Mortis - Czarodzieje 1936

Pełna wersja: Siedziba ROMu
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9
Jeden z wielu identycznych, drobnych i upchniętych obok siebie jeden przy drugim budynków znajdujących się w centralnej części Hogsmeade. Nie przyciąga szczególnej uwagi, nad drzwiami nie wisi żaden szyld i łatwo przegapić go, maszerując w dół głównej ulicy. Nie dajmy się jednak zwieść - to bardzo istotne miejsce! Tam bowiem właśnie odbywają się spotkania i narady otoczonego napawającą wątpliwym optymizmem sławą Ruchu Obrony Mugoli i Mugolaków. Po przekroczeniu progu znajdziemy się w ciemnej sieni, z której przejść można do kilku kolejnych pomieszczeń, w tym przeznaczonej do prowadzenia przemów i debat salki oraz paru klaustrofobicznie ciasnych, wypełnionych po brzegi nieuporządkowanymi aktami i ulotkami biur. Na korytarzu przed pokojem służącym za główne centrum narad Ruchu umieszczono niedawno przeszkloną gablotkę upamiętniającą ofiary Marszu z 1934 roku, pełną wycinków z gazet, memorabiliów oraz zdjęć uśmiechających się i machających do obserwatora postaci - członków ROMu, którzy zginęli owego tragicznego dnia.
Hogsmeade. Najsłynniejsza i najbardziej magiczna wioska w Wielkiej Brytanii. Legendarne miejsce, w którym całe pokolenia czarodziejów żyły z dala od mugoli. Czemu żaden niemagiczny nigdy nie zamieszkał w tym miejscu? Tego chyba nikt nie wie.
Alistair lubił Hogsmeade. Ilekroć pojawił się w tym miejscu, wracały żywe wspomnienia młodzieńczych lat. W czasach swojej edukacji, podobnie, jak większość uczniów Hogwartu, on również z utęsknieniem oczekiwał możliwości wyrwania się poza szkolne mury. Chociaż minęło już sporo czasu od jego ostatniej wizycie w magicznej mieścinie, to wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał.
Niskie, ładne budyneczki w całości zamieszkane przez czarodziejów. Masa różnych sklepów, ozdobnych witryn i innych przybytków, oferujących swoje towary młodym uczniom Hogwartu. Namacalna atmosfera tego miejsca sprawiła, że Prewett poczuł się, jak młody uczniak. A gdyby tak zrobić sobie wolne i przejść się na kilka mocniejszych do „Pod Trzema Miotłami”? Ten ich legendarny miód, piwo, barmanki…
Alistair złajał sam siebie w myślach. Chociaż opcja napicia się była kusząca, to na chwilę obecną nic nie mogło go rozpraszać. Ostatecznie odwiedził wioskę służbowo i nie miał teraz czasu za żadne głupoty, ani przyjemności.
Na ziemię sprowadził go dopiero głos Flynna, który informował, że zaraz będą na miejscu. Alistair przyśpieszył kroku. Chciał, jak najszybciej dotrzeć do siedziby ROMU. Chociaż auror nie miał wątpliwości, że spotkanie nie przyniesie większych postępów w sprawie Aldony. Mimo wszystko musiał spróbować.
Gdy obydwaj mężczyźni w końcu zatrzymali się przed niczym niewyróżniającym się budynkiem, Prewett podszedł do drzwi i energicznie zapukał. Gdy te się otworzyły, mężczyzna przemówił.
- Alistair Prewett, Biuro Aurorów. Byliśmy umówieni. – Powiedział spoglądając na osobę, która mu otworzyła. Szarooki miał nadzieję, że jego nazwisko poniekąd ułatwi rozmowę z zarządem ROMU. Ostatecznie On, jak i Aldona byli rodziną. Kto wie? Może, jeśli szczęście mu dopisze, to okaże się, że zmarła ciotka opowiadała o swoim siostrzeńcu w samych superlatywach? Jeśli nie, to wyciągniecie czegoś od aktywistów ruchu będzie znacznie cięższe, ale cóż można na to poradzić? Taka praca.
Podróż do Hogsmeade trochę trwała, a siedzenie w latającym samochodzie nie należało do najprzyjemniejszych. Niemniej, Flynn nie był złym kierowcą i przynajmniej nie obawiałeś się, że nie dolecicie na miejsce bezpiecznie. Nie rozmawialiście prawie wcale, jedynie co jakiś czas rzucając słowem, czy dwoma. Każdy z was pogrążył się w swoich myślach i wróciliście do żywych dopiero wtedy, gdy twój partner zakomunikował zbliżanie się do celu.
