Mortis - Czarodzieje 1937

Pełna wersja: Posiadłość główna rodziny Ollivander [Richmond]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3
[Obrazek: 98bgcuz.png]
Adres: Richmond, Londyn, Anglia

Stara posiadłość Ollivanderów zajmowana zwyczajowo przez głowę rodu i jego najbliższych krewnych. Jest to duży budynek okolony ładnie utrzymanym ogrodem, znajdujący się w stosunkowo bogatej części Richmond, niedaleko Tamizy. Obecnie nie jest zamieszkany przez zbyt wiele osób, stary Ollivander ma jednak sporo służby w postaci dobrze traktowanych skrzatów domowych. Stosunkowo niedawno wprowadził się tam ponownie również młodszy brat głowy rodu wraz z żoną i córką, celem udzielenia Oswaldowi pomocy po tym, jak jego dzieci wyprowadziły się ostatecznie, zostawiając staruszka bez opieki. Allyn większość czasu spędza w swoim zakładzie na Pokątnej, podczas gdy jego żona, Meridiana, zajmuje się pilnowaniem, by posesja była utrzymywana w odpowiednim stanie.

Właściciel: Oswald Ollivander [NPC]
Mieszkańcy: Allyn B. Ollivander [NPC], Meridiana Black-Ollivander [NPC], Oswald Ollivander [NPC]

Layton od czasu balu nie wychodził ze swojego pokoju dalej niż własny gabinet, który zamykał na klucz od środka tak, żeby żadna Juliet albo co gorsza, Ophelia, nie weszła z awanturą. Słyszał, jak parę razy próbowały się do niego dostać, ale miał zdecydowanie dość ich pierdolenia. Do tego stopnia, że zabarykadował się w biurze tylko po to, żeby wypełniać papierki, podpisywać ważne dokumenty i myśleć o tym, że z jednej strony powinien się za siebie wstydzić, ale… Nie wstydził się ani trochę. Od zawsze był inny niż oni. Spokojny, wolny od nienawiści i agresji. Pełen był grzechów, pełen przekleństwa, jakie ciążyło nad jego rodziną, ale… Nigdy nie był oprawcą. Nie podobało się to członkom rodziny już od początku, ale póki siedział cicho wszyscy go akceptowali. Pozwalali mu na istnienie, pobłażali mu i traktowali… Jak upośledzonego kotka, którym można było kręcić, jak się chciało. Ojciec przekazał mu tytuł głowy rodu niechętnie, z braku innej możliwości. Lucius nie był jeszcze gotowy, a staruszek umierał – wyjścia nie było. Teraz faktycznie bardzo by się za to wstydził. Tak samo, jak wstydziła się matka, która nawet nie chciała na niego patrzeć.

A on, mimo tego wszystkiego, nie czuł się winny. Bo pierwszy raz w życiu głośno mówił to, co uważał. Kiedy więc dostał list od Ollivandera, poczuł jak coś zaciska mu się na sercu. Morgaine? Co mogło się stać? Miał tylko nadzieję, że nic jej nie jest. Już wolałby chyba opcję z tym, że była nim rozczarowana i postanowiła zniknąć niż gdyby miało się okazać, że coś się stało. Lubił ją. W jakiś dziwny sposób, tak właśnie było. Zawsze była dla niego miła, znał ją jeszcze z czasów kiedy sam był zwykłym szczeniakiem po Hogwarcie i przychodził na lekcje do Ollivandera. Nigdy nie dotarło do niego, że dziewczyna się w nim po prostu kocha, a oświadczyny wydawały mu się najlepszą decyzją, jaką mógł podjąć ktoś, kto miał niebawem zostać głową rodu. Ślub zaplanowany był na grudzień, ale ze względu na termin porodu Ophelii zmieniono go na koniec stycznia. Czy jednak trzeba będzie to wszystko odwoływać?

Zjawił się w posiadłości najszybciej, jak tylko mógł. Potarł dłonią nadal poobijany policzek i jęknął w duszy mając nadzieję, że chociaż stary Ollivander na niego nie napluje. Sam nie wiedział, czemu go tak wtedy poniosło.

