Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Sposoby magicznego transportu
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
[Obrazek: harry-potter-and-the-origin-theory-of-si...559293.gif]

Sposoby magicznego transportu


MIOTŁY, AKCESORIA DO MIOTEŁ, MAGICZNE DYWANY, ROWERY, MOTOCYKLE: Do zakupienia w magicznych środkach lokomocji.


Latające auta


Istnieją, ale jest to kosztowna zachcianka. Samochody posiadają obecnie niektórzy pracownicy Ministerstwa, którzy potrzebują ich do wykonywania swojego zawodu. Na ten moment nie da się ich nabyć fabularnie.


Teleportacja


Jedna z magicznych sztuk transportu. W skrócie polega ona na znikaniu i pojawianiu się w zupełnie innym miejscu przy użyciu siły woli. Jest to bardzo trudna sztuka, a błędy w jej wykonaniu mają katastrofalne skutki. Teleportacja jest najszybszą magiczną metodą dotarcia z jego do drugiego punktu, jednak z uwagi na trudność w opanowaniu sztuki lub po prostu braku sympatii do tego środka transportu wielu czarodziejów wybiera miotły, świstokliki czy też proszek Fiuu. Niektóre miejsca mają specjalne zabezpieczenia przez możliwością aportowania się lub deportowania się z uwagi na bezpieczeństwo (np. szkoły czarodziejskie, czy więzienia).
Sposób nabycia: Zakupienie w sklepiku rozwojowym lub napisanie podania.

Martin Sue


Kod:
[color=#2d4c47][b]PODANIE O APORTACJĘ/DEPORTACJĘ[/b][/color]
[color=#2d4c47][b]Czas nauki:[/b] [/color]
[color=#2d4c47][b]Krótka historia opisująca fragment nauki:[/b][/color]


Sieć fiuu


Jest to sieć łącząca ze sobą wybrane kominki w Wielkiej Brytanii. Miejsce można zarówno zabezpieczyć przed tym środkiem transportu, jak i zgłosić do Ministerstwa chęć uczynienia ze swojego kominka jednego z łączników. Aby skorzystać z sieci fiuu wchodzimy do kominka, rzucamy proszkiem fiuu w ziemię i wypowiadamy nazwę miejsca, do którego chcemy się udać. Sieci fiuu można użyć jako magicznego telefonu - wsadzając w płomienie samą głowę możemy nawiązać kontakt z osobą po drugiej stronie, chociaż klęczenie na podłodze przez cały okres rozmowy nie należy raczej do najprzyjemniejszych doświadczeń.
Sposób nabycia: Każdy czarodziej na naszym forum może korzystać z sieci fiuu za darmo, jednak należy pamiętać, że każde skorzystanie z niej jest odnotowywane przez Ministerstwo Magii.


Latająca ławka


Ławka, na którą zostało rzucone zaklęcie, dzięki czemu potrafi latać. Używane zgodnie z przeznaczeniem są bezpieczne choć zdecydowanie nie polecane osobom z problemami i bólami szyi, a także kobietom w ciąży. Mają własną wolę, dlatego też posługiwanie się nimi może być niebezpieczne, jeżeli nie przestrzega się instrukcji.
Sposób nabycia: Należy rzucić na ławkę specjalne zaklęcie lub skorzystać z już istniejącej.


Miganie


Umiejętność będąca słabszą wersją aportacji. Polega na szybkim przeniesieniu się z miejsca na miejsce, w odległość oddaloną od czarodzieja o maksymalnie kilka metrów poprzez "mignięcie". Miganie pozostawia po sobie czarną smugę, która ujawnia tor lotu używającego. Można zastosować umiejętność, by przedostać się w położone wysoko miejsce, do amortyzacji upadku lub uniknięcia zaklęcia.
Do dwóch użyć na post, z dwupostową przerwą.

Morrigan Black
Ururu Marquez


Kod:
[color=#2d4c47][b]PODANIE O MIGANIE[/b][/color]
[color=#2d4c47][b]Czas nauki:[/b] [/color]
[color=#2d4c47][b]Krótka historia opisująca fragment nauki:[/b][/color]