Zaparkował nieopodal siedziby ROMu, która znajdowała się w okolicy uroczych domków, z których większość była zamieszkała przez mieszkańców wioski. Nie było to więc w centrum, blisko dzielnicy handlowej, ale nie można też nazwać tego dzielnicą mieszkalną. Było to coś w rodzaju przejścia pomiędzy jedną, a drugą. Z resztą - nie zgubiłbyś się w tym miejscu, przez wiele lat spędzałeś tu wolne weekendy.
Zapukałeś do drzwi i dopiero po chwili usłyszałeś stukot obcasów, a wrota otworzyły się ukazując piegowatą, przyjazną twarz. Miałeś akta wszystkich ważniejszych członków ruchu i wiedziałeś, że stałą przed tobą Margaret Longbottom, choć rude loki i brązowe oczy jasno wskazywały, że urodziła się w rodzinie Weasley.
- Dzień dobry, panie Prewett. Przepraszam, że nie mogliśmy stawić się w pańskim biurze. - Zaczęła otwierając drzwi szerzej i uśmiechając się ciepło. Wymieniła kilka zdań grzecznościowych z Flynnem, a potem zaprosiła was do środka.
Domek nie był duży, choć nie należał też do malutkich. Nie był siedzibą mieszkalną, choć mogłeś sobie rękę uciąć, że niektórym zdarzało się tam nocować. Pani Longbottom zaprowadziła was na oddalonego od korytarza pokoju, w którym za biurkiem siedział ciemnowłosy mężczyzna w okularach. Joseph Longbottom, według akt. Przywitał się wskazując wam dwa siedzące miejsce (Flynn od razu zajął swoje), a jego żona zniknęła w kuchni przygotowując herbatę.
- Z tego, co wiem, macie do nas trochę pytań. - Zaczął Joseph. - Z chęcią odpowiemy na wszystkie. Mam nadzieję, że to pomoże złapać sprawcę tego strasznego czynu. - Miał zmartwioną, widocznie zatroskaną minę. Twoja ciotka najwidoczniej naprawdę była bardzo lubiana.
Widząc, kto otwiera mu drzwi uśmiechnął się w duchu. Od pani Longbottom biło Wesleyem na kilometr. Alistaira w zasadzie wcale to nie dziwiło. W końcu w organizacji broniącej mugoli nie mogło zabraknąć rudzielców. Oczywiście, aurorowi nie przeszkadzali Wesleyowie. Prawdę mówiąc w zamierzchłych czasach miał przyjemność i zaszczyt pracować z kilkoma z nich. Byli niezwykle odważnymi i sprawnymi czarodziejami. A jeśli chodzi o ich poglądy na temat czystości krwi… No, cóż. Prewettowie też byli dosyć liberalni w tych sprawach.
Gdy pani domu zaczęła przepraszać za to, że dwójka aurorów musiała się fatygować taki kawał, szarooki kiwnął tylko głową na znak, że rozumie i wraz z Flynnem wszedł do środka.
Podążając za panią Longbottom, szarooki rozglądał się uważnie.
Już na pierwszy rzut oka widać było, że dom został przekształcony na pełnoprawną siedzibę ruchu. W każdym pokoju stały biurka, a na nich olbrzymie stosy różnych ulotek i broszurek nawiązujących do równouprawnień w stosunku do mugoli, centaurów itp. Dom, przypominał trochę aurorowi jego własne biuro. Brakowało tylko wielkiej tablicy oraz ścian oklejonych listami gończymi.
- Tego typu przedsięwzięcie z pewnością wymaga olbrzymiego nakładu czasu oraz środków finansowych, a z tego, co wiem to nie dostajecie nic od Ministerstwa. Jak udaje wam się to wszystko utrzymać? – Zapytał wciąż rozglądając się dookoła. Niezmiernie ciekawiło go skąd Longbottomowie mieli fundusze na to wszystko. Alistair nie wątpił, że Aldona wpompowała w ROM olbrzymią ilość złota. Ostatecznie należała do rodziny, która mogła się poszczycić dużym majątkiem.
Po jakiejś chwili, pani domu, zaprowadziła dwójkę aurorów do pomieszczenia, w którym siedział czarnowłosy mężczyzna – pan Longbottom. Alistair uprzejmie przywitał się z mężczyzną, po czym usiadł na wskazanym miejscu.
