz adrenalina i szok na to mu nie pozwalały. Robert ciągle był niewzruszony, ani też nie zaskoczony.
- Widzę że jesteś podobny do mnie nie tylko z twarzy. Twoim głównym przełącznikiem był szok, nagły skok adrenaliny. Dobrze. Będę Cię uczył. Zostaniesz w domu przez całe wakacje, później sam będziesz musiał doszlifować swoje umiejętności. Chodź, wracamy na obiad.

***

Kolejne lata nauki mijały dość spokojnie. Wiedział już co ma robić, jakie błędy popełniał i kiedy wykorzystywać tą magię. Wcale jej nie nadużywał, ponieważ było trudniej ze skomplikowanymi zaklęciami. Zaczynał od prostych zaklęć takich jak Lumos, Nox i tym podobne. Starał się zdobyć pełną kontrolę umysłu. Po tych łatwych zaklęciach, przyszedł czas na trudniejsze, które nie zawsze wychodziły. Pełną kontrolę osiągnął po czterech latach ćwiczeń, lecz praktykuje tą sztukę do dziś.

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O MAGIĘ NIEWERBALNĄ
Czas nauki: Od 9 roku życia do wyjazdu do Hogwartu w domu rodzinnym, a potem również przez okres pobytu w szkole samodzielnie, jaki i na zajęciach, aż po dzień dzisiejszy z przymusu wynikającego z kalectwa.
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Pierwszy rok nauki małej Prudence był beznadziejną serią porażek. Mało kto oczekuje od dziecka umiejętności, która wymaga nie tylko wrodzonych zdolności magicznych, ale i ogromnego samozaparcia i determinacji. W dodatku mało który maluch potrafi wytrzymać w skupieniu wystarczająco długo, a co dopiero nad czymś, co jest tak wyczerpujące i w jej przypadku bezowocne. Podczas każdych zajęć spoglądała nerwowo na zegar stojący nieopodal jej stanowiska "lekcyjnego". Czasami miała ochotę się na niego poważnie obrazić mimo tego, że był zaledwie nieożywionym przedmiotem. Przecież jego wskazówki nie mogą przyspieszyć na zawołanie. Będąc jednak dzieckiem niewiele sobie z tego robiła. Uczono ją dla jej własnego dobra. Nie mogła pójść do Hogwartu bez znajomości sztuki niewerbalnego czarowania, ponieważ nie dałaby sobie rady z nauką praktycznie żadnego przedmiotu. Byłaby zerem już na starcie i to bez możliwości robienia jakichkolwiek postępów. Tym samym dlatego wtedy tak siadała. Przy solidnym, drewnianym stole, dawano jej różdżkę do ręki i zaczynali.
10 800 sekund do końca tej lekcji.
Ten schemat powtarzał się wielokrotnie, dzień w dzień, ale czas upływał i wreszcie stanęła twarzą w twarz z okrutną prawdą. Nie było już dwóch lat. Został tylko jeden jedyny, miała ostatnią szansę. Jeden jedyny i spotka ludzi w swoim wieku. Młodzież, nauczycieli, będzie mogła biegać po zamku, odkrywać. Mogła kochać rodziców najbardziej na świecie (bowiem jakie dziecko tego nie czyni?), ale chciała wtedy tej wolności. Ale jeśli się nie nauczy to nigdy nie będzie jej miała.
- Skup się dziś, moje dziecko. Mamy coraz mniej czasu. - Niski i wymagający głos ojca, który ciągle już na samym starcie ją upomina choć wcale nie musiał tego robić, pojawiał się zawsze. To taki schemat tego spotkania.  Dziesięciolatka miała przed sobą świecę. Zadanie było banalnie proste - zapalić ją. Incendio to całkiem łatwe słowo, zadanie wręcz idiotycznie łatwe, a... nic nie działało. Dzieciaki nie uczą się tego tak wcześnie. Nikt nie próbuje wymuszać, bo po co? Ona jednak nie należała do normalnych dzieci i musiała tego dokonać. Wszystko albo nic. On też czuł tą presje i nie miał powoli sił na ćwiczenie z dziewczynką. W końcu normalni uczniowie zajmują się tym na VI roku, a ona nawet nie jest na pierwszym! Ręka jej drżała. Powtarzała, powtarzała, powtarzała i powtarzała w kółko w kółko i w kółko...
Ten sam ruch dłoni. Tak samo trzymając różdżkę. Usilnie powtarzając jedno słowo w swojej głowie. I świeca, jak się nie zapalała, tak dalej nie płonęła.

