Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Mieszkanie S. Lopes [Lambeth]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32

Mieszkanie S. Lopes


Adres: Hatfields, South Bank, Lambeth, Londyn, Anglia



[Obrazek: MKK8Fzk.jpg]

Niewielkie mieszkanie na pierwszym piętrze sporej kamienicy. Wewnątrz znajduje się kuchnia, łazienka, salon i sypialnia. Każde z pomieszczeń jest wyjątkowo zadbane i trudno dojrzeć warstwę kurzu, albo porozrzucane rzeczy, bo pani domu wyjątkowo dba o to, aby wszystko znajdowało się na własnym miejscu. Po mieszkaniu kręcą się dwa koty, pufek oraz domowy skrzat, który stara się, aby zwierzęta nie narobiły bałaganu.


Właściciel: Sophia Lopes
Mieszkańcy: Sophia Lopes, Joaquim Theodore Lopes, Maria Lopes [NPC]
Skrzaty: Chucherek


19 październik 1934

Ven tego dnia odezwał się do Sophii przez lusterko dwukierunkowe. Przekazał jej, że dzisiaj do niej wpadnie o 16. W Londynie wylądował jednak o 15. Musiał przemyśleć to, co sobie postanowiła. Od ostatniego spotkania z Sybillą minęło trochę czasu, ale to co wtedy się tam wydarzyło dało mu wiele do myślenia. Chciał w końcu nabrać tej cholernej odwagi względem do Sophii. Pamiętał do tej pory rozmowę z Gieną podczas swoich urodzin. Może tak się uwolni od tego potwora? Może dzięki temu będzie bliżej Sophii? Nie wiedział, ale cholernie bał się, że dziewczyna go znienawidzi, w końcu jest dla niej tylko bratem. Nie powinien nawet tak myśleć, nie powinien jej kochać, a jednak. To właśnie do niej czuje. Obawiał się też, że nie będzie zdolny do okazywania tych uczuć na dłuższą metę,  że to co czuł to tylko głupie zauroczenie i po chwili sielanki wszystko pryśnie. Cicho westchnął i wszedł do kamienicy, gdzie mieszkała Soph. Skierował się do drzwi, za którymi zapewne na niego czekała. Zapukał na nie i czekał, aż mu otworzy, gdy tylko to zrobiła wszedł do niej. Był widocznie zdenerwowany i Sophia mogła zauważyć, że nie zachowywał się tak jak zwykle, że był zbyt rozemocjonowany. Maska obojętności na przemian pojawiała się i znikała dając w tym momencie ujście jego zdenerwowaniu.
- Cześć - uśmiechnął się w tak dziwny sposób jakby właśnie stracił rękę i chciał kogoś przekonać, że wcale nie boli. - Nie będę nic mówił - mruknął i zbliżył się do niej, złapał ją w pasie jedną ręką, spojrzał w jej intensywnie niebieskie oczy, a w następnej chwili pocałował ją przypierając do czegoś, czego nawet nie zlokalizował. Zamknął oczy czekając aż fala zaskoczenia minie z ciała i umysłu zaatakowanej dziewczyny. Wsunął wolną dłoń w jej włosy i pogłębił pocałunek.
Była podekscytowana faktem, że Ventus miał złożyć jej wizytę. Specjalnie dla niego wzięła dwa dni wolnego w pracy, aby wysprzątać dom, chociaż wiedziała, że Ven nie zwróciłby uwagi, gdyby w jej małym mieszkaniu panował istny burdel.
Pognała boso do drzwi, kiedy tylko usłyszała pukanie.
- Cześć!– Przywitała Gaunta entuzjastycznie z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy. Cieszyła się z wizyty Ventusa od chwili, kiedy dostała od niego list, w którym zapowiedział, że się u niej pojawi. - Wszystko w porządku? – Zagadnęła widząc minę mężczyzny, a uśmiech z jej twarzy powoli zszedł. - Coś się stało?
Przyparta do pobliskiej rzeczy, jęknęła cicho z bólu, kiedy wieszak znajdujący się za nią, wbił się w jej nerkę. Nie sprzeciwiała się jednak, bo adrenalina, która zaczęła krążyć w jej żyłach, skutecznie niwelowała cały dyskomfort.
W ogóle nie była przygotowana na taki atak ze strony Ventusa. Spojrzała na niego zaskoczona, a w chwili, kiedy jego usta przywarły do jej warg, westchnęła cicho, odruchowo zamykając oczy i oddając pocałunek jakim została obdarzona. Łapki dziewczyny powędrowały do karku chłopaka, jakby próbowała zatrzymać go przy sobie i nie pozwalając mu uciec, gdyby naszła mu na to ochota.
Dopiero po dłuższej chwili powoli oderwała się od ust Gaunta, oddychając szybko i próbując pozbierać rozproszone myśli. W końcu jednak odważyła się otworzyć oczy. Zamrugała kilkakrotnie powiekami i lekko zmieszana, przygryzła lekko dolną wargę, spoglądając w oczy Ventusa.
- Cześć…- Szepnęła znów cicho, nie do końca wiedząc jak ma się zachować. Właśnie dała się ponieść chwili, jednak… nie żałowała. I na pewno żałować nie będzie.
Zrobiło mu się tak ciepło pod wpływem miękkich warg Sophii, że serce przyśpieszyło mu tempa. Pierwszy raz tak się czuł - nie licząc tego dnia, gdy miedzy nimi prawie do czegoś doszło kilka lat temu. Serce jakby po kilku latach nie użytku wreszcie zaczęło pracować. Jakby kurz i pajęczyny nareszcie zostały nieposprzątane. Zagryzł lekko jej wargę, a następnie lekko pociągnął i ponownie złączył ich usta w pocałunku. Nie pozwalał jej odsunąć się. Chciał, aby dziewczyna była tuż przy nim, chciał ją mieć blisko jak jeszcze nigdy.
