Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Uśmiech Kirke [łódź]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8

Uśmiech Kirke


Środek lokomocji: łódź



[Obrazek: 9BL0tzn.jpg]

Stosunkowo sporych rozmiarów, nie najnowsza już łódź należąca do portu w Aberystwyth w Walii. Używana głównie do patrolowania okolicznych wód, przeprowadzania inspekcji oraz ewentualnych akcji ratunkowych. Jej kapitanem jest niejaki Joe Rooker, pochodzący z czarodziejskiej rodziny charłak o żelaznych zasadach i głębokiej miłości do morza. Poza nim na Uśmiechu Kirke pływa zwykle paru załogantów uwijających się w pocie czoła na lub pod pokładem. Statek nie jest przystosowany do bardzo długich podróży, ale jest w stanie przetrwać bez większego uszczerbku nawet poważne niepogody, co może być związane z zaklęciami, którymi został obłożony.


Kapitan: Joe Rooker [NPC]
Załoga: postacie NPC






MG:

Od samego rana siąpiło okrutnie, a niebo nad walijskim portem Aberystwyth było szare, ponure i ciężkie od chmur. Eugenowi pozostawało cieszyć się, że nie wybrał się tam z zamiarem leniuchowania na plaży, tylko do pracy, bo wielką szkodą byłoby trafić w ramach zasłużonych wakacji na taką właśnie pogodę.
Port był całkiem pokaźny, trzeba było przyznać, musiał więc pewnie nieźle prosperować. Mimo to jednak przy pomostach cumowało obecnie niewiele statków. Tu i ówdzie kręciło się paru marynarzy, jakąś łódź przygotowywano akurat do wypłynięcia, a dwóch wąsatych mężczyzn paliło papierosy pod daszkiem na schodkach prowadzących do budynku biura portu, rozmawiając o czymś z ożywieniem.

W ciągu swojego krótkiego życia na Wyspach, Eugene niestety nie miał tak wiele wolnego czasu jakby chciał, aby móc dokładniej zwiedzić ciekawsze ich zakątki. Stąd też każda wyprawa, czy to związana z pracą dla Ministerstwa czy raczej czysto hobbystyczna, w dalszym ciągu stanowiła dla niego spory rarytas. O ile rzecz jasna nie były to miejsca przesadnie zatłoczone przez zasób ludzki...
Aberystwyth okazało się przyjemnym, nieprzesadnie dużym, nadmorskim miastem walijskim, położonym w hrabstwie Ceredigion. Rozciągające się dookoła niego widoki były skromnym zdaniem Eugene'a bajeczne! I to doprawdy niezależnie od pogody. Z tego też tytułu żywił szczerą nadzieję, że uda mu się pozostać w okolicy na dłużej, niezależnie od wyniku "drobnego zlecenia", jakie zdawała się mu przydzielić niejaka Olivia Merrington. A skoro o tym już mowa... Trytony, huh? Minęło trochę czasu odkąd miał z nimi ostatni raz do czynienia, więc nie dało się ukryć, że był całkiem podniecony możliwością nawiązania z nimi bezpośredniego kontaktu. Sprawa zaginionych jednak statków, wydawała się dużo bardziej zagadkowa niż mogłoby się wydawać. Ciekawa sprawa. Trytony nie były agresywną rasą. Od wielu lat zdawali się żyć w stosunkowo przyjaznych stosunkach z nimi - czarodziejami. Z tego powodu niezwykle trudno było mu sobie wyobrazić, że nagle zapragnęły stawiać ten status pod znakiem zapytania. Ale właśnie dlatego tym bardziej chciał wziąć udział w rozwiązaniu zagadki. Badania nad wilkołactwem będą musiały poczekać do jego powrotu! Oby tylko psidwaki nie zdążyły w tym czasie zeżreć jakiegoś przypadkowego mugola...
Przeciągając się, Eugene poprawił kaptur naciągniętej na siebie peleryny. Zawsze brał jedną ze sobą. Tak na wszelki wypadek. Brytyjska pogoda zbyt wiele razy zrobiła go już w konia zapowiedziami słonecznego dnia! Kalosze na nogach potwierdzały to zresztą przy każdym, głośniejszym plaśnięciu bądź cmoknięciu o mokrą nawierzchnię. Po porcie rozglądał się za to z nieukrywanym zainteresowaniem aż do momenty, w którym nie przyszło mu odnaleźć głównego budynku, będącego zapewne domniemanym biurem portu. Czas popracować!