Pół roku później...

Machała tą swoją mizerną rączką.
I powtarzała słowo.
I nie liczyła już sekund, których nie mogła określić.
Ale to wszystko wydawało się bezsensowne.
Chciała tylko zapalić głupią świecę!
Chciała i to bardzo.
- Nie zapłonie, nie pojedziesz do Hogwartu - CO? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! To się nie mogło wydarzyć. Nie po tak długim czasie przygotowań. I już przestała tylko "chcieć" zapalić świecę. Musiała ją zapalić i postanowiła, że tak się stanie. Już żadne głupie wskazówki nie zaprzątały jej głowy. Nie myślała o tym, że "powinna zapalić świecę", a o tym, że to zrobi. Machnęła znowu różdżką, wpatrywała się w knot i wiedziała, że ją zapali.
Incendio - powiedziane w jej głowie raz, a dobrze wystarczyło.
Świeca zapłonęła. Ani ona, ani ojciec nie wierzyli w to, co widzą.
Na reszcie - westchnęła w duchu.

Kolejne 10 miesięcy później...

Gdy tylko weszła do sali od Zaklęć zaczęła się uśmiechać sama do siebie. Czuła, że to będzie jedna z tych lepszych lekcji. Wystarczyło, że zobaczyła, co leży na ławkach.
- Dziś moi drodzy zajmiemy się zaklęciem Incendio. Służy ono do wyczarowania ognia. Sądzę, że domyślacie się, co macie robić. Przed wami stoją świecę. Musicie je zapalić w ten sposób - W tej chwili nauczyciel wykonał tak znany dziewczynie ruch ręką, a potem dzieciaki zaczęły bezmyślnie machać różdżkami, jakby toczyły wojnę na patyki. Nie skupiały się zbytnio. Prudence wiedziała, że to jest jej dzień. Ten jeden w którym może się wychylić dla własnej przyjemności. Pokazać, że coś potrafi.
Zostawiła gdzieś daleko klasowy szum, czuła jakby siedziała znowu przy znanym sobie domowym stole. Spojrzała na knot i rzuciła zaklęcie z wyuczoną po wielu miesiącach koncentracją.
Świeca natychmiast zapłonęła.