PROSIMY O WSTRZYMANIE SIĘ Z PUBLIKACJĄ PODAŃ DO OGŁOSZENIA NOWEJ MECHANIKI.
PODANIE O MIGANIE
Czas nauki: Kilka miesięcy
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Głośne tupanie rozległo się po dworku Potockich, kiedy naburmuszona Morrigan wchodziła wieczorem po schodach, wracając do pokoju na koniec pracowitego, intensywnego dnia. Majowa przerwa przed egzaminami nie rozpoczęła się najlepiej. Nie dość, że Nils był lepszy w przemianie w zwierzę, to jeszcze dziś nie udało jej się wygrać ani jednego wyścigu! Usta ściągnięte miała w wąską linię, dłonie zaciśnięte w pięści, a między jej brwiami pojawiła się marsowa zmarszczka. Była co najmniej poirytowana. Znalazła drzwi do swojego pokoju i pchnęła je mocno z sapnięciem gniewu. Już miała rzucić się na łóżko, gdy w rogu pokoju dostrzegła siedzącą na fotelu znajomą postać.
- Mama? - rzuciła zaskoczona, a jej mina natychmiast z rozgniewanego zmieniła wyraz na zdziwiony. Uniosła wyżej brwi i zamrugała kilka razy. Kobieta podniosła wzrok znad książki i uśmiechnęła się lekko.
- Dobry wieczór, córeczko - odparła i miękkim ruchem dłoni wskazała dziewczynie drugi fotel. Ta posłusznie usiadła na wskazanym miejscu i znów wlepiła zdezorientowane spojrzenie w matkę.
- Co tu robisz? - wykrztusiła w końcu. Nie sądziła, że zobaczy ją tu jeszcze kiedyś. Wiedziała, że obie miały duże problemy z tym, by choćby swobodnie patrzeć na dwór, w którym niegdyś mieszkały. Był symbolem utraconego szczęścia.
- Pomyślałam, że cię odwiedzę - odpowiedziała, odkładając książkę na bok. - Jak ci minął dzień?
Morrigan przygryzła wnętrze policzka i spuściła wzrok. Więc mama tęskniła. Zrobiło jej się głupio, że w całym tym ferworze rywalizacji niemal zupełnie zapomniała o potrzebie odczuwania obecności rodzicielki. Jednak ta refleksja szybko przywołała skojarzenie z wydarzeniami dnia dzisiejszego, co natychmiast wróciło jej nadąsanie.
- Dobrze - odburknęła, zaciskając dłonie mocniej na rąbku sukienki.
- Marcjanno.
Nieznoszący sprzeciwu, twardy głos jej matki sprawił, że niemal mogła usłyszeć jej minę. Jedną uniesioną brew, poważne oczy, w których czaiła się wyraźna nuta zatroskania i usta z lekko podniesionym jednym kącikiem. Gdy wróciła do niej spojrzeniem, właśnie taki wyraz zastała na twarzy matki. Westchnęła. Nie było czego ukrywać. Nie wiedziała, skąd u niej ta niechęć przed zbytnim otwieraniem się. Rzadko kiedy rozmawiała z kimkolwiek o swoich problemach, ale gdy już dzieliła się nimi z matką, zawsze dostawała przynajmniej dobre słowo i zrozumienie. Mimo to wciąż miała kłopot z uzewnętrznianiem się. Może to przez to, że to ojciec zawsze był jej powiernikiem? A kiedy go zabrakło, nie chciała przyprawiać matce więcej zmartwień. Teraz jednak musiała coś powiedzieć. Już było za późno, by ukrywać cokolwiek, zwłaszcza tak trywialne sprawy.
- Wiesz... - zaczęła, nawijając sobie jasny kosmyk włosów na palec. - Strasznie frustruje mnie to, że w niczym nie jestem lepsza niż chłopcy - mruknęła zawstydzona. Było jej niezwykle głupio, że to jej największy problem. Niemożność bycia najlepszym. Zwłaszcza, kiedy myślała o tych wszystkich, dla których wyzwaniem było bycie przeciętnym, albo na zawsze skazani byli na ostatnie miejsce. Powinna mieć większe zmartwienia.
W odpowiedzi usłyszała cichy śmiech swojej matki. Podniosła głowę zdziwiona. Mama rzadko kiedy się śmiała, od śmierci ojca. Serce Morrigan się zacisnęło lekko. Miło było jej widzieć poprawę, nawet dopiero po tylu latach.
- Co zamierzasz z tym zrobić?
Dziewczyna zastanowiła się chwilę, nie spuszczając spojrzenia z kobiety. Przygryzła lekko wargę.
