Mortis - Czarodzieje 1937

Pełna wersja: Uśmiech Kirke [łódź]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12
[Obrazek: 9BL0tzn.jpg]

Stosunkowo sporych rozmiarów, nie najnowsza już łódź należąca do portu w Aberystwyth w Walii. Używana głównie do patrolowania okolicznych wód, przeprowadzania inspekcji oraz ewentualnych akcji ratunkowych. Jej kapitanem jest niejaki Joe Rooker, pochodzący z czarodziejskiej rodziny charłak o żelaznych zasadach i głębokiej miłości do morza. Poza nim na Uśmiechu Kirke pływa zwykle paru załogantów uwijających się w pocie czoła na lub pod pokładem. Statek nie jest przystosowany do bardzo długich podróży, ale jest w stanie przetrwać bez większego uszczerbku nawet poważne niepogody, co może być związane z zaklęciami, którymi został obłożony.

Załoga: Joe Rooker [NPC], postacie NPC



Od samego rana siąpiło okrutnie, a niebo nad walijskim portem Aberystwyth było szare, ponure i ciężkie od chmur. Eugenowi pozostawało cieszyć się, że nie wybrał się tam z zamiarem leniuchowania na plaży, tylko do pracy, bo wielką szkodą byłoby trafić w ramach zasłużonych wakacji na taką właśnie pogodę.
Port był całkiem pokaźny, trzeba było przyznać, musiał więc pewnie nieźle prosperować. Mimo to jednak przy pomostach cumowało obecnie niewiele statków. Tu i ówdzie kręciło się paru marynarzy, jakąś łódź przygotowywano akurat do wypłynięcia, a dwóch wąsatych mężczyzn paliło papierosy pod daszkiem na schodkach prowadzących do budynku biura portu, rozmawiając o czymś z ożywieniem.
W ciągu swojego krótkiego życia na Wyspach, Eugene niestety nie miał tak wiele wolnego czasu jakby chciał, aby móc dokładniej zwiedzić ciekawsze ich zakątki. Stąd też każda wyprawa, czy to związana z pracą dla Ministerstwa czy raczej czysto hobbystyczna, w dalszym ciągu stanowiła dla niego spory rarytas. O ile rzecz jasna nie były to miejsca przesadnie zatłoczone przez zasób ludzki...
Aberystwyth okazało się przyjemnym, nieprzesadnie dużym, nadmorskim miastem walijskim, położonym w hrabstwie Ceredigion. Rozciągające się dookoła niego widoki były skromnym zdaniem Eugene'a bajeczne! I to doprawdy niezależnie od pogody. Z tego też tytułu żywił szczerą nadzieję, że uda mu się pozostać w okolicy na dłużej, niezależnie od wyniku "drobnego zlecenia", jakie zdawała się mu przydzielić niejaka Olivia Merrington. A skoro o tym już mowa... Trytony, huh? Minęło trochę czasu odkąd miał z nimi ostatni raz do czynienia, więc nie dało się ukryć, że był całkiem podniecony możliwością nawiązania z nimi bezpośredniego kontaktu. Sprawa zaginionych jednak statków, wydawała się dużo bardziej zagadkowa niż mogłoby się wydawać. Ciekawa sprawa. Trytony nie były agresywną rasą. Od wielu lat zdawali się żyć w stosunkowo przyjaznych stosunkach z nimi - czarodziejami. Z tego powodu niezwykle trudno było mu sobie wyobrazić, że nagle zapragnęły stawiać ten status pod znakiem zapytania. Ale właśnie dlatego tym bardziej chciał wziąć udział w rozwiązaniu zagadki. Badania nad wilkołactwem będą musiały poczekać do jego powrotu! Oby tylko psidwaki nie zdążyły w tym czasie zeżreć jakiegoś przypadkowego mugola...