ZAAKCEPTOWANE + ZA ŁADNE PODANIE NA START OTRZYMUJESZ ROZWINIĘCIE UMIEJĘTNOŚCI
PODANIE O MAGIĘ NIEWERBALNĄ
Czas nauki: samo przyswojenie - od czwartego roku nauki w Durmstrangu przez pół roku
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Durmstrang od zawsze istniał w świadomości czarodziejów jako szkoła, która jako jedyna spośród wszystkich placówek edukujących młode pokolenie ludzi magicznych, przygotowywała swoich uczniów głównie do bojowego wykorzystywania przyswojonej w trakcie studiów wiedzy. Nic więc dziwnego, że na pierwszej lekcji pojedynków w klasie czwartej profesor Vaylerouth powitał ich tymi słowy:
- Witajcie, drodzy uczniowie. Dobrze widać was całych po przerwie letniej. Teraz jednak przejdźmy do istoty dzisiejszych zajęć. Cały ten semestr poświęcimy na najważniejszy - podkreślenie tego słowa spotęgowało uniesienie różdżki nad krzaczastą białą czuprynę wąsatego staruszka - aspekt nauki pojedynkowania się.
W tym momencie profesor wskazał różdżką na świecę w kącie sali. W dokładnie tej samej sekundzie jej knot zapłonął niewielkim ogniem.
- Magia niewerbalna - profesor syknął złowieszczo, jakby sam był podniecony efektem swojego czaru.
- Jak możecie się domyślić, jest to wyjątkowo trudna do opanowania umiejętność, dlatego też jej naukę rozpoczniemy dopiero w tym roku, kiedy mamy stuprocentową pewność, że każdy z was wie już, którym końcem różdżki należy czarować - zaśmiał się, wtórując wspaniałości własnemu żartu.
- Do rzeczy jednak, do rzeczy. Co nam da magia niewerbalna? Czas. To, jak prędko opanujecie kolejne zaklęcia na tym poziomie będzie determinować ilość czasu waszego życia podczas rzeczywistego starcia z rzeczywistym przeciwnikiem, którego ostatecznym zaklęciem ofensywnym nie zawsze będą galaretowate nogi. Poza tym: zaklęcia, których uczę was w tej sali nauczane są w Hogwarcie, Salem, Beauxbatons i tak dalej. To znaczy, że każdy czarodziej na całym świecie posiada dokładnie ten sam zestaw czarów bazowych, co wy. Każdy czarodziej najprawdopodobniej wszystkie je pamięta, zna ich następstwa i adekwatne przeciwzaklęcia. Wobec tego stanu rzeczy, wskazanie różdżką przeciwnika nie da mu absolutnie żadnych informacji odnośnie waszych zamiarów, dopóki nie da o sobie znać ostatnie stadium rzucania zaklęcia, czyli...?
- Efekt możliwy do zmysłowego zarejestrowania! - zgłosił się jeden z kujonów z lewej strony katedry.
Pan profesor pokiwał jedynie głową i przystąpił do rzeczy:
- W porządku, tyle teorii. Od dziś do końca semestru podczas naszych lekcji zaklęć przeważać będą ćwiczenia magii niewerbalnej. Wszelkie listy nowych zaklęć będziecie musieli przyswajać poza zajęciami, w czasie wolnym. A teraz do rzeczy - różdżka wycelowana w uczniów sprawiła, że ławki same powędrowały pod ściany, a na środku pomieszczenia uformowało się koło z krzeseł, na których siedzieli wryci studenci, którzy chyba nie do końca rozumieli, co się stało.
- Żeby zrozumieć dokładne funkcjonowanie magii niewerbalnej, musicie zacząć od czegoś, czym nie zrobicie sobie krzywdy. Mógłbym tu stać i deklamować wam przez kolejną godzinę, jak przebiegają procesy rzucania czarów bez inkantacji, lecz wam ta wiedza nie jest do niczego teraz potrzebna. Zgłębicie ją prawdopodobnie na ostatnim roku.