- Jeszcze nie wiem - odparła zgodnie z prawdą, wzruszając lekko ramionami. - Raczej nie przegonię ich wyraźnie w niczym, co wszyscy umiemy. Zwłaszcza, że są starsi - skrzywiła się. - Musiałabym umieć coś zupełnie nowego... A jeśli bym się chciała czegoś uczyć, to takiego efektownego i szybkiego, żebym już w święta mogła ich zaskoczyć.
Uśmiechnęła się mimowolnie na samą myśl.
- Co powiesz na teleportację? - zapytała jej matka. Oczy Morrigan zalśniły. Szybko jednak pojawiły się wątpliwości.
- Teleportacji uczy się bardzo długo. - odparła. - I nie jest to coś, co mogłabym ćwiczyć bez niczyjego nadzoru. Poza tym, wydaje mi się, że przynajmniej jeden z nich już to potrafi...
Kiedy uświadomiła sobie, że ten pomysł nie wypali, jej nastrój opadł znacząco. Cóż, a tak liczyła na kilka lekcji z matką.
- Wiem. - Powiedziała nagle kobieta, łapiąc córkę delikatnie za rękę. - Coś prostego i efektownego, tak?
Morrigan pokiwała powoli głową i wstała, kiedy matka pociągnęła ją delikatnie. Podążyła za nią korytarzami posiadłości i wyszły do sadu. Tam pani Black wyczarowała kilka lśniących kul, które zaczęły unosić się wokół nich i oświetliły otoczenie mętnym, niebieskawym blaskiem.
- Patrz uważnie - rzekła do córki i sekundę później zniknęła w kłębie czarnego dymu, który śmignął dwa metry dalej. Dziewczynie zaparło dech w piersiach.
- I jak? - usłyszała nagle, gdy jej matka pojawiła się w innym miejscu.
- Czy to... Miganie? - niemalże wyszeptała w podekscytowaniu, a kobieta pokiwała głową z lekkim uśmiechem. Następnie mignęła tuż koło córki, owiewając ją czarnymi smugami.
- Teleportowałaś się ze mną już kilkanaście razy, więc jeśli chodzi o samopoczucie, myślę, że nawet nie zauważysz żadnego dyskomfortu - rzekła, przyjmując swój rzeczowy, nauczycielski ton. Serce dziewczyny zabiło mocniej. Jak dawno matka niczego jej nie uczyła.
- Teraz trochę teorii, choć prawie na pewno wszystko już wiesz. Podstawą teleportacji jest zasada ce - wu en i tak samo tutaj. Udane przeniesienie składa się zatem z trzech kroków - celu, woli i namysłu. Na początku każdy z tych etapów na pewno będzie zajmował ci zbyt dużo czasu, by całość była efektywna, jednak ćwiczenie czyni mistrza - rozpoczęła swój wywód. - Podczas migania, podobnie jak przy teleportacji, można się rozszczepić, dlatego przynajmniej na początku nauki potrzebny jest czarodziej, który pomoże ustabilizować przeniesienie. Jednak w przeciwieństwie do aportacji, ponieważ jest to jej słabsza, uproszczona wersja, bardzo szybko można zrezygnować z różdżki - w końcu nie potrzeba aż tyle mocy do wykonania manewru, toteż nie trzeba żadnego przedmiotu ją skupiającego.
Morrigan słuchała uważnie, zwłaszcza tej części wywodu matki traktującej o samym wykonaniu manewru. O tym, co krok po kroku należy zrobić. Odetchnęła głęboko, gdy matka wykonała gest oznajmiający zezwolenie na rozpoczęcie i wyciągnęła różdżkę. Jej celem była najbliższa jabłoń. Skupiła się mocno, zbierając siłę swojej woli. Na każdy krok, zgodnie z zaleceniami matki poświęciła przynajmniej pół minuty. W końcu przeszła do namysłu. Różdżka zadrżała jej w dłoni i zanim osunęła się w nicość, kątem oka dostrzegła jeszcze tylko, że końcówka różdżki matki zalśniła blado. Następną rzeczą był już tylko twardy pień, o który uderzyła czołem i szorstka kora drapiąca jej nos.
Jęknęła głośno, kiedy poczuła krew spływającą jej powoli na wargę i brodę.
- Nieźle, jak na pierwszy raz - usłyszała, a potem jedno machnięcie dłonią jej matki zahamowało krwawienie. - Nie rozszczepiłaś się. Powinnaś była jednak cały czas myśleć o celu. Nie rozpraszaj się.
- Dobrze się czujesz? - zapytała, odsunąwszy się dwa kroki od córki. Morrigan pokiwała głową. Nie wirowało jej w głowie, nie było jej niedobrze jak za pierwszym razem, kiedy się teleportowała.
- W takim razie kontynuujmy - uśmiechnęła się kobieta i przygotowała swoją różdżkę.

