Mortis - Czarodzieje 1937

Pełna wersja: Mieszkanie C. Quincy [Harrow]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19
[Obrazek: B8qVJf8.jpg]
Adres: Harrow, Londyn, Anglia

Mieszkanie znajduje się na strychu jednej z mugolskich kamienic w dość niebezpiecznej, biednej dzielnicy, ale Conradowi nigdy taka lokalizacja nie przeszkadzała - wręcz przeciwnie. Aby dostać się do drzwi frontowych trzeba wspiąć się po skrzypiących, drewnianych i bardzo wąskich schodach na końcu korytarza najwyższego piętra budynku - nie są one w żaden sposób oznaczone, rzadko kto podejmuje więc trud pokonywania ich w jakimkolwiek celu. Strych przysposobiono do celów mieszkalnych głównie dlatego, że dawny właściciel kamienicy był okropnym sknerą i próbował wycisnąć ze starego budynku każdy pens. Quincy dokonał w swoim lokum pewnych drobnych przeróbek i właśnie dlatego, dzięki magii, mieszkanie od środka wydaje się większe, niż można by się po nim spodziewać, patrząc na całość konstrukcji z zewnątrz. Pokój ma co prawda tylko jeden, stanowiący fuzję pomiędzy salonem, biblioteką a sypialnią, ale za to posiada też niedużą wnękę kuchenną i osobną łazienkę, co nie zawsze jest standardem. Dwuspadowy dach ścinający rogi pomieszczenia dodaje strychowi pewnej przytulności, ale też potęguje poczucie zagracenia, którego nie da się nie doznać, przebywając u Conrada. Powiedzieć, że w mieszkaniu panuje brud czy chaos to trochę zbyt wiele, ale Quincy z całą pewnością nie należy do najbardziej dbających o porządek osób w Londynie - miejsce ma definitywną tendencję do porastania kurzem, a poza tym Conrad gromadzi w nim o wiele zbyt dużo rzeczy, niż powinien, przez co ciężko jest utrzymać choćby pozory czystości. Z drugiej strony znajdowanie tam potrzebnych rzeczy zwykle nie nastręcza jedynemu domownikowi problemów, a w końcu o to przecież chodzi, prawda?

Właściciel: Conrad Quincy
Mieszkańcy: @Conrad Quincy, @Fluffy
23 października

Wciąż z kotem za pazuchą przemaszerował spory kawałek Londynu, a później wszedł do jednej ze starych kamienic, mijając w bramie jakiegoś półprzytomnego pijaka, wspiął się na sam szczyt wąskich, skrzypiących niebosko schodów, otworzył z klucza drzwi i wszedł do środka. Mieszkanie na strychu nie należało do zbyt dużych, ale on sam zawsze miał do niego pewien sentyment i chyba nie chciałby wyprowadzić się nigdzie indziej, nawet gdyby faktycznie miał na to szansę.
Ściągnął buty bez schylania, zamknął za sobą drzwi wejściowe i sprawdził, czy kot jest przytomny. Jeśli nie spał, po prostu postawił go na ziemi, żeby mógł sobie pozwiedzać, jeśli jednak postanowił zrobić sobie drzemkę, odniósł go na wiecznie rozłożony, zakryty niedbale kocem tapczan wciśnięty pod okno. Później zdjął z siebie resztę odzienia wierzchniego, odwiesił na haczyku przy drzwiach i odmaszerował do kuchni. Tak jak się spodziewał, miał jeszcze resztkę mleka. Jak się okazało po odkręceniu butelki i powąchaniu zawartości, nawet jeszcze nie skwaśniało! Dobra nasza. Przepłukał w wodzie jakiś spodeczek, nalał do niego płynu i ustawił na brzegu wnęki kuchennej tak, żeby mały kudłacz mógł go łatwo znaleźć, jeśli postanowi wybrać się na wycieczkę.

Puszkowi droga do domu tego dziwnego typa minęła tak szybko, że niemal nie zauważył, kiedy się w nim znaleźli. No, dobrze, nie zauważył głównie dlatego, że długo nie zajęło mu zaśnięcie w ciepłych, ludzkich ramionach. Nic w tym dziwnego, okej? Był bardzo zmęczony, całym swoim życiem oczywiście. Wtulił nosek w zgięcie łokcia Conrada i westchnął cichutko, przez sen pomrukując z zadowolenia. A to, moi mili, nie zdarzało się często!

