Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Gabinet prof. L. Lestrange'a
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15

Gabinet prof. L. Lestrange'a


Lokalizacja: Piętro II, Hogwart



[Obrazek: KBUU8CD.png]

Gabinet podzielony jest na dwie części biurkiem, znajdującym się na środku pomieszczenia. Od razu po wejściu ujrzeć można stojącą pod oknem, sporych rozmiarów sofę. Po prawej stronie znajduje się wspomniane wcześniej stare, zdobione biurko z zestawem krzeseł - jednym po jednej, drugim po drugiej jego stronie. Na blacie zazwyczaj leżą papiery i dokumenty, choć zdarza się, że jest na nim coś jeszcze. Wszystkie ściany zabudowane są regałami pełnymi książek wszelakich, w różnych językach i o różnej tematyce, choć przeważają oczywiście pozycje traktujące o runach. Przy sofie stoi mały stoliczek, a w najdalszej części gabinetu znajduje się malutki kącik z zestawem do parzenia herbaty.

@Addyson Clemen
Layton po kolejnym dniu pracy wszedł do swojego gabinetu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Było czysto, bo nie umiał siedzieć w bałaganie. Wszystkie książki równo poukładane, papiery na biurku posegregowane, a prace posprawdzane. Nadal miał kilka referatów do przeczytania, jednak wiedział, że skoro termin ostateczny mija dopiero we wtorek to wszystkie i tak dostanie pięć minut po północy. W środę. Jeszcze pamiętał, jak to jest być uczniem, więc takie zachowania wcale go nie zdziwiły.
Zaparzył sobie kawę, postawił filiżankę na biurku i zdejmując marynarkę rozejrzał się po pomieszczeniu. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Tylko, co to mogło być? Był na zajęciach, zrobił obchód, zajrzał do biblioteki. Siostrę po wyklinał w myślał jakąś godzinę temu. Codzienne sprawunki zdawały się być więc zrobione. Rzucił nakrycie na znajdującą się w głębi pomieszczenia kanapę i zasiadł na krześle. Wziął do ręki pióro i zaczął czytać jedną z prac. Wszystkie takie same - bo jak uczniowie mieli się wyprodukować, pisząc na taki temat? Nie miał jednak zbyt wiele do gadania, tematy prac zaliczeniowych zostały określone, zanim jeszcze przeniósł się do Hogwartu. Teraz zostało mu tylko je sprawdzić i przygotować egzamin dla odważnych, którzy postanowią pisać SUMy i OWUTEMy ze Starożytnych Run. Wątpił, by ktokolwiek się na to zdecydował.
Wiedziała, że nadszedł już dzień, w którym chcąc nie chcąc, musiała udać się do gabinetu nowego nauczyciela. Nie bez powodu po raz drugi wykonywała ten przeklęty amulet i pokłóciła się z Kaylin, żeby teraz go nie oddać.
Zacisnęła wargi w wąską linię, deptając w miejscu z jednej nogi na drugą. Otworzyła swój kufer w pokoju Hufflepuffu i wyciągnęła z niego kawałek drewna w kształcie półksiężyca z wyskrobaną runą. Przecież to tylko nowy nauczyciel. Nie zje cię i nie pogryzie. Słowem klucz, był tutaj „nowy”. Mimo, że dostała już od niego sowę z oceną za pracę pisemną, nie czuła się komfortowo, nie wiedząc jak nauczyciel od starożytnych run się zachowuje.
Wypuściła spokojnie powietrze z ust i wybyła z dormitorium. Nie zmarnuje przecież tak ładnego talizmanu, skoro mogła poprawić swoją ocenę.
Na drugim piętrze znalazła się stosunkowo szybko. Odnalezienie gabinetu, też nie okazało się zbyt trudnym zadaniem.
Szybkim ruchem poprawiła krawat, mundurek i umieszczenie torby na ramieniu. Musiała w końcu wyglądać nienagannie. Była prefektem!
Wyciągnęła rękę i zapukała do drzwi gabinetu. Cicho, ale zapukała. Nikt nie zarzuci jej, że nie próbowała. Liczą się chęci, prawda?