Pani Black została w posiadłości Potockich do końca przerwy. Ćwiczyły wieczorami, bardzo intensywnie. Morrigan miała wrażenie, że działa to dobrze również na jej matkę. Cieszyło ją, że dni, w których próbuje nauczyć ją jak najwięcej, przekazać całą swoją wiedzę, wracają. Po powrocie do szkoły trenowała pod okiem nauczyciela zaklęć i uroków, a w wakacje, w tajemnicy przed chłopakami, pomagał jej wuj. Nauka nie sprawiała jej większych trudności, miganie było wszak sztuką znacznie od aportacji i deportacji łatwiejszą, a zatem nie trzeba było poświęcać na nie aż tyle czasu i wysiłku. Już w połowie lipca umiała przenosić się z asekuracją bez różdżki, a pod koniec sierpnia była gotowa do zaprezentowania migania swoim rywalom. Do dziś ich zaskoczone miny pod głębokim wrażeniem wywołują w niej poczucie satysfakcji i tryumfu.

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O MIGANIE
Czas nauki: kilka miesięcy
Krótka historia opisująca fragment nauki:

Ururu od zawsze poszukiwał różnych najciekawszych zastosowań magii. Właściwie to pomijał większość zaklęć banalnych, typu na mycie naczyń, gdyż szkoda mu było czasu, aby opanować takowe. W końcu naczynia może umyć i bez pomocy magii, więc to bez sensu dla niego. Lubił czary, dla których zbytnio nie było alternatywy. Lubił też, kiedy coś było efektowne. Dlatego upodobał sobie od razu deportację. Jednak wiedział, że to jest trudne i nie było szansy, aby sam się tego nauczył. Poza tym będzie miał to na kursie w Hogwarcie, więc może sobie odpuścić. Pewnego dnia znalazł coś idealnego dla siebie. Miganie. Taka szczątkowa deportacja. Istne cudeńko i bajer. Powiecie: ale przemieszczanie się ma różne alternatywy. To prawda. Umycie naczyń zaklęciem jest też pewnie znacznie szybsze i wygodniejsze, niż tradycyjne, jednak tak na prawdę nie ma żadnego porównania z miganiem. Od umycia naczyń prawie nigdy nic nie zależy. Natomiast szybkie przemieszczenie się jest na wagę złota. A takie krótkie migania z bajeranckimi smugami za sobą... To jest magia, którą Ururu uwielbia.
Tak więc owego dnia, rozpoczął naukę migania. Książka w przystępny sposób opisywała, jak się do tego zabrać. Pomocne także były notatki zapisane ołówkiem na marginesach. Używane książki to niebo, chłopak nie wyobrażał sobie kupować nowych. Jednak niepokoiła go pewna rzecz, a mianowicie... rozszczepienie. Przeczytał uważnie instrukcję kilka razy, lecz wciąż miał pewne obawy przed rozpoczęciem ćwiczeń praktycznych. Musiałby kogoś poprosić o pomoc... tylko kogo. Były ferie zimowe, niemalże wszyscy wyjechali do domów. Wybór ograniczał się właściwie do nielicznych jednostek, które pozostały. I do nauczycieli. Ale oni odpadali. Wstał z łóżka, zgarnął ze sobą książkę zakładając stronę o miganiu palcem, po czym obszedł całe dormitorium Ślizgonów. Bezskutecznie. W pokoju wspólnym napotkał tylko kilku rówieśników i młodszych. Tacy to nie pomogą. Ruszył więc dalej, a osoby, które mijał, rzucały mu zaintrygowane i rozbawione spojrzenia. Wyglądał właściwie, jakby panicznie szukał zakładki do książki po całym Hogwarcie.
- Pan Marquez? W czymś pomóc? - spytał jeden z nauczycieli, którego Ururu pospiesznie minął, nawet nie dostrzegając. Jego pełna skupienia twarz wykrywała tylko potencjalnych trenerów migania, resztę olewał. Ale głos profesora ściągnął go na ziemię. Zatrzymał się, po czym odwrócił. Jakby obudził się ze snu.
- Dzień dobry, panie profesorze - powiedział, po czym znów miał zamiar ruszyć w swój szaleńczy chód, lecz nauczyciel zdążył podejść do chłopaka. Położył mu dłoń na ramieniu dając znać, że chce z nim porozmawiać i nie ma mu uciekać. Spojrzał na książkę, którą ten trzymał z palcem między kartkami.
- Szukamy zakładki? - spytał profesor z uśmiechem. Nieprzytomny Ururu posłał mu równie nieprzytomne spojrzenie.