Po tych słowach profesor wskazał różdżką na szafę z lewej strony tablicy. Roztwarła się, a z jej środka wypłynęły nieduże kuleczki, które powędrowały od razu pod strop i zawisły ciasnym kołem nad uczniami.
- Waszym zadaniem jest przywołać do siebie jak największą ilość kulek. Obłożyłem je takim zaklęciem, że raz rzucone na nie accio sprawia, iż przestaną unosić się nad waszymi głowami. Ale uwaga! Musicie ce-lo-wać! Zaklęcie wyrzucone w eter może nie dać żadnego efektu, albo przyciągnąć tak dużo kulek, że nie bedziecie w stanie ich złapać. W tym drugim przypadku osoba, która doprowadziła do czegoś takiego, będzie musiała oddać te, które zdążyła zgromadzić. Podobnie, w przypadku, gdy usłyszę inkantowanie zaklęć. Osoby, które zbiorą największą ilość kulek dostaną ocenę P. No! Do roboty![/b]
Frederick zacisnął palce na różdżce i zerknął nad siebie. Wyciągnął nieśmiało rękę w kierunku jadowicie zielonej kulki, po czym ugryzł się w język, przyłapując się na próbie wypowiedzenia formuły zaklęcia. Jak się okazało, magia niewerbalna była trudna choćby pod względem wyzbywania się starych nawyków czarowania.
- Accio! - jakaś dziewczyna nie zdążyła się powstrzymać.
- Źle, panno Veslova - profesor pokręcił głową i krótkim skinięciem różdżki kazał powędrować jej kulkom z powrotem pod strop.
Wtedy Fred zorientował się, że większość uczniów ma obok swojego krzesła przynajmniej jedną kulkę. No, może poza małymi wyjątkami, ale jednak.
Wskazał inną kulkę, błękitną. Nie powiedział accio, ale i nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz. I ponowny. Za czwartym kulka w końcu wylądowała w jego dłoni. Błękitny kolor okazał się być w tej chwili najpiękniejszym na świecie.
Pozostali uczniowie mieli coraz więcej kulek, należało przyspieszyć swoje działania. Kolejne powędrowały pod strop - ktoś próbował wymówić formułę szeptem, bagatelizując słuch starawego profesora.
Mniej więcej w połowie lekcji najwięcej kulek miał Frederick i jego kolega z ławki - Alexander. Wiedli prym w klasie, jeśli chodzi o rzucanie zaklęć, lecz wszyscy myśleli, że skoro nie trzeba będzie zapamiętywać kolejnych formułek, dwóch najlepszych pojedynkowiczów w klasie odejdzie w cień na rzecz kogoś innego. Wcale nie. Kolejne kulki wędrowały na ich kolana z coraz to większą prędkością. Podczas gdy jedni zrzucali na siebie lawiny, oni wyłapywali pojedyncze kulki i ugruntowywali swoje piątki na koniec zajęć.
Gdy rozbrzmiał dzwonek, pan profesor zaklaskał.
- Koniec! Wystarczy tego dobrego! Panowie Crouch i Raslov, wszyscy się chyba zgodzimy, że nie trzeba rachować waszych zdobyczy, żeby zauważyć, że to wam należą się oceny. Bardzo ładnie, ale nie przyzwyczajajcie się zanadto! Accio to jedno z prostszych zaklęć, jutro zaczniemy zabawę z prawdziwym pojedynkiem, a mniej więcej w połowie semestru wyznaczę niektóre osoby do dodatkowego bloku zajęć, które poprowadzimy sobie w formie koła, na którym najlepsi z was poznają niewerbalną transmutację - kiedy Frederick wychodził z klasy przez bardzo długi czas zastawiał się, czy pan profesor na pewno mrugnął do niego i do Saszy przy wypowiadaniu tych słów.