- Dzień dobry! - zagadnął otwarcie stojących mu na drodze mężczyzn. Jak przystało na wieloletnich zapewne pracowników portu, do najwątlejszych nie należeli. A że i Eugene drobny nie był, raczej trudno by było, żeby mieli zmieścić się w trójkę na cholernych schodkach! - Przepraszam najmocniej, że przeszkadzam, obiecuję nie zajmować panów dłużej niż to konieczne. Tędy do biura?
Zagadnięci mężczyźni przerwali dyskusję i spojrzeli na przybysza z pewną dozą ciekawości. Zgadnięcie, że nie był stąd, nie nastręczało większych problemów, a wszystko co nowe i obce chcąc nie chcąc przyciągało wzrok.
- Tędy, panie kolego. Wystarczy schodkami na górę. - na oko starszy z marynarzy odezwał się do Eugena, dłonią kiwając w stronę drzwi - Ale ja bym dnia nie marnował na waszym miejscu. Na czas obecny nie ma tam nikogo. Tassel pojechał do miasta, a Merrington zawołali gdzie do doków na taki gwałt, jakby się paliło. - potrząsnął głową, strzepując popiół z czubka papierosa.
- Czego pan kolega szuka? Może pomożemy? - zaproponował.
W porę przypomniał sobie o ściągnięciu kaptura z głowy. Jego maniery może i często dało się stawiać pod znakiem zapytania, ale nie był idiotą, który już na samym początku planował wyjść na chama i gbura. Licho jedno wiedziało z kim przyjdzie mu tutaj współpracować. Może akurat ci dwaj mieli być jednymi z nich?
Kiwając ze zrozumieniem głową, uśmiechnięty jak to on, podążył wzrokiem w wyznaczonym kierunku. Normalnie pewnie poczułby przynajmniej lekką irytację na wieść, że pomimo całego tachania się w podobnie paskudną pogodę, jego zleceniodawczyni nie było tam gdzie jej oczekiwał, ale ponieważ marynarz ujął to takimi, a nie innymi słowami jedyne co Eugene mógł w tym momencie zrobić, to parsknąć.
- Jak na gwałt, to na gwałt. Cóż poradzić. - odchrząknął, siląc się na powstrzymanie śmiechu. - Niejaka Merrington była moim pierwszym celem, ale może przynajmniej Kapitana Rookera uda mi się znaleźć gdzie w pobliżu?
Jak dobrze, że przynajmniej tutejsi skorzy byli do pomocy.
Marynarz, jak to marynarz, w słowach i doborze określeń nie przebierał. Obaj panowie nie przejmowali się też chyba szczególnie kapturem na głowie Eugena - jakby na to nie patrzeć wciąż padało i chociaż pod daszkiem było w miarę sucho, to dalsza podróż przez port i tak będzie wymagała ponownego naciągnięcia rzeczonego kaptura na miejsce.
- Prawda? Tak żem właśnie mówił! - starszy marynarz wyszczerzył swoje szczerbate zęby w uśmiechu, kiedy McButter przyznał mu rację, a później przyjrzał mu się raz jeszcze, z wyższym zainteresowaniem.
- Kapitan Rooker, co? Tak, widziałem go jak kręcił się przy swojej łodzi. Zacumowali ją w północnej części, jak pan kolega pójdzie w tamtym kierunku, prosto jak szczał, to zaraz będzie widać. - wyjaśnił, machnąwszy ręką z niedopałkiem papierosa we wspomnianym kierunku - Pływałem z Rookerem w zeszłym roku, to, hehe, nietuzinkowy człowiek, jak to mówią. - pokręcił głową z uśmiechem błąkającym się po wąsatej mordzie - Co pana kolegę tam ciągnie, jak można zapytać? Marynarskie życie wezwało?
Jakoś przemęczy się z tym naprzemiennym obnażaniem i zakrywaniem swojej głowy. Ewentualnie daruje sobie ten niepotrzebny wysiłek, jak to już nie raz i nie dwa robił. Z mokrymi włosami też wyglądał seksi-... To jest, ekhm, przyklapnięte od nadmiaru wody włosy, nie wpływały jakoś nadmiernie na jego wizerunek jako taki, więc powinno być dobrze.