Jego lewa dłoń mocno spoczywała na jej pasie obejmując ją mocno przyciskając ją przy tym do siebie. Gdy tylko oderwała się od niego mruknął cicho. Zbyt mało, zbyt krótko, zbyt szybko. Nie był gotowy, aby już spojrzeć w jej oczy. Nie chciał, aby tak szybko się od niego odsuwała. Był egoistą, chciał jak najwięcej, więc nic dziwnego, że jej nie dopowiedział, tylko ponownie ją pocałował, ale teraz odsunął ją trochę, aby nic nie wbijało się w jej plecy.
Oh Ventusie, wszystko zniszczyłeś, gratulacje. Ona cię znienawidzi, gdy zrozumie co się stało. Jak mogłeś ją pocałować?! Ostrzegałam cię, że jest to błąd, że nie możesz! Nikt ciebie nie pokocha! Musisz skończyć tą groteskę!
Zmarszczył brwi, ale nie przerywał pocałunku. Dopiero, gdy te myśli dotarły do jego podświadomości odsunął się od niej zbyt gwałtownie. Odwrócił wzrok patrząc gdzieś w bok dosyć nisko. Co miał powiedzieć? Jak się zachować? Zrobił z siebie idiotę, ale nie mógł już dłużej ukrywać przed nią swoich pragnień.
- Przepraszam, ale kocham cię Sophio - powiedział cicho, spojrzał na nią i ruszył do wyjścia. Najgorsze pożegnanie na świecie, o ile ta dziewczyna pozwoli na to, by było to pożegnanie.
Po jej plecach przebiegły dreszcze, a w brzuchu pojawiły się motylki, kiedy całowała się z Ventusem. Jej Ventusem. Jej najlepszym przyjacielem. Jej brat… Nie. Barman nie był jej bratem, nieważne jak bardzo próbowała sobie wmówić, że właśnie taka relacja rozgrywała się pomiędzy nimi. Już od dawna chłopak był dla niej kimś więcej, jednak Templer za wszelką cenę, próbowała wyperswadować ową myśl ze swojej głowy.
Doskonale pamiętała co wydarzyło się (albo raczej nie) kilka lat temu, dzień przed Bożym Narodzeniem. Teraz, gdy Gaunt przyciskał ją do siebie, wszystkie wspomnienia wybuchnęły w jej głowie, tworząc nową supernowę.
Gdy w końcu Ventus odsunął się od niej, odrywając usta od jej warg… zaraz, zaraz… Chłopak odskoczył od niej, jakby właśnie został przez nią poparzony, albo  ugodzony silnym zaklęciem.
Z jej gardła wydobył się niekontrolowany, cichy jęk zawodu. Przeniosła niebieskie tęczówki na Gaunta, kiedy ten rzucił w nią słowami, które zszokowały ją bardziej niż Avada Kedavra wycelowana w jej ciało.
Jak po tym wszystkim mógł tak po prostu sobie pójść i zostawić ją w jej czterech kątach porzuconą z własnymi myślami?
- Na Merlina… – Burknęła osłupiała, wgapiając się w plecy Ventusa.
- Gdzie ty do cholery idziesz?! – Oburzyła się, kiedy wszystko do niej w końcu dotarło i na tyle ile pozwoliło jej drżenie nóg podeszła do chłopaka i chwyciła go za rękę, zaciskając palce na jego nadgarstku. Nie wiedziała, co powinna teraz powiedzieć, a co dopiero zrobić. Tak. Tej najbardziej gadatliwej kobiecie na ziemi zabrakło słów.
Gdy poczuł jej drobną dłoń na swoim nadgarstku przez jego ciało przeszedł dreszcz. Zatrzymała go. Czemu do cholery go zatrzymała? Czemu kazała mu się zatrzymać? Czemu zadaje mu takie pytania? Przecież on nie wie czemu to zrobił. Jasne zrobił to, bo ją kochał, ale czemu teraz? Czemu po tylu latach? Czemu?! Do cholery czemu musi gapić się na niego w ten sposób? Dlaczego jej oczy go przyciągają.
- Soph - szepnął. - Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie wiem też czemu cię kocham. Tyle lat to w sobie dusiłem, tyle lat przy tobie byłem, a zawsze mówiłaś, że jestem tylko twoim bratem, a może aż - szepnął i nie patrzył na nią. Nie potrafił. Ta chwila szczerości zbyt wiele dla niego znaczyła. To ona zbyt wiele dla niego znaczyła. Nie chciał widzieć w jej oczach zawodu, smutku, a zwłaszcza tego uczucia, które mówiłoby przepraszam, ale ja tego nie czuję. Nie chciał tego, nie zniósł by tego. - Może nigdy nie zasługiwałem, aby być blisko ciebie, nie wiem czemu, gdy tylko tego chciałaś leciałem do ciebie na złamanie karku. Ja odrzucam ludzi, wręcz ich nie potrzebuję, a myśl, że kiedyś mogłabyś być w ramionach innego sprawiała, że nie chciałem na to pozwolić, chciałem, aby ci wszyscy mężczyźni, którzy przebywali przy tobie zniknęli. Byłem gotowy nawet wszystkich zniszczyć byle byś była przy mnie, ale nigdy nic nie zrobiłem. Chciałem, abyś była szczęśliwa, ponieważ ja ci tego szczęścia nie mogę dać - wyszeptał. - Jestem dobry tylko wtedy, gdy jestem twoim przyjacielem. Przepraszam, że cię kocham - szepnął. Podszedł do niej i ją pocałował. - Nie idź za mną. Zostań tu i przemyśl to - pocałował ją w czoło, aby poczuła, że chce jej bezpieczeństwa.
Odsunął się i wyszedł z jej mieszkania. Tak wiele to go kosztowało, ale gdyby był przy niej dłużej nie wytrzymałby dłużej.