Obecny Minister Magii często wraca do tego wspomnienia. Do tego, a także tych z czasów, kiedy sam nauczał pojedynkowania się w Durmstrangu. Już w wieku szkolnym nie było wobec niego żadnych zarzutów ze strony profesora od zaklęć. Frederick potrafił niewerbalnie inkantować wszystkie zaklęcia z podstawy programowej, a także znaczną część tych, które poza nią wykraczały. Jako pan profesor nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek niedociągnięcia w rzucaniu zaklęć bez wypowiadania formuł, do tego potrzebny był mu egzamin, sprawdzający kompetencje w tym zakresie. Obecnie może i pan Crouch nie wdaje się w pojedynki tak często, jak kiedyś, ale nie stracił smykałki do magii niewerbalnej, co można zaobserwować chociażby w kłótniach małżeńskich...

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O MAGIĘ BEZRÓŻDŻKOWĄ
Czas nauki: Od mniej więcej 4 roku życia, po świadome rozpoczęcie nauki mniej więcej w okresie 8 roku życia, aż po dziś dzień - czyli całość zajęła mniej więcej 32-33 lata i wciąż trwa.
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Przychodzimy na ten świat bezbronni, by potem zyskać najpotężniejsza broń realnego i widzialnego świata. Magię. Pozwala ona manipulować rzeczywistością, tworzyć lub niszczyć. I to nie jest wcale tak, że potrzeba do tego różdżki. Młodzi czarodzieje panują nad tym, choć nie robią tego do końca świadomie, czego doskonałym przykładem był mały Ash.
Rodzice nie raz, nie dwa przyłapywali go na tym, że manipulował rzeczywistością, wprawiał w ruch rzeczy, których nawet nie dotknął ręką.  Z przyjemnością patrzyli na czterolatka, który w powietrzu układał drewniane klocki, które jego rodzicom udało się kupić na jednym z arabskich targów, gdy byli w bardziej zaludnionych rejonach Afryki.
Zdolności te nie słabły, ani nie znikały z wiekiem. Silniejsze emocje ze strony młodego czarodzieja skutkowały destrukcją lub tworzeniem się nowych rzeczy.  I choć było to na swój sposób niebezpieczne, nie uczono go wtedy jeszcze nad tym panować, w końcu była to magia znana każdemu magicznemu dziecku, która w dużej mierze nie zależała od samego dziecka, a od uczuć i emocji, które nim targały.
Na poważnie magii bezróżdżkowej Ash zaczął się uczyć dopiero w szkole. Tam, jak powszechnie wiadomo trafiały się wyjątkowe dzieci, które od samego początku nie potrzebowały różdżki, by dokonywać rzeczy niezwykłych, a co za tym idzie, nie przymuszano do korzystania z różdżek na zajęciach, chociaż zaklęć ich uczono. Ash oczywiście posiadał różdżkę, zadbali w sumie o to jego rodzice, ale nigdy jej faktycznie nie potrzebował. O czym się w sumie przekonał bardzo szybko w szkole.
Ash siedział na ZuiK(Zaklęcia, Uroki i Klątwy) i nieco się nudził, powtarzając razem z całą klasą po raz chyba sześćdziesiąty wymowę jednego z zaklęć. W końcu jednak miało dojść do tej ciekawszej części, a mianowicie do samego rzucenia zaklęcia. Pojedynczo podchodzili do roślinki i mieli rzucić zaklęcie, które sprawi, że wzrośnie. Wydawało się to banalnie proste, choć niektóre z dzieci miało z tym niejakie problemy. Ośmioletni Ash obserwował ich zmagania ze swojej ławki. Zwykle ostatni się do takich rzeczy zgłaszał. Lubił po prostu obserwować efekty działań innych dzieciaków, w końcu… to nic trudnego. Rzeczy, których się uczyli na co dzień, a jednak jednej dziewczynce nie szło.
Roślinka nie chciała za żadne skarby urosnąć, chociaż murzynka rzucała zaklęcie w odpowiedniej intonacji, nawet różdżką machała. Ash spojrzał na swoją różdżkę, wiedział, że jeśli ją uniesie, będzie widać, że pomógł dziewczynie. A tego robić nie mogli, czarodzieje musieli polegać tylko i wyłącznie na swoich zdolnościach. Właśnie dlatego zdecydował się nie dotykać różdżki.
-Herbivicus – szepnął i po prostu skierował na roślinę dłoń. Oczyma wyobraźni widział, jak roślina rośnie, jak staje się z każdą chwilą większa, co ciekawe to samo miało miejsce w rzeczywistości. Roślinka faktycznie zaczęła rosnąć, co niezmiernie ucieszyło dziewczynkę, która od dłuższej chwili próbowała skłonić do tego kwiatka.
Ashowi wydawało się, że udało mu się to zrobić niezauważenie, ale nie była to do końca prawda. Po zajęciach podszedł do niego nauczyciel. Najpierw zapytał, czemu pomógł koleżance, a gdy dowiedział się, że młody Sargen nie miał nic złego na myśli i chciał po prostu uszczęśliwić koleżankę z klasy, puścił mu to płazem, a także zadał drugie pytanie: czy chce się uczyć magii bezróżdżkowej.