Ocknął się dopiero, gdy jego drobne ciałko lądowało na miękkiej kanapie. Otworzył jedno z oczu, unosząc lekko głowę i rozglądając się po pomieszczeniu. Ziewnął, otwierając przy tym paszczę i dopiero po kilkukrotnym potrząśnięciu głową i uchem był w stanie dostrzec, gdzie się właściwie znajdował. Mruknął pod nosem, podniósł swój zadek i wygiął całe ciało, rozprostowując wszystkie kości. Pazurki wbił z uwielbieniem w kanapę i musiał przyznać, że było to cholernie przyjemne.

Zeskoczył z najprzyjemniejszego łóżka, jakie mu było okupywać przez ostatnie lata i rozejrzał się, dostrzegając wreszcie miseczkę z mlekiem. Pognał do niej, ostrożnie przyglądając się Konradowi. Może i mu pomógł, ale kto wie, czego chciał? Może gotował takie kotki jak on w kotle? Widząc jednak, że nic poważnego mu w tej chwili nie grozi zamoczył języczek w mleczku i zapłakał w duszy, zadowolony z cudownego smaku tego napoju bogów.

Conrad uznał, że kot musiał go polubić, a to dobry znak, prawda? W końcu gdyby go nie lubił, to nie zaufałby mu na tyle, żeby zasnąć na jego rękach w drodze do domu! Musiał mówić, że był z siebie dumny? Bo trochę był. Z jakiś dla siebie tylko zrozumiałych powodów, ale mniejsza o szczegóły.
Wyciągnął sobie z lodówki otwartą butelkę zwietrzałego już w dużej mierze piwa, oparł tyłkiem o blat kuchenny i napił, przyglądając jak zwierzak zeskakuje z tapczanu i pomyka wesoło w kierunku mleka. Musiał być naprawdę głodny, biedaczysko.
- Rano będę szedł po chleb, to kupię ci coś porządniejszego. Lubisz ryby, co? Osobiście nie przepadam, strasznie śmierdzą, ale zgaduję, że tobie to nie przeszkadza. - tak, właśnie mówił do kota. I nie, nie uważał tego za nic nadzwyczajnego. Często rozmawiał z tą spasioną, farbowaną kurą Celestynem, albo po prostu: sam ze sobą, z braku innego towarzystwa. A skoro tak, to czemu nie miałby prowadzić jednostronnych debat także z puchatą kulką chłepczącą mleko ze spodeczka?
Odstawił butelkę na stół, wydając z siebie dość zabawny dźwięk będący połączeniem westchnięcia zadowolenia i zmęczenia jednocześnie. Bycie starym człowiekiem to nie taka prosta sprawa, życie po czterdziestce nie jest usłane różami, niestety.
Przechodząc obok pijącego mleko kota, pochylił się i poczochrał mu futerko na plecach.
- Przydałaby ci się kąpiel. - mruknął, prostując się. Przeczesał palcami mocno nieświeże włosy i strzelił kręgami szyi w ramach rozciągania.
- Mnie zresztą też. Nie zrobisz tu większego burdelu niż jest, jeśli zostawię cię samego na kwadrans, co? - zahaczył palcami o czubek kociego ogona - Liczę na współpracę. - dodał, po czym odmaszerował w kierunku łazienki. Nie kąpał się od co najmniej dwóch dni, nie był pewien. Najwyższy czas, w każdym razie.

Kocisko było zbyt zajęte piciem mleka, żeby zwrócić uwagę na to, że jego nowy właściciel rozgadał się niemiłosiernie. Nie byłby pierwszym i z pewnością nie ostatnim człowiekiem, który miał manierę mówienia do zwierząt, które nie mogły mu odpowiedzieć. Różnicą jednak było to, że Puszysław mówić umiał i robił to dosyć często. Żeby nie powiedzieć, że za często. Teraz jednak, wiedziony resztką instynktu samozachowawczego nic nie mówił. A może dlatego, że wypicie mleczka do samego końca było ważniejsze?