Przeciągając się, Eugene poprawił kaptur naciągniętej na siebie peleryny. Zawsze brał jedną ze sobą. Tak na wszelki wypadek. Brytyjska pogoda zbyt wiele razy zrobiła go już w konia zapowiedziami słonecznego dnia! Kalosze na nogach potwierdzały to zresztą przy każdym, głośniejszym plaśnięciu bądź cmoknięciu o mokrą nawierzchnię. Po porcie rozglądał się za to z nieukrywanym zainteresowaniem aż do momenty, w którym nie przyszło mu odnaleźć głównego budynku, będącego zapewne domniemanym biurem portu. Czas popracować!
- Dzień dobry! - zagadnął otwarcie stojących mu na drodze mężczyzn. Jak przystało na wieloletnich zapewne pracowników portu, do najwątlejszych nie należeli. A że i Eugene drobny nie był, raczej trudno by było, żeby mieli zmieścić się w trójkę na cholernych schodkach! - Przepraszam najmocniej, że przeszkadzam, obiecuję nie zajmować panów dłużej niż to konieczne. Tędy do biura?
Zagadnięci mężczyźni przerwali dyskusję i spojrzeli na przybysza z pewną dozą ciekawości. Zgadnięcie, że nie był stąd, nie nastręczało większych problemów, a wszystko co nowe i obce chcąc nie chcąc przyciągało wzrok.
- Tędy, panie kolego. Wystarczy schodkami na górę. - na oko starszy z marynarzy odezwał się do Eugena, dłonią kiwając w stronę drzwi - Ale ja bym dnia nie marnował na waszym miejscu. Na czas obecny nie ma tam nikogo. Tassel pojechał do miasta, a Merrington zawołali gdzie do doków na taki gwałt, jakby się paliło. - potrząsnął głową, strzepując popiół z czubka papierosa.
- Czego pan kolega szuka? Może pomożemy? - zaproponował.
W porę przypomniał sobie o ściągnięciu kaptura z głowy. Jego maniery może i często dało się stawiać pod znakiem zapytania, ale nie był idiotą, który już na samym początku planował wyjść na chama i gbura. Licho jedno wiedziało z kim przyjdzie mu tutaj współpracować. Może akurat ci dwaj mieli być jednymi z nich?
Kiwając ze zrozumieniem głową, uśmiechnięty jak to on, podążył wzrokiem w wyznaczonym kierunku. Normalnie pewnie poczułby przynajmniej lekką irytację na wieść, że pomimo całego tachania się w podobnie paskudną pogodę, jego zleceniodawczyni nie było tam gdzie jej oczekiwał, ale ponieważ marynarz ujął to takimi, a nie innymi słowami jedyne co Eugene mógł w tym momencie zrobić, to parsknąć.
- Jak na gwałt, to na gwałt. Cóż poradzić. - odchrząknął, siląc się na powstrzymanie śmiechu. - Niejaka Merrington była moim pierwszym celem, ale może przynajmniej Kapitana Rookera uda mi się znaleźć gdzie w pobliżu?
Jak dobrze, że przynajmniej tutejsi skorzy byli do pomocy.
Marynarz, jak to marynarz, w słowach i doborze określeń nie przebierał. Obaj panowie nie przejmowali się też chyba szczególnie kapturem na głowie Eugena - jakby na to nie patrzeć wciąż padało i chociaż pod daszkiem było w miarę sucho, to dalsza podróż przez port i tak będzie wymagała ponownego naciągnięcia rzeczonego kaptura na miejsce.
- Prawda? Tak żem właśnie mówił! - starszy marynarz wyszczerzył swoje szczerbate zęby w uśmiechu, kiedy McButter przyznał mu rację, a później przyjrzał mu się raz jeszcze, z wyższym zainteresowaniem.