- Nie - odpowiedział po chwili. Nauczyciel się roześmiał, poklepał go trochę po ramieniu i zostawił w spokoju. Ururu Marquez od zawsze go bawił. Zawsze taki nieobecny, ale jednocześnie bardzo miły chłopak i żądny wiedzy.
Szarowłosy wpadł do sowiarni.
- Nie - powiedział automatycznie do siebie, nie widząc nikogo, lecz po chwili dostrzegł postać siedzącą na parapecie i trzymającą na ręce jakiegoś ptaka. Ów osobnik zwrócił swoje spojrzenie na Ururu.
- Kogoś szukasz - uśmiechnął się nieznacznie.
- Jestem ciekaw, czy potrafiłbyś mi pomóc - Ururu szybkim krokiem znalazł się obok kogoś, kto okazał się jego "kolegą". Po prostu kiedyś rozmawiali... Ów chłopcem był Ślizgon o imieniu Murycy, kryptonim "Mamoru". Tak jak Ururu upodobał sobie stawonogi, jednak jego wybór padł na skorupiaki. Miał chorą obsesję na punkcie raków. Czasami nosił czerwone swetry co nie podobało się jego współplemieńcom... Wiadomo, czerwony to kolor Gryfonów, a oni się ze Ślizgonami nie lubili.
Czarnowłosy wziął w ręce książkę Ururu i szybko rzucił okiem.
- Miganie, powiadasz... Tak, mogę cię nauczyć - odpowiedział dokładnie wiedząc, o co chodzi młodszemu koledze. Na twarzy Ururu zagościł standardowy uśmiech. Już nie wyglądał jak zombie, ale wciąż można było go opisać jako obłąkanego. Oczy mu błysnęły, ale po chwili musiał odgonić się od sówki Mamoru, która nieumiejętnie wleciała mu w twarz.
- Wybacz, czasami zapomina jak się lata - wyjaśnił czarnowłosy. Następnie bardziej wnikliwie przejrzał zawartość tekstu o miganiu, wraz z notatkami. - Bardzo dobry opis. Rozumiem, że teorię już bardzo dobrze znasz...
Ururu pośpiesznie kiwnął głową.
- Przemieszczanie ciała na niewielkie odległości, któremu towarzyszy efekt w postaci czarnej smugi ukazującej tor "lotu". Trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie chce się pojawić, intensywnie się skupić...
- Dobrze, czyli znasz. Teleportowałeś się już kiedyś w jakikolwiek sposób? - spytał Mamoru.
- Nie jestem pewien. To bardzo możliwe, ale nie byłem wtedy świadomy... - powiedział szarowłosy starając się uniknąć szczegółowych wyjaśnień. Takie tam, ciotka mnie teleportowała z jakiejś celi, czy czegoś, ale w sumie nie wiem, może mnie wiozła miotłą. Cudowności. Mamoru jednak nie wnikał tylko kiwnął z uśmiechem głową.
- Mam nadzieję, że masz mocny żołądek - odłożył książkę na bok.
No tak. Ururu wiedział, że takie magiczne przemieszczanie się bywa nieprzyjemne przy pierwszych razach. Starszy kolega wstał. Położył delikatnie rękę na jego ramieniu.
- Bądź dzielny - zacisnął dłoń mocniej wbijając spojrzenie w Ururu. Chłopaka już właściwie trochę ścisnęło w żołądku. W końcu to miał być jego pierwszy raz... Przynajmniej pierwszy świadomy. Nie miał pojęcia jak to będzie, jak zareaguje... Zacisnął mocno oczy czekając na najgorsze.
- Już - usłyszał. W tej samej chwili poczuł lekkie zawroty głowy i mdłości. Złapał się odruchowo Mamoru, żeby nie upaść, a ten podtrzymał go. - I jak?
- Nie jest źle - szarowłosy szybko oddychał. Żołądeczek wirował. - To teraz ja spróbuję - rozejrzał się po pomieszczeniu znajdując sobie dogodny cel.
- Tylko pamiętaj, powolutku, spokojnie, przeanalizuj całą trasę, dopiero potem możesz pozwolić sobie na szybkie śmignięcie - powiedział Mamoru.
Ururu więc wyciągnął różdżkę, skupił się, przeleciał wzrokiem każdy centymetr znajdującego się przed nim miejsca, po czym pragnąc pojawić się przy przeciwległej ścianie... No nic się nie stało. Drugi raz. Skupienie na poziomie milion.... I nic.
Rzucił Mamoru spojrzenie, jakby chciał oddać jego nauki do reklamacji.
- Jak sobie wyobrażasz miganie? - spytał starszy kolega.
- Zamieniam się w kulę energii i przemieszczam się do ściany, po czym materializuję...
- Hm... Właściwie to dobry sposób - zastanowił się. - Może spróbuj wyobrazić sobie, że szybko biegasz.