Zamruczał, czując palce na swoim ogonie. Dopiero gdy mleko się skończyło, przeniósł na niego spojrzenie swoich dwukolorowych, nie do końca patrzących prosto ślepi. Kąpiel? Pf! No ciekawe, komu z nich bardziej się należała kąpiel! Puszek o mało nie prychnął z oburzenia, choć w duszy wiedział, że wyglądał jak siedem nieszczęść. I sam przecież jeszcze przed chwilą marzył o tym, by ktoś wymył i przeczesał mu futerko. Czy wielkolud miał zamiar to zrobić, jak już sam ogarnie te swoje przetłuszczone kłaki i przestanie wydzielać zapach, który wyczuwalny był na kilkanaście metrów?

— Miaaa. — Miauknął jedynie za nim, jakby go popędzając. Bo przecież nie mógł powiedzieć jakiemuś mugolowi „pospiesz się”, prawda?

Conrad na szczęście nie miał świadomości faktu, iż ten konkretny kot akurat mógłby mu jak najbardziej odpowiedzieć na te jego monologi. W końcu kto spodziewałby się czegoś podobnego, biorąc z ulicy pierwszego lepszego wyleniałego kocura? No właśnie. On chciał mieć tylko odrobinę towarzystwa w swoim smętnym, żałośnie samotnym życiu... Jak zwykle wyszło mu to bokiem, nawet jeśli jeszcze nie zdawał sobie z tego faktu sprawy.
Chwilowo zostawił kota sam na sam z miską i wybył do łazienki. Nigdy nie nauczył zamykać się w niej drzwi na zamek, bo i po co? Mieszkał sam, nikt nigdy nie miałby okazji wleźć mu tam w trakcie kąpieli, nie wyrobił więc sobie odruchu. Ściągnął cuchnące poważnie ciuchy, włączył wodę i zabrał się za mozolne ogarnianie swojej osoby. Całkiem przyjemne, musiał przyznać - robiłby to pewnie częściej, gdyby nie to, że zupełnie nie miał do tego motywacji i zwyczajnie mu się nie chciało.
Wymył się, wysuszył trochę, wciągnął na tyłek walające się po łazience spodnie, podwiązał wilgotne włosy do góry i nie zajęło mu to wszystko więcej, niż ten obiecany kwadrans. Kto by pomyślał? Teraz wypadałoby jeszcze wyszorować kota, prawda? Wylazł z łazienki, wyruszając na poszukiwanie kudłatej bestii. Miał tylko nadzieję, że nie zdewastowała pod jego nieobecność połowy mieszkania.

Puszek w tym czasie, jak to kot, wybrał się na rozpoznanie terenu. Obwąchiwał wszystko, co napotkał na swojej drodze, mamrocząc coś pod nosem ze świadomością, że to jedyna okazja na to, żeby cwaniaczek mógł używać swojego głosu. Pamiętał jakie manto od przedstawiciela Wydziału Zwierząt dostał ostatnim razem, gdy wpłynęło zażalenie na Puszysława za to, że odezwał się przy mugolu. Do cholery jasnej, czarodziejom przynajmniej wolno z tymi kurwiami normalnie egzystować! Nic jednak nie mógł poradzić na to, że był kotem. No, powiedzmy.

Można było przysiąc, że wlazł w każdą dziurę, jaka znajdowała się w mieszkaniu Konrada. Przeszukiwanie lokalu skończyło się dopiero w momencie, w którym głośne kroki dały do zrozumienia, że właściciel wyszedł już z kąpieli. No i tyle wolności i spokoju! Ale może chociaż da mu jeszcze trochę mleka? Albo chociaż go wykąpie? Obiecał mu to, prawda?

— Miaaaaaaa. — Wydarł się, podbiegając do człowieka i siadając przed nim. Zawiesił na nim spojrzenie ogromnych oczu, które wpatrywały się w niego uważnie.