Koniec sesji
W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Łzy, które świadczyły o jej bezradności. Nienawidziła tego uczucia, kiedy nie potrafiła nic zrobić. Czuła się jak przestraszone szczenię zagonione w kąt pokoju, skąd nie ma ucieczki. Ściany pokoju zaczęły przybliżać się do czarownicy, dusząc ją i nasilając atak paniki.
Przyjaźń z Ventusem nie mogła skończyć się tak szybko i w tak brutalny sposób. Tak naprawdę oprócz niego nie miała nikogo z kim mogłaby szczerze porozmawiać, napić się kremowego piwa czy udać się na tańce.
Mimo wszystko nie potrafiła go zatrzymać. Z jej ust nie wydobyło się żadne słowo, a kiedy wpatrywała się w plecy Gaunta po jej policzkach pociekły łzy, a z nadmiaru emocji włosy przybrały zgniłozielony kolor.
Nie potrafiła zatrzymać barmana, który opuszczał jej mieszkanie. Tak bardzo cieszyła się na ten wieczór, który miała spędzić razem z nim, a tymczasem zakończył się w zupełnie nieoczekiwany sposób.
Przez dłuższą chwilę bezczynnie stała w przedpokoju, będąc w takim szoku, że nie potrafiła się poruszyć. Dopiero po kilku minutach chwyciła za swoją kurtkę i wybiegła na dwór. Musiała się przewietrzyć i pozbierać myśli.