Oho! Chyba złapał z koleżkami wspólny język! Dobrze. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się pomoc podobnie rosłych chłopiszczów! Co marynarze to jednak marynarze.
- Krótkie i łatwe do zapamiętania. Chyba trafię. Oby tylko rzeczywiście uprzedzili pana Kapitana o moim przyjeździe. Nie chciałbym wylądować w wodzie za pałętanie się po czyjejś łajbie. - uśmiechając się szeroko, potoczył wzrokiem w wyznaczonym kierunku. Dobrze, że nie musiał drałować na drugi koniec miasta, bo i taki przebieg wydarzeń wziął już pod uwagę. - Więc jak to jest dokładnie z tym Rookerem?- dodatkowych informacji nigdy za wiele. - Marynarskie życie nie brzmi wcale źle, ale obawiam się, że na pierwszym miejscu muszę dzisiaj postawić interesy. Podobno giną jakieś statki w okolicy? - zaryzykował pytaniem, którego początkowo nie zamierzał zadawać przypadkowym ludziom z okolicy.
Trudno było powiedzieć, czy poziom seksowności Eugena wpłynąłby jakoś na jego nowo zawartą znajomość z marynarzami... Może lepiej tego nie sprawdzać, mimo wszystko?
Starszy z marynarzy zaśmiał się rubasznie słysząc o tym wyrzucaniu biedaka przez burtę. Drugi tylko uniósł kącik warg, wciąż z papierosem w zębach.
- O to ja bym się nie martwił! Kapitan to jakie nadludzkie zdolności ma, co się tam na jego łodzi albo w okolicach dzieje, to on wszystko wie przed innymi. Obrotny facet, panie kolego, chociaż jak się zdenerwuje to Boże broń! - potrząsnął głową - Ma takie swoje dziwactwa i jest mało gadatliwy, ale to dobry marynarz.
Na wspomnienie o interesach pokiwał głową w ramach znaku, że rozumie. Nie miał pojęcia o co mogło chodzić, co prawda, ale mądrą minę potrafią zrobić czasem i najmniej zorientowani w sytuacji.
Kiedy padło pytanie o statki, drugi z marynarzy, ten który stał cicho przez większość rozmowy, wyraźnie zmarszczył brwi, nie odezwał się jednak.
- Może ten sztorm co był ostatnio jakieś zatopił? - ciągnął dalej starszy - Zdaje mnie się, że ktoś co mówił, ale ja to nie wiem. Jeśli ktoś by wiedział, to pewno oficjalnie by podali informacje, jakieś poszukiwania zarządzili. Statki ot tak nie znikają, żeby nikt ich nie szukał.
W sumie może faktycznie lepiej, aby jego poziom seksowności nie wpływał zanadto na żadnych, marynarzopodobnych koleżków? Żeby czasem później się nie okazało, że utknie z takimi na dłuższy czas na jakiejś cholernej łajbie na środku oceanu... To mogłoby być dla niego groźne. I to bynajmniej nie z racji tego, że na żegludze zna się równie dobrze co na balecie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, usiłując na podstawie tych drobnych zbitków informacji wykreować w swojej głowie postać kapitana. Ciekawe czy miał podkręconego, marynarskiego wąsa jak to bywało w książkach!
- Brzmi jak całkiem porządny facet. - podrapał się po niedogolonym podbródku z namysłem. Jeśli dobrze pamiętał, kapitan miał być charłakiem, więc oczywiście o stricte magii jako takiej nie było mowy z jego strony, ale rzecz jasna nadal był częścią magicznego społeczeństwa. To naturalne, że wokół niego działy się dziwne rzeczy. Zapewne cała akcja ze znikającymi statkami była dla niego swoistą atrakcją w jego morskiej karierze.
Kątem oka zerknął na drugiego z mężczyzn. Był zwykłym mugolem jak jego kolega...? Trudno powiedzieć. Jego reakcję można było interpretować na zbyt wiele sposobów. Jeśli chciał poznać konkrety sprawy, przede wszystkim powinien zgłosić się do kapitana. Nie ma co dłużej marnować czasu!
- Chyba że pożera je jakiś obrzydliwy potwór morski? - rzucił niedorzecznym zdawałoby się pomysłem, szczerząc się raz wtóry. - No nic! Miło się gawędziło, ale lepiej ruszać dupsko w troki. Praca nagli!