Nie miał zbyt wiele doświadczenia w nauczaniu, zaledwie krótki staż w Durmstrangu i miesiąc w Hogwarcie. Niemniej, wiedział jak to wszystko powinno wyglądać. Miał mnóstwo zapału i chęci. Miał, w przeciwieństwie do większości nauczycieli w tej szkole, powołanie. Nie znalazł się tutaj, bo coś mu w życiu nie wyszło. Wręcz przeciwnie, rzucił wszystko, gdy tylko dowiedział się, że ma szansę. Że może ułożyć swoje życie w szkole, gdzie przekazywanie wiedzy innym stanie się jego codziennością. Fakt, nie łudził się, by ktokolwiek chciał poznawać tajniki run w formie rozszerzonej. Miał jednak nadzieję, że chociaż jedna osoba zrozumie dzięki niemu magię ukrytą w znakach malowanych na kamieniach.
Patrzył na wypełnione kartki i kręcił głową zaznaczając błędy i niedopowiedzenia. Wiedza tych dzieciaków była... Ograniczona. Jeden krzyżyk, dwa kółeczka, łyk kawy. Kolejny krzyżyk, jedno koło, jeszcze jeden łyk i... Pukanie do drzwi sprawiło, że drgnął nieznacznie. Niby wiedział, że siedzenie w gabinecie to jego godziny pracy, podczas których był do dyspozycji uczniów. Niby tak, ale do tej pory nikt jeszcze nie raczył go odwiedzić. Nikt jeszcze... Ach, o mało nie zamyślił się nad sensem swojego istnienia.
- Proszę! - Powiedział głośno, czekając aż uczennica wtoczy się do środka. Uśmiechnął się do niej szeroko. - Dzień dobry. - Przywitanie wypowiedziane zostało głosem sympatycznym i miłym. Czekał, aż dowie się, po co dziewczę do niego przyszło.
A niech mnie! Usłyszała słowa, które niestety spowodowały, że musiała wejść do gabinetu nauczyciela starożytnych run. Nie mogła uciec i udawać, że nic się nie stało. Chociaż z drugiej strony… Mógł stwierdzić, że był to głupi żart ze strony pierwszoklasistów. Szansa ucieczki naprawdę spodobała się Puchonce. Niestety, musiała sprostać rzeczywistości. Nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do wnętrza gabinetu, starając się opanować odruch rozejrzenia się po pomieszczeniu.
Kobieca ciekawość nie miała granic.
- Dzień dobry. – przywitała się cicho, chociaż dosłyszalnie. - Nazywam się Addyson Clemen. – przedstawiła się pospiesznie, aby nowy nauczyciel wiedział z kim ma do czynienia. - Ostatnio na zajęciach oceniane były talizmany, które sami wykonywaliśmy… Profesor Bułhakow, powiedział, że będę mogła poprawić ocenę, jeśli wykonam nowy amulet, bo poprzedni nie wykonałam zgodnie z instrukcją w podręczniku…
Odruchowo jej ręce zawędrowały do skrawka jej mundurka i zaczęły się niespokojnie bawić jakąś zabłąkaną niteczką.
Gdy uczennica weszła do środka przyjrzał się jej uważnie, cały czas obdarzając ją uśmiechem. Wskazał na krzesło znajdujące się naprzeciwko niego, po przeciwnej stronie biurka, dając jej tym samym znak do tego, by usiadła. Napił się jeszcze łyka kawy i wsłuchał w to, co mówiła.
- Panna Clemen, tak? - Zapytał spoglądając w notatki, które otrzymał od Bułhakowa i zaznaczył sobie kropeczkę przy jej imieniu. Pokiwał głową na znak, że rozumie, co do niego mówi.
- Coś o tym słyszałem. Może mi pani pokazać swoją runę? Bo jak mniemam, ma ją już pani gotową. Chyba, że potrzebuje pani konsultacji? - Zapytał czekając na jej odpowiedź, a gdy dziewczyna ją udzieliła kiwnął tylko głową i rozsiadł się wygodniej na, z pewnością bardzo drogim fotelu.
- Napije się pani herbaty? - Zapytał zmieniając temat tylko na chwilkę. - Gdzie popełniła pani błąd ostatnim razem?
Powoli podeszła do biurka i zajęła miejsce naprzeciwko profesora. Pierwsze co rzuciło jej się w oczy? A raczej w tyłek? Krzesło było o wiele wygodniejsze niż te od Numerologa!
- Tak. – przytaknęła, chociaż bardziej widoczny był przytakujący ruch głowy, niż wydobywający się z jej ust szept.
- Nie, udało mi się zrobić już amulet i wydaje mi się, że tym razem nie nic nie pominęłam. – wykrztusiła w końcu. Musiała szybko wziąć się w garść!