Koniec sesji

14 luty 1935


Dzień zakochanych. 14 luty. Ten czas dla niego był mało znaczący. Był wręcz taki jak każdy inny dzień, ale kilka dni temu podsłuchał rozmowę pewnych kobiet, które wręcz podniecały się tym dniem, więc stwierdził, że musi coś wymyślić dla Sophii. Była w końcu dla niego ważna - nie chciał, aby myślała, że o niej nie myśli. Jednak po ostatnim spotkaniu z rodziną strasznie zaczynał wątpić, czy to co ich łączy powinno istnieć. Momentami chciał zniknąć z jej życia i walczyć o to, co do niego należy jeśli chodzi o jego nazwisko. Czasami denerwowało go to, że były te cholerne podziały na czystość krwi, bo miał świadomość, że on i Sophia nie mają racji bytu, ale nie teraz o tym. Teraz trzeba powiedzieć, że się przygotował na ten dzień dosyć wyjątkowo. Chciał zrobić Sophii niespodziankę. Dowiedział się też, że ma być noc spadających gwiazd, więc postanowił, że razem z nią obejrzy te gwiazdy. Gdy podsłuchiwał tamte kobiety jedna z nich mówiła, że jest to romantyczne. Nie znał się na tych bzdetach, ale kobiety lubią romantyczne rzeczy, a Soph w końcu jest kobietą, prawda? Kupił czerwone róże i teleportował się do domu Sophii do jej salonu. Widząc ją uśmiechnął się.
- Powinnaś używać jakichś zaklęć ochronnych na swoje mieszkanie - powiedział na samo dzień dobry. Nie, on nie potrafił być romantyczny.
Powiedzmy sobie szczerze – nie liczyła na jakieś specjalne zachowanie Ventusa w dniu zakochanych. Wiedziała jakie młody Gaunt ma podejście do świąt, więc nie miała zamiaru mu się narzucać tak zwyczajnego dnia, jakim był 14 luty.
Oczywiste, że Templerówna chciała spędzić z nim ten dzień, ale nie było to coś, na czym jej jakoś specjalnie zależało i do czego przygotowywała się cały poranek.  
Jak gdyby nigdy nic siedziała w swoim salonie, zafascynowana Venus, która machała swoją łapką, aby uparcie złapać dłoń Sophii. Stara panna z kotką. Uroczy widok.
Gdy usłyszała głos w jej mieszkaniu podskoczyła gwałtownie wydając z siebie nieartykułowany dźwięk i zamiast chwycić różdżkę, aby zadać cios złodziejowi, złapała za jedną z kolorowych poduszek i rzuciła nią w… Ventusa.
Dopiero, gdy poduszka doleciała do niego i odbiła się od jego twarzy lądując na ziemi, zorientowała się, kto postanowił zrobić jej niezapowiedzianą wizytę.
– Zwariowałeś?! Nie umiesz wchodzić drzwiami jak każdy normalny człowiek?! – Merry również namawiał ją na rzucanie zaklęć ochronnych na jej małe mieszkanko, ale problem był jeden: Za każdym razem musiałaby usuwać barierę i nakładać ją na nowo, gdy tylko wchodziła lub wychodziła z mieszkania, a to było naprawdę kłopotliwe, i no cóż… Często o tym zapominała.
Stał jak zwykle prosto i z kamiennym wyrazem twarzy. Jak zwykle nie spodziewał się po niej czegoś normalnego w chwili, w której ją przestraszył. Dlatego poduszka, która uderzyła go w twarz po prostu się od niej odbiła i spadła na ziemie z głuchym dźwiękiem uderzenia. Słysząc jej słowa uśmiechnął się lekko i podszedł do niej. Nachylił się ignorując jej narzekania i pocałował lekko jej usta. Tak się to chyba robi, nie? Podsunął jej pod nos kwiaty i podrapał się w tył głowy.
- To dla ciebie - mruknął cicho. - Nie znam się na tych rzeczach, ale słyszałem, że walentynki spędza się z kimś kogo się bardzo lubi - mruknął ciszej i wziął głęboki wdech.