Ciekawe. Ururu więc znów skupił się na ścianie. Szybko biegać, co? Tak szybko, mega szybko, hiper szybko... BEZ OGRANICZEŃ. I śmignął. Tak śmignął, że rozwalił sobie nos i z szoku od razu upadł na ziemię.
- Przepraszam, powinienem powiedzieć, że nie powinno się przy ćwiczeniach celować  w miejsca w pobliżu niebezpiecznych obiektów - Mamoru roześmiał się uprzejmie, po czym kucnął przy koledze, aby prostym zaklęciem naprawić jego piękny nosek. To czemu nie powiedziałeś, pomyślał Ururu. Ale zaraz potem wpadł na odpowiedź mając przed sobą logo Slytherinu widniejące dumnie na piersi kolegi. Kretyn, pomyślał znowu. W końcu nie znał Mamoru od dzisiaj, miał go w swoich aktach w głowie pod zakładką "Typowi Ślizgoni".
Ćwiczyli więc dalej. Tym razem nie obierał za cel przedściania, tylko kawałek przed. Przez kilka dni Mamoru uczynnie uczył młodszego kolegi sztuki migania i sukcesywnie leczył jego ranki. Po zakończeniu ferii Ururu awansował - mógł migać na schody. Oczywiście od teraz obrażenia stały się coraz bardziej bolesne, a jego miłość do zaklęć leczących wzrosła. Kolega pewnego dnia podał mu przed rozpoczęciem ćwiczeń eliksir, który uśmierzał ból. Na początku Ururu bał się wypić, ale w końcu zaryzykował. Było warto. Nie czuł ani jednego stłuczenia, jednak oczywiście wszystko na bieżąco było leczone.
Pewnego dnia mieli gościa. Co prawda przenieśli się z sowiarni do jednej z pustych klas, ale i tam nie mogli liczyć na stuprocentową prywatność.
- Czy to pan Marquez? - profesor zerknął do sali, w której przed chwilą zniknął właściciel szarej czupryny. Mężczyzna wszedł do środka widząc Ururu. - No, panie Marquez, niech mi pan zdradzi sekret tego fantastycznego ułożenia włosów.
Chłopak zbity z tropu spojrzał na nauczyciela i pomacał swoje puchate włosy.
- A jakoś tak - wyjaśnił. Nigdy się nie zastanawiał nad fryzurą. A szare włoski miał po tym pewnym brzydkim incydencie, aj, nie może o tym myśleć teraz.
- Na kogoś czekasz, panie Marquez? - nauczyciel uśmiechnął się widząc jak spojrzenie Ururu mówi "Idź pan stąd". Może ma tu mieć miejsce jakaś uczniowska schadzka? OJ, JAK SŁODKO. - No to ja nie przeszkadzam~
Nauczyciel pomachał i wyszedł z sali. Pragnął zająć jakieś dogodne miejsce, aby móc swobodnie zaobserwować z jaką to panienką Marquez się kocha. Czy to jakaś niezdarna, acz urocza Puchonka, której chłopak  z dobroci serca pomaga w trudnościach szkolnych? A może piękna Krukonka do inteligentnych rozmów? Albo... GRYFONKA? Profesor aż się wzdrygnął na tą myśl. Ślizgon z Gryfonką to historia pokroju Romea i Julii. JAKIE TO FASCYNUJĄCE. Oczy niemal wypadały mu z orbit, kiedy usłyszał kroki. Kim jest, kim jest, kim jest...
Chłopcem.
Profesor zamrugał kilka razy, kiedy Mamoru, Ślizgon, siódmoklasista, wszedł do sali zawierającej Marqueza.
NIE NOOOO.
Nauczyciel po chwili, kiedy to się ogarniał psychicznie, podszedł do klasy i poważnie otworzył drzwi chcąc zgromić wzrokiem to niemieszane towarzystwo. Ujrzał Ururu pojawiającego się po drugiej stronie sali.
- Miganie? - spytał dostrzegając ciemne smugi za uczniem. Szarowłosy ściągnął gogle zerkając na profesora.  - No, no, tajemnica się wyjaśniła.
Chłopcy wymienili spojrzenia. Tajemnica?
- Dobra, Marquez, pokaż mi ładnie jak migasz to zostawię was w spokoju.
Ururu zacisnął wargi. Czemu ten koleś mu się naprzykrza. Na dobrą sprawę nie pamiętał czego uczy. Miał z nim jakieś zajęcie gdzieś w pierwszej klasie. Więc pewnie ktoś mało ważny. Ale skoro miał pokazać to pokaże. Skupił się intensywnie, mignął do nauczyciela... po czym wymigał go przed drzwi.
- Łał! Świetnie, Marquez! - profesor wydał się autentycznie rozradowanym. Niesamowite, jak dzisiejsza młodzież dobrze opanowuje magię. - Będą z ciebie ludzie, ja to wiem - poklepał chłopaka po cudownej czuprynie.
Wiem, pomyślał Ururu powoli odsuwając się w głąb pomieszczenia.