Drżącymi rękami sięgnęła do torby, w której chwile poszperała, bo jak to zazwyczaj było z dziewczynami – w ich torebkach znajdowało się pół pokoju, a najbardziej potrzebne rzeczy leżały się na samym dnie. W końcu jednak udało jej się wydobyć amulet, który ostrożnie położyła na biurku nauczyciela. Nawet nie chciała myśleć, co by się stało, gdyby kawałek drewna przypadkowo zarysował powierzchnię blatu! Na Merlina!
- Eeeee… – skołowana propozycją nauczyciela, nie do końca wiedziała jak ma się zachować. - Nie, dziękuję… – wydukała speszona, a rumieńce na jej policzkach jeszcze bardziej się zaczerwieniły.
- Ostatnio pominęłam punkt z użyciem świecy… I podczas wykonywania amuletu rozmawiałam z współlokatorką z pokoju. Profesor Bułhakow, wyjaśnił mi już, że powinnam robić wszystko zgodnie z instrukcją…
Kiwnął więc głową i uśmiechnął się zadowolony, że udało jej się zrobić pracę samej. Prawdę mówiąc, koniec roku był już na zakręcie, więc lepiej żeby przychodziła już z gotową pracą niż miała się za nią dopiero zabierać. Jego zadaniem było nauczać i pomagać, ale obecnie do głównych zadań biednego Laytona należało jedynie... Wystawianie ocen. Cóż mógł na to poradzić? Być może, gdyby informacja o wolnej posadzie dotarła do niego wcześniej byłby tu od początku roku szkolnego? Wtedy z pewnością zdążyłby przekazać im wszystkim część swojej wiedzy. Teraz jedyne, co mu pozostawało to sprawdzenie tej, którą wbił w te młode umysły ktoś inny.
- Rozumiem więc, że tym razem postąpiła pani zgodnie z instrukcją. - Zaczął biorąc do ręki drewienko i oglądając je uważnie. Był na tyle doświadczony w obcowaniu z runami, że na pierwszy rzut oka wiedział, czy została ona przygotowana przez ucznia, czy pochodziła ze sklepu, w których robiono je hurtowo. Zawsze się różniły, a te robione samodzielnie miały więcej mocy. Pokiwał głową na znak, że jest w porządku. Oddał Addyson jej talizman i otworzył swój dzienniczek, w którym coś zanotował.
- Jeżeli wiesz już, gdzie leżał błąd to dobrze. Chciałbym jednak, żebyś pamiętała, że nie chodzi o suche instrukcje, ale przede wszystkim o pracę z sercem. Bez tego runa nigdy nie nabierze takiej mocy, jaką by mogła mieć. Za pracę otrzymasz Powyżej Oczekiwań. Mam nadzieję, że cię to satysfakcjonuje.
- Tak… Pomogła mi przy nim Kaylin Wittermore. – wyjaśniła, przekrzywiając lekko głowę na bok. - To znaczny… Towarzyszyła mi, kiedy wykonywałam ten talizman i pilnowała, żebym niczego nie pominęła. – dopowiedziała pospiesznie, aby nauczyciel nie pomyślał, że Krukonka zrobiła całą pracę za nią. Addyson uważnie dłubała dłutem w kawałku drewna, naprawdę się starając i męcząc przy tym.
Odebrała od mężczyzny amulet i wrzuciła go w czarną dziurę jaką była torba Puchonki. Splotła palce ze sobą, zaciskając je tak mocno, że po pewnym czasie poczuła jak krew nie dopływa do koniuszków jej palców, ale nie odpuściła.
- Tak… Rozumiem… Kaylin i profesor Bułhakow mi już wszystko wytłumaczyli. – przytaknęła lekko głową. Podczas robienia talizmanu, myślała o Ururu… Czy to oznaczało, że kawałek drewna nabrał większej, lepszej energii?
- Oczywiście… Powyżej Oczekiwań jest bardzo dobrą oceną. – na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- Eeeeee… Mogę już iść? – wstała z krzesła tak szybko, że prawie je przewróciła.
Słuchał uważnie, co miała mu do powiedzenia, choć w rzeczywistości - nie mówiła niczego istotnego. on jednak uważał, że każde płynące z ust uczennicy słowa mogły być ważne, dlatego też nie bagatelizował ich tylko dlatego, że dotyczyły czegoś, co on już bardzo dobrze znał, a ona starała się najzwyczajniej w świecie zaliczyć przedmiot.