Odpowiedź była oczywista.
Od ósmego roku życia, Ash faktycznie uczył się czarować bez użycia różdżki. Nie była to prosta sztuka, właściwie należałoby powiedzieć, że była ona diabelnie trudna, bo choć zaklęcia dużo pomagały, to trzeba było jeszcze dokładnie wiedzieć, co dane zaklęcie robi, tak by użycie go faktycznie dało zamierzony efekt. Co zabawne, nie zawsze tak było, czasami… zaklęcie wychodziło zupełnie inaczej niż miało, co kończyło się dla samego Asha lądowaniem w skrzydle szpitalnym.
Choć uczył się długo magii bezróżdżkowej, nigdy nie używał jej przeciwko innym czarodziejom. Dlaczego? Uważał to za niesprawiedliwą przewagę, która nie powinna mieć miejsca. Choć w szkole, w której co druga lub trzecia osoba nie używa różdżki, trudno mówić o tym, by ta magia była faktyczną przewagą. Niektórzy jednak wykorzystywali ją do złych rzeczy, a to jak wiadomo nie wszystkim się podobało. Pewnego razu grupka nowych dzieci podglądała treningi starszych uczniów.
Nie spodobało się to starszym dzieciakom, a dokładniej jednemu z nich. Moe miał w przyszłości zostać duchowym przywódcą plemienia swojego ojca, ale nie należał do osób zrównoważonych psychicznie czy chociażby nadających się na przewodzenie komukolwiek. To właśnie jemu nie spodobał się fakt, że młodsze dzieci obserwują ćwiczenia. Ashowi to nie przeszkadzało, a nawet należał do tych osób, które próbowały załagodzić „konflikt”. Nie skończyło się to dobrze, bowiem w pewnym momencie wyzwany został na pojedynek.
Nie pozostało mu nic innego, jak stanąć w obronie siedmiolatków i po prostu przyjąć wyzwanie. Pojedynek magiczny, na różdżki. Nic w sumie prostszego. Gdyby nie fakt, że jego towarzysz oszukiwał. Zaklęciami wcale nie starał się uderzyć Asha, tylko dzieci. Straszył je i ogólnie… nie wyglądało to za ciekawie. Zwłaszcza, że w którymś momencie wytrącił młodemu Sargenowi różdżkę, następne zaklęcie Moe skierowane było w dzieci, choć pojedynek zakończony został raptem chwilę temu. Gdyby nie przewaga Asha, a także szybka jego reakcja, ciężko powiedzieć, co by miało miejsce – choć nie byłoby to nic dobrego. Stworzenie tarczy, dla dzieci, a także wybicie przeciwnikowi różdżki, którą mimo wszystko potrzebował do czarowania. A także późniejsze zaprowadzenie delikwenta do dyrektora.

Od tamtego wydarzenia, piętnastoletni Ash nie uważał już magi bezróżdżkowej za coś, dającego przewagę. Ona dawała coś całkiem innego, możliwość ochronienia siebie i tych, którzy nie zawsze będą w stanie się ochronić. I właśnie dlatego kontynuował uczenie się, choć nie raz i nie dwa miał ochotę rzucić to w diabły, skupić się tylko na różdżce, której… wbrew pozorom wcale nie potrzebował. Magia była w nim, była mu posłuszna, potrafił uczynić swą wolę realną, bez pośrednictwa różdżki. Uczył się tego, by móc bronić siebie, ale także bliskich mu ludzi, tych którzy nie mogą się obronić. I choć wydawała się czymś naturalnym, czymś oczywistym, to nie była wcale łatwa. W końcu gdy jest się dzieckiem, wyobrażenie sobie czegoś, ubranie tego w słowa, nie jest trudne, z czasem jednak wyobraźnia, a także zdolność skupienia woli na jednej rzeczy słabnie. Trzeba to wciąż i wciąż ćwiczyć, co Ash robił z prawdziwą przyjemnością, ale też nigdy nie nadużywał tej sztuki.

ZAAKCEPTOWANE