Starszy marynarz pokiwał głową, zgadzając się. Porządny facet, tak. Dziwny ale porządny - wszyscy, którzy pływali pod nim tak właśnie uważali. A przynajmniej ten właśnie jegomość uważał, że tak uważali. Trudno było zgadnąć, jak miała się sprawa w rzeczywistości. Ciężko o obiektywność w takich sprawach, niestety. Nie dało się jednak ukryć, że fakt pochodzenia kapitana z czarodziejskiej rodziny mógł w rzeczy samej zaważyć na tym, jak postrzegali go inni marynarze.
Starszy mężczyzna roześmiał się słysząc o potworach morskich zjadających statki, ale jego towarzysz tylko strzepnął popiół ze swojego papierosa i odwrócił spojrzenie pod wpływem tego eugenowego, które najwyraźniej zauważył.
- Powodzenia z robotą, panie kolego! - rzucił McButterowi na pożegnanie jeszcze nowy znajomy, nim mężczyzna odszedł w kierunku wskazanym mu wcześniej. Wciąż lało, chyba nawet bardziej niż kiedy zjawił się w porcie, a wyminąwszy część doków faktycznie oczom Eugena ukazał się poszukiwany przezeń stateczek. Uśmiech Kirke stał zacumowany przy nabrzeżu i moknął sobie spokojnie w strugach deszczu. Jeśli się przyjrzeć, można było dojrzeć stojącą tyłem do szyby postać znajdującą się w niewielkiej budce na pokładzie. Widocznie nie wszyscy marynarze zeszli na suchy ląd.
Jak z tym "powodzeniem" będzie, to się dopiero okaże - przeszło mu jeszcze przez myśl.
- Aye! Wzajemnie! - uniósł jeszcze rękę na pożegnanie, nareszcie mogąc się w spokoju oddalić, choć nie mógł odegnać drażniącego przeczucia, że drugi z mężczyzn ewidentnie miał coś za uszami. Chyba że był akurat tajniakiem, czego również na chwilę obecna nie dało się jednoznacznie stwierdzić. Postanowił w każdym razie zapamiętać twarz. Ot na wszelki wypadek.
Chowając dłonie z powrotem do kieszeni płaszcza, ruszył w stronę statku obranego za cel. "Uśmiech Kirke", huh? Ciekawiło go, skąd nawiązanie do tej akurat nimfy.
Wzruszając do siebie ramionami, zdecydował się ostrożnie wejść na pokład.
- Kapitan Rooker?! - zdecydował się spróbować szczęścia, gdy tylko dostrzegł kolejną postać. W końcu to kapitanowie "zostają na pokładzie do końca", więc może wreszcie trafił na odpowiednią osobę?
Żeby wejść na pokład trzeba było pokonać mokry, śliski trap, nie było to jednak wyzwanie zbyt trudne, by nie poradzić sobie z nim przy odrobinie balansowania, celem uniknięcia skąpania się w wodach portu. Pokład zresztą nie prezentował się lepiej - lśniące od wody drewno raz po raz uderzane kolejnymi kroplami deszczu wymagało od idącego po nim pewnej ostrożności, jeśli nie chciało się wyłożyć na nim na płask.
Eugene zawołał w kierunku postaci, a ta obróciła się, przysunęła wąsatą twarz  do szyby, a po chwili otworzyła drzwiczki zadaszonej kabiny, krótkim gestem zapraszając moknącego gościa do środka. Mężczyzna ów miał na oko około pięćdziesięciu lat, twarz pooraną bruzdami zmarszczek, a wysmaganą wiatrem twarz okoloną dość krótko ostrzyżonymi, ciemnymi loczkami poprzetykanymi tu i ówdzie pasmami siwizny.
- McButter, ta? - kapitan zmierzył przybysza taksującym spojrzeniem od stóp aż po czubek głowy - Rooker Joe. - przedstawił się krótko, wyciągając w jego kierunku swoją spracowaną dłoń, na której widać było kilka bladych śladów po dawnych urazach.