- Wittermore? - Zapytał, nie kojarząc jeszcze nazwisk. Zajrzał do swojego prywatnego dzienniczka i ujrzał w nim nazwisko i imię dziewczęcia, o którym mówiła siedząca naprzeciwko niego uczennica. Same wybitne, no proszę. Uśmiechnął się pod nosem.
- Widzę, że rozważnie wybrałaś sobie osobę do pomocy. - Zaczął i uśmiechnął się do niej ciepło. Dobrze, że była zadowolona z oceny, bo i tak by jej nie podniósł. Zrobiła, co mogła i to się chwaliło, lecz na wybitny w jego mniemaniu to za mało. Zwłaszcza, że nie dostrzegał w niej pasji. Tego ognia, którego oczekiwał po swoich uczniach. Ale jeszcze się nie poddawał. W całej szkole musi być ktoś, kto będzie rozumiał jego zapał. Może ta cała Wittermore?
- Jeżeli nie masz żadnych pytań możesz wyjść. Pamiętaj proszę o referacie zaliczeniowym, jeżeli chcesz mieć lepszą ocenę warto spróbować. I w razie pytań i kłopotów zapraszam do siebie. - Pożegnał się z nią, odprowadzając ją wzrokiem do drzwi, a potem wrócił do sprawdzania referatów i sprawdzianów - do czynności, którą przerwał, gdy Clemen zawitała w sali.

Sesja zakończona

@Addyson Clemen: +10 PN
@Layton Lestrange: +10 PN, +10ʛ

Addyson Clemen, Layton Lestrange
Koniec sesji
Sowa z wystawioną oceną niedostateczną nie zaskoczyła jej ani trochę. Cóż innego mogła spodziewać się dostać za pracę w pełni świadomie nieoddaną? Zażenowana całą sytuacją, nie miała innego wyboru jak udać się do gabinetu profesora i błagać o kolejną szansę, przebaczenie, cokolwiek, co tylko przepchnęłoby ją do kolejnej klasy. Anastasia Fitzgerald, promyczek na tle Gryffindorskich orłów walczyła teraz o zaliczenie roku, do czego to doszło.
Nie wiedziała kogo się spodziewać i na co mogła liczyć, fakt że udawała się do całkowicie nowego nauczyciela, z którym dotąd nie miała do czynienia, peszył ją i denerwował niesamowicie. Jaką kartą zagrać? Rozpłakać się czy grać twardą? Nie powinna była dopuścić do tego wszystkiego, ale niemoc i przytłoczenie skutecznie wyeliminowany z jej umysłu myśli obowiązku i determinacji.
Zapukała nieśmiało do gabinetu profesora i nerwowo oczekiwała odpowiedzi zza drzwi. Ironicznie, ale gdyby zastała jedynie pustkę i głuchą ciszę, to odetchnęłaby z ulgą, iż nie musi przechodzić przez stresującą rozmowę właśnie teraz.
Nigdy nie sądził, że gdy już zostanie nauczycielem będzie się tak bardzo... nudził. Koniec roku dobiegał końca, on sprawdził wszystkie referaty (przyszło ich tak mało, że bez wyrzutów sumienia stawiał trolle tym, co sobie odpuścili, a tym, którym choć trochę się chciało podwyższył ocenę o jeden, nawet tego nie ukrywał), wystawił oceny końcowe i nawet ułożył już pytania na nadchodzące egzaminy roczników piątych i siódmych. I... na tym kończyła się jego praca. Całymi dniami siedział więc w gabinecie, z nosem w swoich książkach, które wertował w poszukiwaniu informacji, na których mógłby oprzeć swoje tezy i poprzeć je w najnowszej, dopiero pisanej książce. Zdążył już nawet poprzekładać wszystkie tomy na regale t r z y razy. W pewnym momencie poddał się, bo nikt nie był skory zapukać i zająć mu chociażby chwili jakąś głupotą. Rozłożył się na leżącej w kącie sofie i nim się obejrzał... przysnął.
Rozbudziło go dopiero, jeszcze kilka godzin temu upragnione, pukanie do drzwi. Poderwał się, niczym najszczęśliwszy człowiek na świecie i pognał do drzwi, otwierając je szeroko i witając uczennicę uśmiechem. Odrobinę potargany, z odciśniętym zagięciem skóry z kanapy na policzku zaprosił dziewczynę do środka.