- My również mamy nadzieję, że ta rozmowa pomoże złapać tego, który popełnił tę zbrodnię. Dlatego też liczę na pełną współpracę z państwa strony. – Powiedział spoglądając uważnie na mężczyznę.
- Chciałbym, aby odpowiedział pan na kilka pytań. – Powiedziawszy to skinął na Flynna, upewniając się, że ten zdąży zanotować każde słowo, które padnie w tym pomieszczeniu.
- Wiem, że to pytanie może wydać się śmieszne, nie mniej muszę wiedzieć czy Aldona zachowywała się dziwnie ostatnimi czasy? Może wspominała, że ktoś jej groził lub ją śledził?
Pani Longbottom wydawała się bardzo sympatyczną osobą, co można było wywnioskować po szerokim uśmiechu i ciepłym tonie głosu. Niczego innego z resztą nie spodziewałeś się po kimś, kto miał w sobie krew Weasleyów. Wprowadziła was do środka i faktycznie, waszym oczom ukazały się biurka pełne plakatów i ulotek, a za każdym z nich siedział zapracowany członek organizacji ROMu. Nie znałeś tam nikogo, choć twarze w jakiś sposób wydawały się znajome - niektórych pewnie widziałeś w aktach, innych w jednym z wydań proroka Codziennego. Nikt nie zwrócił na was uwagi, gdyż wszyscy zajęci byli swoimi sprawami.
- Owszem, panie Prewett. Nie dostajemy żadnych pieniędzy od Ministerstwa, bo i nie jesteśmy organizacją, której idee są powszechnie... akceptowane. Utrzymujemy się ze składek, które płacą członkowie. Kto może więcej - ten daje więcej. Ja i mój mąż dokładamy wszelkich starań, by to wszystko działało. Tak samo było z Aldoną. - W głosie słychać było smutek. Margaret z pewnością była blisko twojej ciotki, mogłeś się nawet pokusić o stwierdzenie, iż były bliskimi przyjaciółkami.
Kiedy zniknęła, jej mąż zajął się przywitaniem i ugoszczeniem was w swoich progach. Pokiwał głową na znak, że zgadza się z twoimi słowami i odłożył pióro, którym podpisywał jakieś dokumenty. To mogło poczekać, skoro śledztwo było w toku.
- Jak najbardziej. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. - Powiedział i przez chwilę się wam przyglądał. Delikatny uśmiech był, podobnie jak ten jego żony, bardzo ciepły i przyjazny.
- Proszę śmiało zadawać, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogę. - Dodał w momencie, w którym do pokoju weszła pani Longbottom z tacą zapełnioną filiżankami herbaty i cukiernicą. Przysiadła na krześle znajdującym się obok tego, na którym siedział jej mąż. Oddzieleni byliście więc biurkiem, choć to zdawało się nie mieć żadnego znaczenia. Byli na tyle otwarci, iż nie uznałeś tego, jako jakiejkolwiek blokady.
- Nie powiedziałbym, żeby zachowywała się dziwnie. Ale pogróżki... Cóż, wszyscy dostajemy je cały czas. Ludziom nie podobają się nasze idee, to, co głosimy. A zwłaszcza Johnowi Smithowi i jego wyznawcom.
To oczywiste, że Ministerstwo nie miało żadnego biznesu we wspieraniu organizacji pozarządowej, której poglądy były niepopularne wśród większości społeczeństwa. Ponadto, auror nie słyszał, aby organy rządzące wspierały finansowo jakąkolwiek organizację pozarządową. W większości znanych mu przypadków to osoby prywatne składały hojne dotacje na rzecz rządu czarodziejów. Fakt, że głównymi darczyńcami były stare i bogate rody czarodziejów, które traktowały mugoli oraz szlamy, jak trędowatych, z pewnością nie pomagał ROMOWI.
Nie mniej informacja jakoby członkowie ruchu utrzymywali go ze swoich własnych pieniędzy była interesująca. Znaczyłoby to, że nikomu z ROMU nie zależało na śmierci Aldony, skoro ta, była z całą pewnością najbogatszą osobą w całej organizacji. Ponadto koneksje związane z posiadaniem znanego nazwiska, raczej więcej pomagały ruchowi niż szkodziły. Nie mniej, Alistair postanowił nie wydawać decydujących sądów, nim nie przeczyta ostatniej woli zmarłej ciotki. Istniała dość spora szansa, że cały swój majątek, Aldona przepisała na organizację, którą, jakby nie było, sama stworzyła.