[Gif przerobiony na szybko specjalnie na cele ilustrujące, hihi]

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O APORTACJĘ/DEPORTACJĘ
Czas nauki: 2 lata + ćwiczenia w życiu codziennym aż do teraz
Krótka historia opisująca fragment nauki:
W szóstej klasie przed Martinem stanęła możliwość uczęszczania na kurs aportacji. Początkowo chłopak zignorował to, tak jak wszystko, co było związane z Hogwartem. Jako przykładny Krukon olewał naukę na całej linii, ledwo zdając z roku na rok. Uczyć się po prostu nie chciał, a wszelkie czary nie robiły na nim wrażenia. Stwierdził, że różdżkę weźmie dopiero wtedy, kiedy ktoś zechce nauczyć go czarnej magii, jednak wraz z biegiem lat i ta dziedzina stała się dla niego zbędnym zawracaniem głowy. Całe dnie tylko czytał dziwne książki filozoficzne, przez co tylko coraz bardziej się pogrążał.
Pewnego dnia otrzymał list od swojej ukochanej siostry Catheriny. Przesłała mu pieniądze na kurs aportacji oraz prośbę, żeby w końcu się czegoś nauczył w szkole. Zdenerwowało to chłopaka. Odebrał to jako obelgę od jedynej osoby, z którą mógł jeszcze na tym świecie rozmawiać (nie licząc Jack'a, ale on był chory psychicznie). Mimo wszystko ta sytuacja uświadomiła mu jedno - niedługo kończy Hogwart, a nie ma żadnych umiejętności, jakie mogłyby okazać się pomocne w zdobyciu pracy.
"Nauczę się, ale dasz mi spokój." - odpisał siostrze. Po dłuższym czasie spędzonym na zastanawianiu się stwierdził, że aportacja może okazać się przydatna. Chociaż nie cierpiał wychodzić z domu. Poza tym sztuka ta była niesamowicie trudna do opanowania. Martin wiedział, że nie wszyscy zdadzą egzamin, którym kończył się kurs.
Może uda mi się rozszczepić, pomyślał zapisując swoje nazwisko na listę.
Nauka aportacji rozpoczęła się niedługo po tym. Do sali goszczącej sporą gromadkę chętnych uczniów przybył wykwalifikowany nauczyciel aportacji. Na początku byli oczywiście zmuszeni do opanowania teorii.
- Moi drodzy, zasada ce-wu-en, powinna być przez was stosowana jak reguły chodzenia, czy sposób oddychania... to jest AUTOMATYCZNIE - mówił swoim niesamowicie nudnym głosem. Martin nie cierpiał sposobu, w jaki mężczyzna konstruował zdania i je wypowiadał. Było to niczym kolce wbijane mu do ucha. - Cel. Wola. Namysł. Skupienie gra tu szczególną rolę, tak jak przy każdym rodzaju uprawianej magii. Tak więc powtórzę: skupienie na CELU teleportacji. Dokładne odtworzenie w umyśle docelowego miejsca, co do najmniejszego szczegółu. Natężenie WOLI. Musicie odczuć, że chcecie się pojawić w innym, tym konkretnym miejscu. I na końcu NAMYSŁ na wykonanie ostatecznego kroku w celu zniknięcia z miejsca startowego i pojawienia się w miejscu docelowym.
Martin słuchał jednym uchem tej całej teorii. Po  kilku takich zajęciach rozpoczęli praktyczne ćwiczenia. Uczniowie stali w sporych odległościach od siebie próbując przenieść się zaledwie kilka metrów do przodu. Sue trzymał w niewyćwiczonej dłoni różdżkę unikając spoglądania na innych. Starał się nie myśleć, że gdzieś za nim stoi banda ludzi machających bezefektownie swoimi badylami. Nienawidził skinienia różdżką bez wypowiadanych słów. Bał się tego, odkąd jego starszy brat ćwiczył magię niewerbalną. Martin nigdy nie wiedział, kiedy wycelowana w niego różdżka coś zrobi. A teraz tak sobie stał otoczony badylarzami. Sugerowanie, że uda mu się skupić. Na szczęście obecna tam nauczycielka, która asystowała przy nauce, dostrzegła beznadziejny wyraz chłopaka oraz jego ciągłe zerkanie za siebie.
- Wszystko w porządku? Boi się pan, że koledzy się na pana aportują? - spytała z lekkim uśmiechem.
- Tak - westchnął Martin. Niemal poleciał na koniec sali, zamieniając się miejscami z jakimś chłopakiem. Nauczycielka nieco podniosła jego motywację do przyłożenia się do nauki, lecz o wiele bardziej zadziałała tu pierwsza osoba na kursie, której udało się aportować. Bez lewej dłoni, ale jednak. Martin chłonął widok bezpańskiego kawałka ciała leżącego na posadzce. Nieźle.
Postanowił też tak zrobić. Nie sądził, że uda mu się poprawnie aportować. Chciał zobaczyć, czy można mieć kontrolę nad tym, co dokładniej zostanie w miejscu  startowym. W skupieniu więc ćwiczył przez kilka kolejnych zajęć. Nawet nie patrzył już, czy innym się udaje.
Zbliżały się dni egzaminów. Niektórzy już się poddali. Martinowi ani razu nie wyszło, ale nie zdawał sobie do końca sprawy z upływu czasu. Na ostatnich zajęciach przed egzaminem, do wieczora ćwiczył tylko on i jeszcze kilka osób.
- Że tobie się chce ćwiczyć, skoro ani razu ci nie wyszło - zwrócił się do niego chłopak zajmujący zazwyczaj pobliskie "stanowisko". - Serio myślisz o tym co robisz? Bo to wygląda, jakbyś tylko stał i machał różdżką - zaśmiał się i chcąc sparodiować Martina zamachał gwałtownie swoim magicznym badylem celując w chłopaka. Wystraszony Sue momentalnie aportował się gdzieś przed nim. Gwałtownie złapał oddech, po czym spróbował przeżyć sensacje żołądkowe, jakie odczuł po wykonaniu zadania. Dopiero po chwili zwrócił uwagę na ból lewej ręki i krew lecącą z rękawa. Został dopuszczony do egzaminu, lecz niestety nie zdał go. Zapisał się na kurs również w ostatniej klasie. Tym razem szło mu znacznie lepiej. Nie myślał o rozszczepieniu, tylko wyobrażał sobie stojącego przed nim Briana machającego różdżką. Wyobrażenia te po pewnym czasie nie robiły na nim wrażenie, jednak nauczył się aportować bez zbędnych wzmocnień. Tym razem udało mu się zdać egzamin.
Po ukończeniu szkoły ćwiczył aportację w domu. Teleportował się z pokoju na podwórze, a szczególnie upodobał sobie tą metodę do schodzenia na posiłki, czym wzbudzał zachwyt uwielbiających go cioteczek. No i oczywiście ukochanej Catheriny.