Nie chciała witać nowo poznanego nauczyciela opadniętą szczęką i wytrzeszczem oczu, ale szczerego zaskoczenia nie była w stanie ukryć. Uśmiechnięty, piękny Młody Bóg okazał się być najświeższym nabytkiem Hogwartu. Nabytkiem, od którego teraz zależał jej los.
Weszła speszona do środka, w myślach karcąc się o nie pomyślenie o CHOCIAŻBY subtelnym przypudrowaniu poparzonej, czerwonej gęby smażonego raka. CO ZA WSTYD.
- Dzień dobry, ja - urwała na chwilkę tracąc koncentrację w kontakcie z jego twarzą - Mam na imię Anastasia Fitzgerald i jestem uczennicą szóstej klasy. Jedną z tych, których najpewniej profesor nie chciałby widzieć u siebie w gabinecie - uśmiechnęła się przepraszająco, choć nie była pewna czy przez taką frywolność zapracuje sobie na przebaczenie i kolejną szansę - Ponieważ przez ostatnie tygodnie nie byłam obecna na zajęciach oraz nie oddałam referatu w wyznaczonym terminie, wierzę że przysługuje mi nic innego jak troll na koniec roku. Ja... profesorze, nigdy nie byłam najlepszą uczennicą jeśli chodzi o starożytne runy, ale najniższą oceną dotąd dostałam z tego przedmiotu był zadowalający. Nie chcę używać wymówek ani się usprawiedliwiać, bo najpewniej gdybym lepiej zarządzała swoim czasem to udałoby mi się wykonać pracę na czas i... - głos jej się mimowolnie załamał, choć nie była to kwestia przywołania traumatycznych wspomnień i wydarzeń. Presja i stres zdawały się ją najzwyczajniej w świecie przytłaczać - Chciałabym prosić o ostatnią szansę. Cokolwiek, co mogłoby poprawić moją końcową ocenę.
Nie padła na kolana, ani nie zaszlochała dramatycznie, a mimo tego twarz jej całkowicie mimowolnie przybrała grymas przypominający małego , przestraszonego kotka, który zagubił się gdzieś w ciemnej alejce i szukał mamy.
A więc była na jego łasce.
Przyglądał się uczennicy z szerokim uśmiechem, naprawdę zadowolony z faktu, że ktoś wreszcie do niego zawitał. Spojrzał na poparzoną twarz dziewczyny i domyślił się, że była jedną z ofiar marszu Hogsmeade, o którym pisano w każdej gazecie, z Prorokiem na czele. Nie rozumiał jej logiki, bo choć była młoda, wydawało mu się, że powinna być na tyle dojrzała (siedemnaście lat w jego mniemaniu to bardzo dużo, sam w tym wieku miał już ścisły plan na swoje życie i pierwsze kroki w tę stronę poczynione) by wiedzieć, że takie wydarzenia nie są odpowiednie dla uczniów. No i sam był przedstawicielem ortodoksyjnej rodziny, która nie chciała mieć niż wspólnego z ROMem. Nie znaczyło to jednak, że gardziłby nią za jakiekolwiek poglądy.
- Spokojnie. - Powiedział głosem łagodnym, uspokajającym i zaprosił ją do środka. Wskazał jej dłonią krzesełko przy biurku i machnięciem różdżki włączył palnik pod czajniczkiem, w którym zaparzyć się miała herbata.
- Napijesz się? - Mówiąc to przystawił swoje krzesełko do niej tak, by blat biurka ich od siebie nie rozdzielał. Widział, że dziewczyna naprawdę się stresuje, a jemu serce by pękło, gdyby miał oblać kogoś, komu tak zależało.
- Przede wszystkim, drzwi tego gabinetu są otwarte dla każdego, kto potrzebuje pomocy, niezależnie czy chodzi tylko o lekcje czy rozmowę, więc nie masz się czym przejmować. Faktycznie, mogłaś się za to zabrać wcześniej, niemniej czasu nie cofniesz. Cieszę się, że jednak się pojawiłaś i myślę, że bez problemu możemy coś wymyślić, żeby zaradzić sytuacji, w jakiej się znalazłaś. Jestem tu nowy i jedyne, co mam to zapiski poprzedniego nauczyciela, a z nich wynika, że w tym semestrze nie otrzymałaś żadnej oceny. Powinnaś mieć przynajmniej dwie, z referatem trzy. Rozumiem, że przez nieobecność nie byłaś w stanie napisać testu, jaki przygotował dla was profesor Bułhakow. Może spróbujesz z amuletem? Powinnaś było go mieć chociaż w jakimś stopniu zrobionego, bo z tego co wiem zadanie to otrzymaliście bardzo dawno temu. jeszcze przed wydarzeniami, które spowodowały twoją nieobecność. - Tak się przejął przestraszoną uczennicą, że zapomniał o wpajanej mu od dziecka formułce grzecznościowej. Powinien był zwracać się do niej sztywnym panno Fitzgerald, ale ostatecznie od razu zwrócił się do niej w formie ty. No cóż, trudno.