Drzwi do domostwa Ollivanderów otworzył mu skrzat o sterczących na wszystkie strony, siwych włosach, który następnie zaprowadził gościa na piętro, do gabinetu zajmowanego przez głowę rodziny. Stary Oswald o pomarszczonej i teraz dodatkowo jeszcze zaznaczonej śladami zmartwienia twarzy, czekał już na Lestrange'a w swoim fotelu.
- Layton, mój drogi, siadaj, proszę. - odezwał się od razu, zapraszając go gestem na miejsce po drugiej stronie swojego ciężkiego biurka.
- Wybacz, że wyciągam cię z domu w trakcie świąt... Ale biorąc pod uwagę naglące terminy, nie miałem za bardzo wyjścia. - westchnął i potarł palcami skronie, wyraźnie zmęczony.
- Jakkolwiek wstyd mi to przyznać, obawiam się, że trzeba będzie odwołać twój ślub z Morgaine. - dodał w końcu, kiedy Layton posadził już tyłek zgodnie z poleceniem.

Layton spodziewał się już tak naprawdę wszystkiego. Wprowadzony do środka, zajął wskazane miejsce i spojrzał na pana Ollivandera, który nie wyglądał najlepiej. Lestrange aż chciał go pocieszyć jakimś słowem, ale żadnego w sumie nie umiał wymyślić. Westchnął tylko, słuchając jego słów i zaczął zastanawiać się… Czemu? Czy jego zachowanie na balu się do tego przyczyniło? A może Morgaine się rozmyśliła? Nie wiedział i w sumie nie był pewien, czy chce się dowiedzieć. Ale wyglądało na to, że musiał przyjąć to na klatę.

— Z Morgaine wszystko w porządku? — Zapytał tylko, nie będąc zbyt zaskoczony tym wszystkim.

Czy z Morgaine wszystko w porządku? Cóż, z głową na pewno nie... Ale jej ojciec darował sobie mówienie o tym Lestrenge'owi. Mimo wszystko byłą jego córką, nawet jeśli przy okazji robiła swoim zachowaniem potworny wstyd całej rodzinie. Najmłodsza córka głowy rodu uciekająca sprzed ślubnego kobierca - pięknie, nie ma co. Znajomi będą plotkować o nich do końca świata i jeden dzień dłużej.
- Sądzę, że tak. - odparł po chwili wahania.
- Zawsze była dość... Problematyczna. Sądziłem, że wiek i pobyt w odosobnieniu dobrze jej zrobią i wybiją z głowy te wszystkie szaleństwa raz na zawsze, ale najwyraźniej sporo się przeliczyłem. - westchnął ciężko.
- Uciekła z domu. Zostawiła tylko krótką notatkę o tym, że nie jest gotowa na takie ograniczenia, chce zobaczyć świat i inne, tego typu nierozsądne bzdury. - pokręcił głową z dezaprobatą.
- Nie wiem gdzie popełniliśmy błąd. - dodał trochę smętnie. Starsze dzieci wyszły im z żoną w miarę przyzwoicie, a ona?  Może za bardzo ją rozpieścili i to przez to teraz musiał świecić przed Laytonem oczami?
- Mam nadzieję, że mimo wszystko nie uznasz tego za próbę obrażenia ciebie, ani Lestrange'ów ogólnie. - dodał zaraz - Pomimo tych nieprzyjemnych... niedogodności, niczego nie życzyłbym sobie bardziej, niż żebyś został wreszcie oficjalnie członkiem naszej rodziny.

Layton znał Morgaine z zupełnie innej strony. Przy nim zawsze była miłą, grzeczną dziewczynką. Czy cały czas go oszukiwała? Czy pozwalała mu myśleć, że jest porządną panną, którą mógłby wziąć za żonę bez wstydu? Cóż, może lepiej, że nie wiedział o jej wszystkich wybrykach. Że nic mu nie mówiła, że żadne plotki do niego nie dotarły. Wciąż pamiętał ją jeszcze z czasów, gdy sam uczył się od Ollivandera sekretów runicznych zapisów na różdżkach a potem i samego różdżkarstwa. Ich relacja nigdy nie była jakaś głęboka, znał ją i lubił z nią czasem zamienić kilka zdań. A później ich drogi się rozeszły na wiele lat – on wyjechał, ona zniknęła. I do tej pory nie wytłumaczyła mu, co się z nią stało. Wrócili do Londynu w podobnym czasie i żadne nie spowiadało się drugiemu z grzechów, jakie zdążyli przez tych kilka lat popełnić.