- Merrington mówiła, że zajmujecie się... stworami. - zaczął od razu, prosto z mostu, wciąż obserwując mężczyznę podejrzliwie - Że zrobicie porządek z tymi syrenami co to niby na statki napadają. - zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi - W ciągu godziny będziemy na morzu, pieprzę te deszcze. - splunął przez drzwi, aż za burtę i zamknął je za Eugenem wreszcie.
Całe szczęście dla Eugene'a, że zawsze patrzył gdzie i jak lezie. Nauczyły go tego dostatecznie boleśnie, kończące się niejednokrotnymi upadkami lub ukoszeniami, liczne wyprawy badawcze organizowane w trakcie zajęć na studiach w Australii. Nawet materace sprawdzał po kilka razy, gdy nocować miał w zupełnie obcych, niekoniecznie dzikich miejscach. Ostrożnie więc, lecz zarazem dość pewnie stąpając po mokrej nawierzchni, z ciekawością błyszczącą w ślipiach wyczekiwał odpowiedzi.
Tym razem szczęście okazało się go nie zawieść i w przeciwieństwie do Panny, czy też może - kto ją tam wie - Pani Merrington, szanowny Kapitan okazał się niezmordowanie czuwać na straży swojego miejsca pracy. To dobrze, bo o ile Eugene mógł godzinami biegać po pustyniach, puszczach, czy najgorszych bagnach w poszukiwaniu rozmaitego gadziorsta, o tyle nienawidził niepotrzebnie marnować swojego czasu na ludzi. Niemniej, Joe Rooker nie bez powodu przyciągnął jego zainteresowanie bardziej niż zwykli inni krewniacy jego gatunku. Prawdopodobnie z uwagi na wygląd. McButter nie miewał wszakże zbytniej styczności z marynarzami, że o prawdziwych kapitanach z pierwszego zdarzenia nie wspominając! Wielka szkoda, że nie miał jeszcze tej drewnianej nogi czy sławnej przepaski na oku. No i te... Loczki...
- Wystarczy Eugene - odparł automatycznie, jak za każdym razem, kiedy ktoś zaczynał znajomość od zwracania się do niego po nazwisku. Nie żeby chciał się jakoś nadmiernie spoufalać, po prostu mierziło go niepotrzebne sztywniactwo.
Lewy kącik ust drgnął w rozbawieniu, gdy tylko usłyszał słowo: "stwory".
- Można i tak powiedzieć. Choć czy zrobię porządek czy nie, zależy przede wszystkim od tego, czy wina rzeczywiście leży po ich stronie - przetrzepując mokre włosy dłonią, wszedł do kanciapy za mężczyzną. - Huh? - ręka jednak na moment zamarła, ponieważ nie spodziewał się, iż wyruszą z marszu. I bez jego korespondentki, a zarazem zleceniodawczyni... - Teraz-zaraz? Co z Merrington? Mam nadzieję, że zdąży do nas dołączyć. Przydałoby się więcej konkretów na temat sprawy.
Tak, z całą pewnością Rooker prezentowałby się bardziej zjawiskowo z drewnianą nogą, opaską na oko albo chociaż papugą na ramieniu. Niestety wyglądało na to, że stary Joe miał w sobie więcej z rybaka niż pirata, jak na złość.
Starszy mężczyzna skinął krótko, prawie po żołniersku, gdy jego nowy załogant uznał, że imię wystarczy. Niech będzie. To jak go nazywał, nie robiło mu większej różnicy.
- Nigdy nie atakowały statków otwarcie, ale ja im nie ufam. Nigdy nie ufałem. - potrząsnął krótko głową - Wiadomo było od początku, że w końcu się z bieszą. Myślą, że to ich wody, a coraz więcej statków pływa i większość to nic nawet o nich nie wie, bo i skąd? - wzruszył lekko ramionami, spoglądając na moknący w deszczu pokład.
- Ano teraz, zaraz. Na co chcecie czekać, co? Na następny zatopiony statek? - uniósł brwi pytająco, znów spoglądając na Eugena przez ramię.
- Merrington ma do załatwiania sprawy w porcie, nie pływa na statkach. Nie ma jej w biurze? Zdążysz się jeszcze przelecieć, zanim wypłyniemy. - dodał, zabierając się za porządkowanie jakiś rzeczy. Tym czasem na pokład Uśmiechu Kirke zaczęli wchodzić jacyś ludzie. Prawdopodobnie marynarze, ale trudno było stwierdzić z całym przekonaniem, także z powodu naciągniętych na głowy kapturów. McButterowi udało się jednak z względną pewnością stwierdzić, że przynajmniej jedna z tych kilku zaledwie postaci była kobietą.