Prawdę powiedziawszy, wielokrotnie zastanawiała się nad tym, jak jej wybryk mógłby być postrzegany przez kadrę nauczycielską. Nie w kontekście złamania szkolnego regulaminu, a w kwestii czysto ideologicznej, sprawach o których z profesorami się po prostu nie dyskutowało. Anastasia mogła jedynie się domyślać, czy taki Bułhakow albo dyrektorka nią pośrednio gardzili. Byli przecież ludźmi, tak jak my wszyscy i tego typu sympatie nie trudno było przelać na pole relacji uczeń - nauczyciel. Ale... czy kiedykolwiek byłoby jej dane wyrwać się poza sztywne ramy ich rzeczywistości i tak od serca, całkowicie szczerze, usłyszeć od nich wszystkich, co tak naprawdę siedziało pod ich dorosłymi kopułkami?
- Na razie podziękuję, w obecnym stanie pewnie bym ją na siebie wylała - odpowiedziała grzecznie, wyciągając przed siebie drżące niczym dwie galarety dłonie. Pół żartem, pół serio, bo znając jej gapiostwo podobna sytuacja nie należała wcale do grona tych nieprawdopodobnych.
Mężczyzna nie wyglądał na surowego tyrana jakim był chociażby Rutherford, a mimo tego, siedząc sztywno na podsuniętym krzesełku, łapki zaciskała mocno na suwaku masywnej torby, która spoczęła na jej kolanach.
Powinnaś mieć przynajmniej dwie, z referatem trzy oceny.
Amulet.
Skostniała ostatecznie na jego słowa, wpatrując się tępo w śliczniusią twarz Pana Lestrange. Przegrała.
- T-tak, to było zadane bardzo dawno temu, profesorze. - przytaknęła bezsensownie, kupując sobie sekundy czasu przed wygnaniem z gabinetu. Złapała za torbę, zaszeleściła papierkami, po czym z jej dna wyciągnęła niewielki, lekko trącony pyłem i zanieczyszczeniami bloczek orzecha białego.
- Ponieważ koncept i wszystkie niezbędne do tego informacje przygotowałam sobie dużo wcześniej, odłożyłam stworzenie talizmanu na ostatnią chwilę... wiem jak głupio to zabrzmi, ale byłam wtedy wyjątkowo nabuzowana i zdenerwowana przez pewną osobę i była to jedyna rzecz, o której myślałam. Wydawało mi się, że powinnam najpierw wyciszyć negatywne emocje związane ze sprawą, bo nie wpłynęłoby to dobrze na proces tworzenia - wyjaśniła przełykając głośno ślinę. Serio, tłumaczyła się z braku posiadania talizmanu... sytuacją z MALFOYEM? O na Merlina, oby tylko nie potrafił czytać jej w myślach, bo spłonęłaby (tym razem niedosłownie) ze wstydu.
Ponownie zanurkowała w głębinach pokaźnej torby, wyciągając z niej zeszycik z run, z którego wnętrza wypadło kilka kartek. Położyła je na biurku, tuż obok bloczka drewna.
- Wypisałam tutaj nawet runy, nad którymi się zastanawiałam - pokazała paluszkiem na pismo, przesuwając się w stronę kartek, na których kaligraficznie ćwiczyła zapis runy - Wybrałam Kenaz i pewnie mam teraz nauczkę, że jej nie zrobiłam wcześniej i ze sobą nie nosiłam.
Ha, mimo trzęsących łydek i rosnącego zdenerwowania, udało jej się zażartować z własnej głupoty i tragedii, jaka spotkała nie tylko nią, ale i dziesiątki ludzi, którzy stracili życie podczas tamtego feralnego dnia. Nie uśmiechnęła się jednakże, odetchnęła jedynie ciężko i spuściła głowę.
- ... o naładowanie pozytywną energią może być ciężko, ale jeśli tylko profesor mógłby dać mi kilka godzin... skończyłabym to nawet dzisiaj. Naprawdę mi zależy.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15