— Problematyczna? — Zapytał cicho, lekko zdziwiony. Widać było, że najzwyczajniej w świecie nie miał o niczym pojęcia. Jedyne, co do niego dotarło to to, że Morgaine odwaliła coś dziwnego, zniknęła i tyle byłoby ze ślubu, który miał się odbyć… W najbliższym czasie. Najwidoczniej nie było mu to w ogóle pisane. Oświadczył się z poczucia obowiązku, trochę po złości na Ophelię i jej zaręczyny z Averym. Później przekładali ten ślub, a teraz… Teraz mieli go całkowicie odwołać. Lestrange miał wrażenie, że ostatni rok zadrwił z niego bardziej, niż całe dotychczasowe życie. Layton, głowa rodu Lestrange, Obrońca szlam, Pośmiewisko stulecia. Już nawet nie miał siły się tym przejmować.

— Nic nie da się na to poradzić. To nie wasza wina. — Odpowiedział zdecydowanie za spokojnie, jak na całą tę sytuację. Czyżby po balu znów wrócił do bycia sobą? A może to kolejny przejaw jego szaleństwa. — Najwidoczniej nic nie da się na to poradzić. — Westchnął tylko i uśmiechnął się pocieszająco do staruszka. Zawsze go lubił i bycie częścią tej rodziny wydawało mu się… Dość przyjemne. Na pewno przyjemniejsze niż bycie Lestrange.

Ollivander wykonał gest będący połączeniem skinięcia krótko głową, westchnięcia i wzruszenia ramionami.
- Po tym jak wyjechałeś, za dużo czasu spędzała na rzeczach, które nie przystają przyzwoitej pannie, niestety. Sądziłem, że pobyt w klasztorze wyprostuje jej poglądy na życie, oderwie od szaleństw i przestanie sprowadzać wstyd na rodzinę, ale wygląda na to, że nic z tego. Zawsze miała jakiś niezdrowy pociąg do miejsc i ludzi, z którymi nie powinna mieć nic wspólnego, nieszczęsne dziecko. - odparł, choć wyraźnie ciężko było mu mówić podobne rzeczy o własnej córce. Nawet jeśli sam żelazną ręką próbował te jej wybryki ukrócać.
- Cóż... W zasadzie dałoby się. Poradzić coś, mam na myśli. - odparł starszy pan po chwili, przyglądając się Laytonowi z pewną nadzieją przesiąkającą przez zmęczenie, w jakie wpędziła go swoim zachowaniem Morgaine.
- Jak pewnie wiesz, nie mam więcej dzieci w... odpowiednim wieku, ale mój brat, Allyn, ma córkę, której nie zdecydował się jeszcze zaręczyć. - zamilkł na moment, obserwując wciąż Lestrange'a - Zdaję sobie sprawę, że to dość niespodziewana propozycja, szczególnie, że zdawałeś się dobrze dogadywać z Morgaine i oczywiście zrozumiem brak zainteresowania z twojej strony, ale byłbym wdzięczny za choć przemyślenie jej. - dodał.
Wydawanie młodych dziewcząt za mąż w szlacheckich rodzinach nie było niczym nadzwyczajnym, więc i Ollivander najwyraźniej nie widział w podobnym ustawionym małżeństwie niczego problematycznego.

Layton spojrzał na Ollivandera, nawet nie próbując ukrywać zaskoczenia. No proszę, tylu rzeczy nie wiedział o, jakby nie było, swojej narzeczonej! Najwidoczniej nie było szans na to, żeby biedny Lestrange miał kiedykolwiek odetchnąć. Zaznanie spokoju było dla niego jak widać nieosiągalne. Pokiwał tylko głową na znak tego, że zrozumiał każde słowo staruszka i westchnął cicho. Co ta Morgaine wyprawiała? Niby był ostatnią osobą do tego, żeby kogokolwiek oceniać i pouczać, ale… Przecież mogła mu zwyczajnie powiedzieć, że nie jest gotowa na ślub. Że wcale go nie chce. Przełknąłby to jakoś i tyle, bo aż tak nie zależało mu na tym… Och, czy to właściwie nie była jego wina? Bo wcale mu na tym ślubie nie zależało? Fakt faktem dość mocno liczył na swój happy end z Morgaine, gdzieś z daleka od całego zamieszania, ale… Jak widać Morgaine chciała czegoś zupełnie innego.