- Kapitan Rooker, co? Tak, widziałem go jak kręcił się przy swojej łodzi. Zacumowali ją w północnej części, jak pan kolega pójdzie w tamtym kierunku, prosto jak szczał, to zaraz będzie widać. - wyjaśnił, machnąwszy ręką z niedopałkiem papierosa we wspomnianym kierunku - Pływałem z Rookerem w zeszłym roku, to, hehe, nietuzinkowy człowiek, jak to mówią. - pokręcił głową z uśmiechem błąkającym się po wąsatej mordzie - Co pana kolegę tam ciągnie, jak można zapytać? Marynarskie życie wezwało?
Jakoś przemęczy się z tym naprzemiennym obnażaniem i zakrywaniem swojej głowy. Ewentualnie daruje sobie ten niepotrzebny wysiłek, jak to już nie raz i nie dwa robił. Z mokrymi włosami też wyglądał seksi-... To jest, ekhm, przyklapnięte od nadmiaru wody włosy, nie wpływały jakoś nadmiernie na jego wizerunek jako taki, więc powinno być dobrze.
Oho! Chyba złapał z koleżkami wspólny język! Dobrze. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się pomoc podobnie rosłych chłopiszczów! Co marynarze to jednak marynarze.
- Krótkie i łatwe do zapamiętania. Chyba trafię. Oby tylko rzeczywiście uprzedzili pana Kapitana o moim przyjeździe. Nie chciałbym wylądować w wodzie za pałętanie się po czyjejś łajbie. - uśmiechając się szeroko, potoczył wzrokiem w wyznaczonym kierunku. Dobrze, że nie musiał drałować na drugi koniec miasta, bo i taki przebieg wydarzeń wziął już pod uwagę. - Więc jak to jest dokładnie z tym Rookerem?- dodatkowych informacji nigdy za wiele. - Marynarskie życie nie brzmi wcale źle, ale obawiam się, że na pierwszym miejscu muszę dzisiaj postawić interesy. Podobno giną jakieś statki w okolicy? - zaryzykował pytaniem, którego początkowo nie zamierzał zadawać przypadkowym ludziom z okolicy.
Trudno było powiedzieć, czy poziom seksowności Eugena wpłynąłby jakoś na jego nowo zawartą znajomość z marynarzami... Może lepiej tego nie sprawdzać, mimo wszystko?
Starszy z marynarzy zaśmiał się rubasznie słysząc o tym wyrzucaniu biedaka przez burtę. Drugi tylko uniósł kącik warg, wciąż z papierosem w zębach.
- O to ja bym się nie martwił! Kapitan to jakie nadludzkie zdolności ma, co się tam na jego łodzi albo w okolicach dzieje, to on wszystko wie przed innymi. Obrotny facet, panie kolego, chociaż jak się zdenerwuje to Boże broń! - potrząsnął głową - Ma takie swoje dziwactwa i jest mało gadatliwy, ale to dobry marynarz.
Na wspomnienie o interesach pokiwał głową w ramach znaku, że rozumie. Nie miał pojęcia o co mogło chodzić, co prawda, ale mądrą minę potrafią zrobić czasem i najmniej zorientowani w sytuacji.
Kiedy padło pytanie o statki, drugi z marynarzy, ten który stał cicho przez większość rozmowy, wyraźnie zmarszczył brwi, nie odezwał się jednak.
- Może ten sztorm co był ostatnio jakieś zatopił? - ciągnął dalej starszy - Zdaje mnie się, że ktoś co mówił, ale ja to nie wiem. Jeśli ktoś by wiedział, to pewno oficjalnie by podali informacje, jakieś poszukiwania zarządzili. Statki ot tak nie znikają, żeby nikt ich nie szukał.
W sumie może faktycznie lepiej, aby jego poziom seksowności nie wpływał zanadto na żadnych, marynarzopodobnych koleżków? Żeby czasem później się nie okazało, że utknie z takimi na dłuższy czas na jakiejś cholernej łajbie na środku oceanu... To mogłoby być dla niego groźne. I to bynajmniej nie z racji tego, że na żegludze zna się równie dobrze co na balecie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, usiłując na podstawie tych drobnych zbitków informacji wykreować w swojej głowie postać kapitana. Ciekawe czy miał podkręconego, marynarskiego wąsa jak to bywało w książkach!