Powstrzymał się od parsknięcia pełnym niedowierzania i zarazem szyderstwa śmiechem. Jedynie lewy kącik ust drgnął ledwie zauważalnie. Ale co mógł poradzić? Podejście kapitana było takie... Typowe? Przewidywalne? LUDZKIE? Doprawdy... Tak jakby Trytonom nie miało zależeć na niczym innym, jak na jakichś rozklekotanych, przeciekających łajbach czy zwróceniu na siebie uwagi przeciętnych mugoli. Podczas gdy to drugie mogło być im tylko i wyłącznie na rękę, opcja numer jeden wydawała się już i tak z każdej strony absurdalna. Po co im niby ludzkie statki i to na dodatek pod wodą? Czy ktoś tutaj zakładał, że Trytonom nagle zachciało się zgłębić sekretne tajniki żeglugi? Aby praktykować je POD WODĄ?!
Nie był to jednak pierwszy raz, kiedy spotykał się z tego typu podejściem. Człowiek z natury z jakiegoś powodu lubił karmić się stereotypami oraz bzdurnymi mitami na wszelakie tematy, które później przeradzały się od choćby w podobnie rasistowskie podejście.
Łapiąc głębszy wdech, rozluźnił spięte odruchem ramiona.
- Czy to aby w ogóle pewne, że statki zostały... Zatopione? - poprawił swój niewielki tobołek, nie przerywając kontaktu wzrokowego ze starszym mężczyzną. - Jakieś poszlaki? Cokolwiek? Nie wnikałem w szczegóły listownie, licząc na to, że dowiem się więcej na miejscu. Z tym, że panna Merrington najwyraźniej gdzieś zwiała w sprawach. Dopiero co byłem pod biurem. Jacyś mugole poinformowali mnie, że nie zastanę jej w środku.
Przekręcił głowę by przyjrzeć się nacierającej załodze.
- Oh? Czy nie mówi się przypadkiem, że kobieta na pokładzie przynosi pecha? - zagaił, mrużąc oczy w chęci dokładniejszego przyjrzenia się wbrew siąpiącemu deszczykowi.
Rooker wątpił, żeby trytony planowały używać statków pod wodą, bo ze swojego wieloletniego doświadczenia wyniósł przeświadczenie, iż zatopionym statkiem ciężko się żegluje. Był za to najwyraźniej na wojennej ścieżce z rzeczonymi morskimi stworami i widział w nich nie rozumną rasę, a raczej bestie, które tylko czekały, by zacząć sprawiać problemy. Ale czego innego można się było spodziewać po praktycznie mugolu?
Mężczyzna zmarszczył brwi, słysząc kolejne pytanie.
- Kawałki jednego znaleźliśmy w okolicy, gdzie będziemy płynąć. Trochę pogruchotanych desek i innych resztek przy brzegu jednej z wysepek, wokół których kręcą się te bydlaki. Samego wraku nie udało się znaleźć, pewno zaciągnęły go na samo dno razem z całą załogą. - skrzywił się, a później przerwał, gdy McButter zwrócił jego uwagę na ludzi na pokładzie.
Kapitan zmrużył oczy, spoglądając w deszcz na zewnątrz, po czym zmełł przekleństwo w ustach.
- Merrington wszędzie przynosi pecha, nie tylko na pokładzie. - mruknął bardziej sam do siebie, niż Eugena.
Marynarze rozeszli się po łajbie, zabierając się za przygotowanie do wyruszenia, tym czasem zaś kobieta weszła do ich budki, niezapraszana przez nikogo. Była dość niska, krępej budowy, z podpiętymi do góry, dość krótkimi włosami i twarzą osoby zdecydowanej. Na oko liczyła sobie około trzydziestu paru lat, ale zmarszczki przy oczach i ustach mogły świadczyć o tym, że powoli zbliżała się już do czterdziestki.
- Pan McButter, jak mniemam? Olivia Merrigton, przepraszam, że musiał pan czekać, ale pojawił się nowy problem. - przywitała się szybko, ściągając z głowy kaptur sztormiaka, który ociekał wprost na podłogę.
- Właśnie straciliśmy łączność z kolejnym statkiem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8