— Morgaine była dla mnie zawsze, jakkolwiek głupio to w tej chwili zabrzmi, trochę jak młodsza siostra. Znaliśmy się od dawna i małżeństwo z nią wydawało się być po prostu właściwie. Niczego innego nie pragnąłem, jak spokojnego życia razem z nią, ale najwidoczniej ona pragnie czegoś bardziej… Spektakularnego. Być może to lepiej, że uciekła przed ślubem, a nie po nim. — Zaśmiał się nerwowo, słysząc propozycję kolejnej panny na wydaniu. — Politycznie to byłoby chyba najlepsze rozwiązanie. W normalnych okolicznościach powiedziałbym, że muszę to porządnie przemyśleć, ale… Wszystko ostatnio leci na łeb na szyję, a ja zostałem z tym w pewnym stopniu sam. Ożenienie się jest jedną z tych rzeczy, które muszę zrobić w przeciągu najbliższych kilku lat, jakby nie było. A teraz w dodatku wszyscy patrzą mi na ręce jeszcze bardziej, niż przed śmiercią ojca.

Cóż, Morgaine najwyraźniej nie marzyła jednak o ustabilizowaniu swojego szalonego życia i wyjściu za człowieka, któremu nawet nieszczególnie na niej zależało - kto by pomyślał? Może gdyby była pokorniejsza, po prostu posłuchałaby ojca i wyszła za mąż z obowiązku, ale nie było się co oszukiwać: nie była. I dlatego zniknęła, kiedy tylko pojawiła się ku temu okazja.
- Gdyby zdecydowała się uciec po ślubie, kłopot na pewno byłby większy. - zgodził się staruszek, kiwając mało entuzjastycznie głową. To by dopiero był wstyd! Jak on by się przed znajomymi pokazał w takiej sytuacji?
Milczał przez chwilę, po czym skinął głową.
- Zajmowanie się rodziną nie jest proste, a i obecny klimat polityczny niczego nie ułatwia. - przyznał, bo jakby nie patrzeć, sam doskonale wiedział te rzeczy z własnego doświadczenia - Znamy się nie od wczoraj, społeczność czarodziejska potrzebuje więcej takich młodych ludzi jak ty. - podniósł się z fotela, obszedł stół i wyciągnął do Laytona rękę.
- A małżeństwo będzie do tego doskonałym pierwszym krokiem. - uścisnął mu dłoń i klepnął Lestrange'a w ramię wolną ręką.

Cóż, ucieczka przed ceremonią była przynajmniej mniej kłopotliwa, niż taka podczas niej albo po. Gdyby zwiała mu sprzed ołtarza, pewnie czułby się jeszcze gorzej a tak… A tak przynajmniej mógł to na spokojnie przecierpieć, zanim będzie musiał powiadomić gości o tym, że ślubu jednak nie będzie. Dała mu możliwość wytłumaczenia tego tak, jak tylko chciał. Tyle szczęścia w nieszczęściu. Chociaż, czy to właściwie było nieszczęście? To, co powiedział mu papa Ollivander tylko świadczyło o tym, że tak naprawdę nie znał kobiety, z którą planował spędzić resztę życia. Może tak było lepiej? Dla obojga? Ona mogła być wolna i robić swoje frywolne rzeczy, a on…

On mógł ożenić się z kimś innym. Kimś, kto tak samo, jak on będzie chciał spokojnego życia rodzinnego… Cóż, tak daleko nie powinien się zagalopowywać. Co, jeśli ta cała kuzynka Morgaine wcale nie była od niej inna? Trochę się tego obawiał. Właściwie, nie zapytał nawet kto to. Zbyt zszokowany tym, co go ostatnio spotykało godził się po prostu na wszystko, co gotował mu los. Podniósł się i zacisnął dłoń Ollivandera, uśmiechając niepewnie pod nosem. Nie do końca się z nim zgadzał – nie był wcale taki potrzebny tej społeczności. Chociaż musiał przyznać, że było w niej zbyt wielu okrutnych ludzi, a na to i on nie chciał się zgodzić.

— Miejmy nadzieję, że kolejna panna młoda ode mnie nie ucieknie. — Zaśmiał się nerwowo. — Właściwie nie przypominam sobie, żeby Morgaine miała jakieś kuzynki w podobnym wieku…

Stron: 1 2 3