- Brzmi jak całkiem porządny facet. - podrapał się po niedogolonym podbródku z namysłem. Jeśli dobrze pamiętał, kapitan miał być charłakiem, więc oczywiście o stricte magii jako takiej nie było mowy z jego strony, ale rzecz jasna nadal był częścią magicznego społeczeństwa. To naturalne, że wokół niego działy się dziwne rzeczy. Zapewne cała akcja ze znikającymi statkami była dla niego swoistą atrakcją w jego morskiej karierze.
Kątem oka zerknął na drugiego z mężczyzn. Był zwykłym mugolem jak jego kolega...? Trudno powiedzieć. Jego reakcję można było interpretować na zbyt wiele sposobów. Jeśli chciał poznać konkrety sprawy, przede wszystkim powinien zgłosić się do kapitana. Nie ma co dłużej marnować czasu!
- Chyba że pożera je jakiś obrzydliwy potwór morski? - rzucił niedorzecznym zdawałoby się pomysłem, szczerząc się raz wtóry. - No nic! Miło się gawędziło, ale lepiej ruszać dupsko w troki. Praca nagli!
Starszy marynarz pokiwał głową, zgadzając się. Porządny facet, tak. Dziwny ale porządny - wszyscy, którzy pływali pod nim tak właśnie uważali. A przynajmniej ten właśnie jegomość uważał, że tak uważali. Trudno było zgadnąć, jak miała się sprawa w rzeczywistości. Ciężko o obiektywność w takich sprawach, niestety. Nie dało się jednak ukryć, że fakt pochodzenia kapitana z czarodziejskiej rodziny mógł w rzeczy samej zaważyć na tym, jak postrzegali go inni marynarze.
Starszy mężczyzna roześmiał się słysząc o potworach morskich zjadających statki, ale jego towarzysz tylko strzepnął popiół ze swojego papierosa i odwrócił spojrzenie pod wpływem tego eugenowego, które najwyraźniej zauważył.
- Powodzenia z robotą, panie kolego! - rzucił McButterowi na pożegnanie jeszcze nowy znajomy, nim mężczyzna odszedł w kierunku wskazanym mu wcześniej. Wciąż lało, chyba nawet bardziej niż kiedy zjawił się w porcie, a wyminąwszy część doków faktycznie oczom Eugena ukazał się poszukiwany przezeń stateczek. Uśmiech Kirke stał zacumowany przy nabrzeżu i moknął sobie spokojnie w strugach deszczu. Jeśli się przyjrzeć, można było dojrzeć stojącą tyłem do szyby postać znajdującą się w niewielkiej budce na pokładzie. Widocznie nie wszyscy marynarze zeszli na suchy ląd.
Jak z tym "powodzeniem" będzie, to się dopiero okaże - przeszło mu jeszcze przez myśl.
- Aye! Wzajemnie! - uniósł jeszcze rękę na pożegnanie, nareszcie mogąc się w spokoju oddalić, choć nie mógł odegnać drażniącego przeczucia, że drugi z mężczyzn ewidentnie miał coś za uszami. Chyba że był akurat tajniakiem, czego również na chwilę obecna nie dało się jednoznacznie stwierdzić. Postanowił w każdym razie zapamiętać twarz. Ot na wszelki wypadek.
Chowając dłonie z powrotem do kieszeni płaszcza, ruszył w stronę statku obranego za cel. "Uśmiech Kirke", huh? Ciekawiło go, skąd nawiązanie do tej akurat nimfy.
Wzruszając do siebie ramionami, zdecydował się ostrożnie wejść na pokład.
- Kapitan Rooker?! - zdecydował się spróbować szczęścia, gdy tylko dostrzegł kolejną postać. W końcu to kapitanowie "zostają na pokładzie do końca", więc może wreszcie trafił na odpowiednią osobę?
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12