Serce mu waliło tak mocno, że nie do końca wiedział, co ze sobą zrobić. Gdy dziewczyna wzięła od niego kwiaty odsunął się od niej lekko. Połowa załatwiona. Teraz tylko zaczekać na gwiazdy i iść na nie patrzeć, nie? W sumie nie wiedział w tym sensu gapić się na jakieś kamienie, które spadają z góry. Lubił astronomię, ale nie lubił podziwiać, czegoś co według niego było tylko kamykiem kosmicznym.
- Dzisiaj jest noc spadających gwiazd. Pomyślałem, ze chciałabyś je ze mną obejrzeć - dodał. Widać było, że się w tym gubił, ale się starał.
Dopiero po pewnym czasie, kiedy nerwy już opadły, zauważyła bukiet trzymany w ventusowych rękach.
– Oh… – Szepnęła cicho, ze świstem wypuszczając powietrze z pomiędzy lekko rozchylonych warg. Nie spodziewała się żadnego prezentu ze strony Ventusa, a kwiaty…? Zanurzyła nos w bukiecie zaciągając się przyjemnym zapachem roślin, a tym samym ukrywając rumieniec, który wpełzł na jej policzki. Niestety włosów, które zmieniły kolor na różowy, nie potrafiła zbyt dobrze i szybko zakamuflować.
– Czyli bardzo mnie lubisz? – Na jej ustach zaigrał zadziorny uśmieszek, kiedy wypowiadając słowa, odkładała bukiet kwiatów na stolik. Później zajmie się włożeniem roślin do wazonu.
Przekrzywiła lekko głowę na bok, widząc jak Ventus niepewnie stawia kroki do tyłu, jakby szykował się do ucieczki. Już raz pozwoliła mu uciec z niewygodnej dla niego sytuacji i mógł mieć pewność, że już się to więcej nie powtórzy. Dlatego też po odłożeniu kwiatów podeszła do mężczyzny i zawiesiła dłonie na jego szyi, mocno się do niego przytulając.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się szeroko, dając mu buziaka w policzek.
Widząc jej różowe włosy pokręcił głową. Lubił jej zmiany i takie tam. Ciekawiło go to nawet w pewnym stopniu. Chciał już do niej podejść, ale sama to zrobiła. Zanurzył nos w jej włosach i przymknął oczy. I co on ma do jasnej cholery zrobić? Jak ma cokolwiek ruszyć w swoim życiu kiedy ona jest przy nim, kiedy jest tak blisko, kiedy jest taka ufna? Jak ma ją zranić jeśli każda najmniejsza kropelka łez na jej policzkach sprawia, że leci do niej i ją pociesza? Dlaczego ona stała się jego piętą Achillesa? Ludzie! Dlaczego człowiek musi mieć słabości? Dlaczego taka istotka jak Sophia Templer musi istnieć? Nie. Inaczej. Dlaczego taka Sophia w ogóle zwróciła na niego uwagę?
Ona jest przedstawicielem prawa, a on jest w trakcie łamania go. Ona jest taka niewinna, a on jest cholernym chamem, który czeka nieświadomie na śmierć ojca, aby polepszyć sobie życie, aby wrócić w szeregi czystokrwistych, gdzie ni będzie miejsca dla takiej Sophii. Mocniej ją objął i ciężko westchnął. Powinien stąd wyjść, stąd uciec. W ogóle nie powinien się tu pojawiać, nie powinien jej pokazywać, że mu zależy. Powinien wszystko olać i się nie starać.
I stać się Ruskiem z baru.
Drgnął nieznacznie słysząc swoje myśli. Nie. Tym nie chciał być. Nie chciał być takim cholernym potworem. Nie chciał być chorym z samotności człowiekiem, który tuła się po barach i chleje whisky.
- Kiedykolwiek w to wątpiłaś? - zapytał i pocałował ją tym razem bardziej namiętnie.
– Oczywiście! W szkole często traktowałeś mnie jak powi… – Nie dokończyła, bo Ventus brutalnie przerwał jej pocałunkiem. Nie żeby się sprzeciwiała i miała mu to za złe, bo skoro chciał jej przeszkadzać w taki sposób, to ze strony Sophii miał drogę otwartą.
Odruchowo zawiesiła jedną rękę na jego szyi, a palce drugiej dłoni zostały zaczepione o zdecydowanie zbyt długie włosy z tyłu głowy Ventusa.