Gdy rudowłosa, pani domu przyniosła poczęstunek, Alistair nawet na niego nie spojrzał. Już dawno nauczył się, że przyjmowanie jakichkolwiek potraw lub smakołyków od potencjalnych podejrzanych jest nie tyle, niewskazane, co zwyczajnie głupie. Jeden Czort wie, co kryło się pod tym miłym uśmiechem, jakim Margaret, co rusz obdarzała dwójkę aurorów. Chociaż szansa na to, że pani Longbottom czegoś dodała do herbaty i ciasteczek była znikoma, to lepiej dmuchać na zimne.
Gdy Joseph wspomniał o Smithcie, Alistair natychmiast utkwił w nim wzrok.
- Proszę mi coś więcej o tym opowiedzieć. Czy groźby ze strony Smitha i jego, jak pan to ujął „wyznawców”, były skierowane bezpośrednio do Aldony, czy dotyczyły całego ruchu? – Spytał, nie odrywając oczu od czarnowłosego czarodzieja.
Znowu ten Smith. Prewett utwierdził się w przekonaniu, że śmierć Aldony miała bezpośredni związek ze sprawą Averego. Jeśli przypuszczenia Prewetta były prawdziwe, to znaczy, że organy ścigania miały do czynienia z wielce niebezpiecznym zjawiskiem. Osoba lub organizacja, która bez żadnych problemów i nie zważając na konsekwencję, mogła od tak, pozbyć się znanych członków społeczeństwa, budziła grozę. A najgorsze było to, że ich jedyny trop to rubryczka w codziennym wydaniu Proroka.
- Czy znali państwo Alfreda Averego? Zważywszy na to, jakimi poglądami kierował się pan Avery z pewnością nie raz mieliście z nim do czynienia. – Powiedział spoglądając bystro na dwójkę Longbottomów.
Szczerze mówiąc, Alistair wątpił, aby małżeństwo było w jakikolwiek sposób zamieszane w sprawę morderstwa Averego, nie mniej mogli wiedzieć coś przydatnego. Z drugiej strony, Longbottomowie byli znanymi aktywistami na rzecz obrony mugoli. Kto wie czy nie zżyli się z niemagicznymi do tego stopnia, że zachciało im się nauki strzelania z ich broni. Na tym etapie śledztwa każdy był podejrzany.
Z pewnością Aldona, podobnie jak inni członkowie organizacji, wsadziła w nią kupę pieniędzy. Państwo Longbottom zdawali się być równie zaangażowani i oddani sprawie, co twoja ciotka. Widziałeś to po tym samym spojrzeniu, ognikach siedzących gdzieś w ich oczach. Nie mogłeś zapomnieć, że choć nie byli tak bogaci jak pani Prewett, również należeli do rodzin czystokrwistych, zamieszczonych w skorowidzu, wiec jakiś majątek posiadać musieli. Nawet, jeżeli nie był zbyt wielki - nadal posiadali więcej niż masa mugolaków, którzy przykleili się do ROMu chcąc walczyć o swoje prawa. Czy to czyniło z któregokolwiek z nich podejrzanego? Sam doszedłeś do wniosku, że tak i nie. Całą sprawa wcale nie zdawała się być łatwiejsza, wręcz przeciwnie. Coraz więcej powiązań, niteczek łączących ze sobą tych wszystkich ludzi.
Flynn uśmiechnął się do pani Longbottom i złapał za filiżankę, układając ją sobie na udzie, które zasłonięte było przed widokiem gospodarzy przez biurko. Wyciągnął niezauważalnie różdżkę i choć małżeństwo tego nie dostrzegło, ty usłyszałeś szept swojego partnera.
- Antivenenum. - Schował różdżkę i podniósł herbatę do ust, powąchał ją i wyszczerzył się jak idiota. - Pięknie pachnie, co to za rodzaj herbaty, jeśli wolno spytać? - Mrugnął tym samym do ciebie dając znać, że nie wykrył w tym żadnej trucizny. Pracowaliście ze sobą wystarczająco długo,l by wiedział, jak postępujesz. Najwidoczniej jednak uznał, że tym razem poczęstunek był formą przyjazną i trzeba było go przyjąć.