Aż mu się cieplej na sercu robiło, kiedy po wejściu do pokoju pierwszą rzeczą, jaką widział (i słyszał) był mały, puchaty łobuz mknący w jego stronę w podskokach. Że też wcześniej nie wpadł na pomysł, żeby sprawić sobie kota! Zresztą - czy to nie była esencja starokawalerstwa? Zapuszczone mieszkanie, otwarte piwo w lodówce i kot.
- Mam nadzieję, że to nie jest próba odwrócenia mojej uwagi od podrapanej kanapy i zaszczanych butów? - mruknął, unosząc lekko brwi i mierząc kota spojrzeniem, ale długo tego konkursu na gapienie nie wytrzymał: pochylił się, złapał jęczące kocisko i wziął na ręce, układając wygodnie, łapkami do góry.
- Trzeba cię wykąpać, mały brudasie. - oznajmił, wolną ręką drapiąc kota pod brodą i już ruszając z nim do łazienki. Miał cichą nadzieję, że nie skończy cały podrapany i z łazienką zatopioną w wodzie... Ech, marzenia ściętej głowy.
Zamknął za sobą drzwi stopą, posadził kota w wilgotnym wciąż prysznicu i wyciągnął z szafki jakąś szmatkę, którą namoczył i namydlił nieco, po czym podstawił kotu do obwąchania.
- Nic groźnego, widzisz? - jeśli kot nie podjął próby ucieczki, zaczął od czyszczenia mu futerka na plecach.
- Wypadałoby zdjąć tą obrożę na czas mycia, co? - mruknął, sięgając do ozdoby drugą ręką.

Kot, jak to kot. W głębokim poważaniu miał to, co myślał sobie na jego widok człowiek. Widział tylko korzyści, jakie mógł mieć z pozostania w tym domu, przynajmniej na noc. Bo kto wie, kiedy stary kawaler wyrzuci go z domu? Puszysław nie wierzył, żeby mieli ze sobą zostać zbyt długo. No i fakt, że nie mógł się przy nim odzywać był zdecydowanie męczący. Dużo lepiej by było, gdyby trafił mu się jakiś czarodziej. Ale, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Miał szansę na ciepło, jedzenie i kąpiel… Czego mógł chcieć w tej chwili więcej biedny przybłęda?

Podniesiony pozwolił mu się przewrócić na plecy, choć wyraźnie spiął się na kilka sekund w reakcji dość typowej dla kotów. No, nic. Raczej nie chciał mu zrobić niczego złego, prawda? W każdej chwili mógł użyć magii, żeby się bronić. Z mugolem poradzi sobie od tak! Gdy Conrad nazwał go brudasem, w ostatniej chwili powstrzymał się przed powiedzeniem mu, że sam jeszcze przed kilkoma minutami był co najmniej nieświeży.

Postawiony w prysznicu nawet nie zainteresował się tym, żeby powąchać ręcznik. Zapach mydła docierał do jego wrażliwego nosa z daleka, a nie był przecież jakiś głupi by nie wiedzieć, do czego to służyło. Pf! Nagle zaswędziało go ucho, więc rozsiadł się wygodniej i zaczął drapać tylną łapką po jednym z uszu, a potem spojrzał na niego niezadowolony. Nie, zdecydowanie nie podobało mu się to, że człowiek dotykał jego obroży. A gdy tylko dotarły do niego jego słowa, od razu wbił swoje ząbki w rękę swojego wybawiciela dając znać, że obroży się nie zdejmuje.

Darowanemu Kondziowi nie należy zaglądać w zęby, to święta prawda! Szczególnie, że do najprostszych ani najbielszych to one nie należały... Chociaż kto jak kto, ale Puszek był naprawdę ostatnią osobą (stworzeniem?), która powinna go w związku z tym oceniać, naprawdę!
Cóż złego mógł mu zrobić, tak poza tym? Obchodził się z nim jak z jajkiem, niepewny na jaką siłę nacisku może sobie pozwolić względem żywego i tak drobnego stworzenia, delikatność była więc wyraźnie wyczuwalna w każdym geście, z jakim do kota podchodził. Nie było powodu do spinania się. No chyba, że ta wyleniała bestia obawiała się zagłaskania na śmierć - wtedy istniało pewne niebezpieczeństwo.
Zwierzak wyglądał na zaznajomionego z wodą i mydłem, całe szczęście! Conrad wolałby nie skończyć jako żywy drapak z okazji próby wykąpania go...
Syknął cicho, bardziej ze zdziwienia niż faktycznego bólu, kiedy małe igiełki krzywych kłów tej niewdzięcznej bestii wbiły mu się w rękę.
- Przestań się wygłupiać, przecież później dostaniesz ją z powrotem! - ofuknął kota, zupełnie jakby tamten miał zrozumieć co się do niego mówi, jednocześnie przytrzymując go stanowczo za kark i ugryzioną ręką wracając uparcie do rozpinania obroży - Chcesz mieć brudną szyję? Koty z brudną szyją śpią na podłodze. - uświadomił go na wypadek, gdyby ten niewdzięczny gałgan zamierzał go dalej gryźć.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19