ZAAKCEPTOWANE
PODANIE O APORTACJĘ/DEPORTACJĘ
Czas nauki: Szósty i siódmy rok nauki w Hogwarcie i potem już do tej pory w własnym zakresie
Krótka historia opisująca fragment nauki:
Gdy dowiedział się, że w szkole odbędą się zajęcia z teleportacji na początku nie chciał na to iść. Przechodził kilka razy obok plakatu na tablicy, który o tym informował i w końcu zdecydował się na nie uczęszczać. Stwierdził, że taka rzecz może być przydatna w jego przyszłym, dorosłym życiu. Gdy nadszedł czas na naukę wybrał się na nią sam. Nie bardzo wiedział na jakiej zasadzie będą prowadzone zajęcia, ale miał nadzieje, że nie będzie pierdolenia. Pojawił się chudy, wysoki czarodziej, który miał za zadanie przekazania im jak najwięcej informacji na temat deportacji.
- Ce, Wu, eN - zaczął mężczyzna spoglądając po kolei na każdego zebranego w tym miejscu. - Czy ktoś wie co to jest? - zapytał i od razu odezwała się jakaś krukonka.
Nie lubił za bardzo tego domu - oni zawsze wiedzieli najwięcej. To go irytowało. Nie ważne jakie pytanie zostało zadane oni znali odpowiedź.
Zasada ce, wu, en oznacza cel, wolę i namysł. Dowiedział się od krukonki. Pierwsza rzecz na jakiej trzeba się skupić to cel wędrówki teleportującego się czarodzieja, następnie jest wola, którą trzeba natężyć, by znaleźć się w przestrzeni celu. Na koniec konieczny jest obrót w miejscu, w czasie którego osoba teleportująca się używa namysłu, chcąc osunąć się w nicość. Ven mimo swojej obojętności na tych lekcjach słuchał uważnie. Wizja teleportowania się w każde miejsce jakie będzie się chciało była dla niego kusząca, więc nic dziwnego, że do tych zajęć przykładał się bardziej niż do zwykłych codziennych lekcji.
- Bardzo dobrze - pochwalił dziewczynę i zabrał głos dalej.
Mężczyzna mówił o tym, że ta zasada powinna być przez nich przyswojona jak najprostsza czynność, którą wykonują codziennie. Coś, co utożsamiamy z samym sobą. Była tak ważna, aby teleportacja się udała, dlatego Ven skojarzył ją z paleniem, bo bez tego żyć nie może.
Na początku Ventusowi nie szło za dobrze, gdy przeszli już do praktycznych zajęć. No cóż miał zrobić? Nie miał zbyt dobrej motywacji, ale gdy zobaczył, że jego siostrze zaczynało się udawać i skończyła jedynie bez jednej brwi, co go uradowało wręcz przyłożył się bardziej. Koniecznie chciał być lepszy od niej. Nie chciał, aby ona zawsze była lepsza od niego. Dlatego nic dziwnego, że gdy pojawił się na egzaminie udało mu się aportować o dwa metry, ale niestety skończył bez dwóch paznokci. Cieszył się, że tylko tyle stracił niż żeby chodził bez jednej ręki. Tego nie chciał. Niestety nie zdał, ale miał pocieszenie - jego idealna siostra też nie zdała.
Gdy w następnym roku pojawiły się kolejne zajęcia z teleportacji był pierwszym z domu, który się zapisał. Koniecznie chciał się tego nauczyć szybciej niż jego siostra. Na każdych zajęciach przykładał się do tego wszystkiego jak najbardziej. Chyba był jedynym, któremu tak zależało. To była jedyna rzecz, na której młodemu Gauntowi tak bardzo zależało.
Egzaminy zdał bezbłędnie. Potem już tylko pełnoprawnie wygłupiał się w domu strasząc swoją siostrę. Uwielbiał to robić. Wtedy tak cholernie głośno piszczała jakby ducha zobaczyła. Korzysta z tej umiejętności jak najczęściej.

ZAAKCEPTOWANE