- To Munnar z Indii, panie Shacklebolt. Jedna z moich ulubionych. - Odpowiedziała pani Longbottom i uśmiechnęła się serdecznie, samemu sięgając po swoją filiżaneczkę.
- I jedno i drugie, panie Prewett. Czasem dostajemy listy, które mieszają z błotem całą naszą organizację. innym razem są to bardziej prywatne obelgi i pogróżki. Przyznam szczerze, że nauczyliśmy się je po prostu ignorować. Aldona z pewnością dostawała ich więcej niż my, choć i nam nie udało się uniknąć wylanych na głowy pomyj. - Westchnął. Po jego minie widać było, jak bardzo ubolewa nad tym wszystkim. Nie podobało mu się działanie ludzi podobnych do Smitha i nie zamierzał tego ukrywać. Kiedy wymówiłeś nazwisko Alfreda, małżeństwo spojrzało na siebie w milczeniu.
- Trudno go nie znać, panie Prewett. Alfred jest... To znaczy, był jednym z najgłośniejszych przeciwników ruchu. Wiele.. Powiedzmy, że niemiłych, choć prawdę mówiąc to zbyt delikatne określenie, słów padło z jego ust w naszym kierunku. Choć to zawsze Aldona załatwiała z nim sprawy, my staraliśmy się nie wtrącać do jej osobistych rozmów z Alfredem. - Dodał na koniec i odetchnął. Margaret spojrzała w swoją herbatę i westchnęła.
Zamiast odpowiedzi, Alistair otrzymał dodatkowe pytania. Na chwilę obecną pojawiło się więcej potencjalnych motywów zbrodni, niż jej rozwiązań.
Widząc, co Flynn wyprawia z różdżką pod stołem, Prewett uśmiechnął się pod nosem. Jego partner doskonale wiedział, co należy robić. Osoby postronne mogłyby się mocno zdziwić, widząc tak daleko posuniętą ostrożność, ale wykonując pracę aurora należały być czujnym i zawsze gotowym na wszelkie niespodzianki. Chociaż w tym wypadku poczęstunek okazał się nie być żadną trucizną, to Alistair i tak postanowił z niego nie korzystać. Takie miał zasady. Nie brać niczego od obcych osób na służbie.
Alistair czuł, że trochę zbaczają z tematu. Organizacja, która głosiła tak lewicowe poglądy z pewnością musiała otrzymywać lawinę pogróżek i anonimów pod swoim adresem. Prewetta, w zasadzie nie obchodziły go żadne inne groźby niż te nadesłane od tajemniczego pana Smitha.
- Proszę mi opowiedzieć, co konkretnie zawierały groźby nadesłane od Smitha. Wspomniał pan też o jego „wyznawcach”. Czy otrzymaliście listy od osób, które utożsamiały się ze Smithem? – Spytał świdrując dwójkę Longbottomów uważnym spojrzeniem. To mógłby być swego rodzaju przełom. Jeśli znalazłby się ktoś, kto jawnie potwierdziłby swoje powiązanie z panem tajemniczym, mogliby w końcu zdobyć jakiś konkretny trop. Oczywiście pozostawała jeszcze kwestia szyfru, który został znaleziony przy ciele Averego, ale to na chwilę obecną była sprawa BUMU.
Więc, ROM miał do czynienia z Averym. W sumie, trudno się dziwić. Rodzina Averych od zawsze słynęła z mocno ortodoksyjnych poglądów w sprawie czystości krwi, a Alfred wybitnie odznaczał się na tle reszty krewniaków. Nie mniej, ze słów gospodarzy wynikało, że Aldona potrafiła jakoś trzymać go na dystans. Czego dotyczyły te „sprawy”, które razem załatwiali?
- Czy możecie mi coś opowiedzieć, o czym najczęściej rozmawiali ze sobą Aldona i Alfred? Rozumiem, że trzymaliście się od tego z dala, ale każda informacja może być na wagę złota.
Coraz więcej pytań, coraz mniej odpowiedzi. Śledztwo zaczynało się gmatwać, choć tak naprawdę dochodziło przede wszystkim do Johna Smitha, którego tożsamość wciąż pozostawała zagadką. Świat polityki był teraz wyjątkowo napięty, a kolejne zabójstwa nie polepszały nastrojów społecznych.