Dość szybko została jednak zmuszona do oderwania się od mężczyzny, bo jej kotka postanowiła zaznajomić się z bukietem, który otrzymała od młodego Gaunta. Najpierw usłyszała jak kwiatki lądują na podłodze, a później głośne miauczenie i szelest niszczonych roślin.
Pospiesznie odskoczyła od gościa i kucnęła, aby przegonić Venus i podnieść bukiet, który na całe szczęście w dalszym ciągu prezentował się dość dobrze, chociaż na dywanie pozostało kilka zielonych, rozerwanych na strzępy liści.
– Venus chyba też spodobał się twój bukiet. – Zaśmiała się cicho, znów zbliżając się do chłopaka, tym razem dając mu jedynie buziaka w policzek.
– Napijesz się czegoś? – Zaproponowała kierując swe kroki do kuchni w poszukiwaniu wazonu.
W sumie miała rację. Zawsze traktował ją jak kogoś, kto nie jest dla niego ważny, jak kogoś kto może przy nim istnieć. Gdy siedzieli razem na przerwach, gdy ona mu coś opowiadała, on był w stanie wstać w połowie zdania i ruszyć przed siebie, bo miał dość siedzenia, bo chciał iść na wieżę zapalić, a ona po chwili ruszała za nim. Był popieprzonym chamem, który myślał, że tak się do nikogo nie przywiąże, a tu patrzcie - był w jej domu, całował ją i zapraszał na randkę. To było chore z jego punktu widzenia i chyba kogokolwiek.
Gdy Soph się odsunęła, bo kot gryzł kwiaty przewrócił oczami. Nie zależało mu na tych kwiatach, dał je, ponieważ słyszał, że nie wypada przyjść do kogoś z pustymi rękami. Były tylko roślinkami, które za kilka dni zwiędną i czy uschną, czy kot je zje było mu obojętne. Nie pozwolił jej podnieść kwiatów. Złapał jej nadgarstek i przyciągnął z powrotem do siebie.
- Oh Templer - szepnął jej do ucha zgarniając jej włosy na plecy. - Zostaw te kwiaty - dodał i ponownie je pocałował. Objął ją w pasie i uśmiechnął się spoglądając w oczy dziewczyny, która była dla niego najważniejsza, której nie chciał zniszczyć życia, a robił to na każdym kroku.
- Napiłbym się whisky - dodał i sam poniósł te kwiaty kładąc je na stoliku. Usiadł na sofie i poczekał, aż przyniesie alkohol. Powiedzmy szczerze, nigdy nie interesował się tym, gdzie Soph trzyma swoje rzeczy. On miał wszystko w jednym miejscu, więc nigdy nie chciało mu się poznawać tego, co gdzie leży  w jej mieszkaniu.
Zazwyczaj gdy Ven w czasach szkolnych ją ignorował, Sophia z jeszcze większą determinacją próbowała się do niego zbliżyć, aby zburzyć mur, który wokół siebie wybudował. Od ich pierwszego spotkania go polubiła, a z dnia na dzień jej uczucie się pogłębiało, bez względu na niemiłe zachowanie Ventusa.
Z cichym piskiem, a następnie chichotem znów wylądowała w ramionach mężczyzny. Zadrżała pod jego gorącym oddechem, który owinął się wokół jej ucha po wyszeptaniu przez Gaunta słów. Mocniej zacisnęła palce na jego ramionach nie pozwalając całować mu się zbyt długo. Lekkim szturchnięciem odepchnęła go od siebie z niebezpiecznymi, zadziornymi ognikami migającymi w jej błękitnych tęczówkach.
– Nie rozpraszaj mnie Gaunt. – Mruknęła klepiąc go w policzek, a następnie w miejscu gdzie wcześniej znalazła się jej dłoń, złożyła krótki pocałunek. Uwielbiała ten uśmiech, którym ją obdarzał tak niebywale rzadko.
Słysząc, że napiłby się alkoholu, zmarszczyła lekko nos, jednak wyciągnęła butelkę ognistej i dwie szklanki, które położyła na stoliku obok kwiatów. Wygodnie rozsiadła się na sofie obok mężczyzny, a na jej ustach zawitał szeroki, promienny uśmiech. Cieszyła się, że to Gaunt do niej przyszedł i bez namawiania postanowił spędzić z nią dzień.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32