- Ciężko to skonkretyzować. Większość z nich mówiła dosyć dosadnie, jak bardzo się mylimy i że tacy zdrajcy krwi, jak my pożałują przynależności do ruchu. Wie pan, panie Prewett, ci ludzie sami wystawiają sobie kiepskie świadectwo. Jak mam brać na poważnie ludzi, którzy potrafią tylko grozić i używać siły? Nie tędy droga. - Powiedział Joseph i spojrzał na swoją żonę, która jedynie kiwnęła głową. Oboje byli w tej kwestii stanowczy. Tradycja i obyczaje - jak najbardziej, ale nie kosztem mugolaków, którzy przecież są takimi samymi czarodziejami, jak wy wszyscy.
- Niestety, nigdy żadne z nas nie słyszało rozmowy między nimi. A i Aldona o nich nie opowiadała. Z resztą, wydaje mi się, że sam Avery nie miał ze śmiercią Aldony nic wspólnego. Lubił sobie pokrzyczeć i pogrozić palcem i z pewnością był gotów skrzywdzić nie jednego... Ale nigdy nie doszło między nimi do żadnych rękoczynów, czy szarpanin. Różdżki też zazwyczaj pozostawały schowane, kończyło się jedynie na walkach słownych. - Dodał na koniec i dopił swoją herbatę. Flynn w tym czasie kiwał głową i palcami wystukiwał sobie rytm na udzie. Wyglądało na to, że nie dowiecie się niczego więcej.
Alistair z niedowierzaniem słuchał tego, co mówił Longbottom. Jak mógł traktować Smitha i jego popleczników poważnie? On POWINIEN potraktować wszystkie groźby poważnie. Ze słów gospodarzy, Prewett wywnioskował, że Longbottomowie należeli do grona osób, których poglądy i idee przesłaniały zdrowy rozsądek. Na swój sposób było to godne pochwały. Ostatecznie nie jedna dyktatura została obalona przez idealistów. Kto wie, czy Aldona i małżeństwo nie stworzyło ruchu, który w przyszłości, nie namiesza w społeczności czarodziejów. Jednak na chwilę, należało przypuszczać, że zarówno Longbottomowie, jak i cały ROM, znajdowali się w wielkim niebezpieczeństwie.
- Dam panu radę, panie Longbottom – zaczął powoli, jakby chciał się upewnić, że Joseph i Margaret dobrze zrozumieją każde jego słowo. – Następnym razem proszę potraktować KAŻDĄ groźbę, nadesłaną przez Smitha BARDZO POWAŻNIE. Bo jak sami państwo widzą doszło ostatnio do dwóch morderstw. Zginęły osoby, które były powiązane z waszym ruchem. Jedna z nich była nawet jego założycielką. Zalecam, więc wzmożoną czujność. Ponadto chciałbym, abyście przekazali mi wszystkie zapiski i dzienniki, które należały do Aldony. Również te prywatne. Każda, nawet z pozoru nie istotna informacja może być istotna. Oprócz tego prosiłbym o wgląd w listę wszystkich waszych członków oraz współpracowników. Chcę wiedzieć, kto należy do ROMU i z kim współpracujecie. – Powiedział, po czym nagle zamilkł. To, co chciał teraz powiedzieć, z pewnością nie spodoba się Longbottomom. Powoli, ważąc każde swoje słowo, wznowił swój monolog. – Z powodu wydarzeń, które miały niedawno miejsce, nalegam, aby najbliższy pochód ROMU został odwołany. – Powiedział spoglądając bystrym wzrokiem na małżeństwo.
Alistair doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego pomysł nie przypadnie do gustu dwójce, siedzących naprzeciw niego czarodziejów. Przecież prosił ich o to, aby odwołali ceremonię mającą na celu upamiętnić śmierć ich dobrej przyjaciółki. Nie mniej, ROM był organizacją pozarządową i jako takiej, nie przysługiwało jej prawo ochrony. Oczywiście BUM musiał się pojawić, aczkolwiek Prewett nie miał wątpliwości, że magiczna policja nie będzie w stanie zapewnić żadnego bezpieczeństwa tak dużej liczbie osób. Ostatecznie, ROM mógłby zatrudnić prywatna ochronę, ale wątpliwe, że ruch byłoby stać na taki wydatek. A jeśli chodzi o Biuro Aurorów… No, cóż… To nie była ich sprawa.
W ciszy pełnej napięcia, Alistair oczekiwał na odpowiedź Longbottomów, chociaż doskonale wiedział, jaka ona będzie.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9