Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Posiadłość P. Burke [Barnet]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32

Posiadłość P. Burke


Adres: Totteridge, Barnet, Londyn, Anglia



[Obrazek: eoInyUY.png]

Posiadłość, wzniesiona nie więcej, jak dwadzieścia lat temu, znajduje się na obrzeżach Londynu. Została wybudowana w pewnym oddaleniu od innych zabudowań, dzięki czemu rodzina Burke może cieszyć się prywatnością i spokojem.

Dom jest duży, ozdobny i nieco ekstrawagancki. Otacza go ogród, za którym, tuż od południa, rośnie las. Budynek został podzielony na dwa skrzydła, z których jedno zajmują Philemon i Charlene, a drugie ich dzieci. Nie zabrakło w nim miejsca na przestronny salon, biblioteczkę i gabinet. Podpiwnicze zostało urządzone na laboratorium.


Właściciel: Philemon Burke
Mieszkańcy: Philemon Burke, Charlene Burke, Timothy Burke, Ambrose Burke, Ewan Burke [NPC], Madaleine Burke [NPC]


Nevan nie musiał czekać długo, aby otrzymać list od Pana Burke'a. Niedawno znalazł odrobinę czasu w całotygodniowym planie zajęć, by skorzystać z propozycji Philemona. Na naukę nigdy nie jest za późno. A jemu dodatkowa wiedza się przyda. Zwłaszcza w pracy aurora, a może i on sam oświeci arystokratę kilkoma własnymi zaklęciami. Grunt aby administrator Wizengamotu nie wymyślał zbyt ciążących przysług.
Zjawił się pod wskazanym w liście adresem o wyznaczonej godzinie, spojrzał na ogromną willę jakoś takoś bez zachwytu. Dom jak dom, tyle tylko, że postawienie tego kosztowało sporo, być może nawet i sporo za dużo.
Wdrapał się na werandę, wyciągając z ust peta i spopielając go w palcach, a następnie poprzez zastukanie kołatką oznajmić swoje przybycie.
W wyglądzie Fraser'a niewiele się zmieniło, schludny, prosty garnitur, kraciasta koszula, długi, szary płaszcz i równie szary kapelusz, zaś twarz oczywiście nie ogolona. Nie szedł na salony w celach towarzyskich, tylko załatwiać interesy. Odstąpił na krok od progu rozglądając się po wnętrzu werandy.
Dom był taki, jakim wydawał się na pierwszy rzut oka - duży, ozdobny, elegancki, ale również nieco ekstrawagancki. Philemonowi pasował taki stan rzeczy, reszta rodziny również nie narzekała. Było im wygodnie.
Drzwi Nevanowi otworzył bardzo brzydki skrzat. Ale czy jakikolwiek kiedykolwiek był ładny? Ten, prócz haczykowatego nosa, miał też ogromne uszy, z czego jedno było naderwane. Stworzenie przywitało gościa paroma miłymi słowami i zaprosiło go do środka.
Auror mógł usłyszeć pisk, jak się wydawało, radości. Parę chwil później do obszernego holu wpadła ośmioletnia córka pana Burke, śliczna dziewczynka o rudych lokach. Podbiegła do Nevana.
- Teraz ty gonisz! - Uznała, dotykając go jednym palcem w żebra.
Niedługo po córce prztruchtał również sam Philemon, zupełnie zziajany, ale zadowolony. Najwyraźniej podobała mu się taka zabawa z córką.
- Pan Fraser! - Ucieszył się na widok chłopaka. - To już ta godzina? Pobawi się pan z nami?
Gdy drzwi się otworzyły spojrzał wpierw przed siebie a dopiero po chwili w dół. W pracy aurora chodziło się po różnych domach, gdzie spotykało się skrzaty domowe, lub nie. Skinął głową skrzatowi wchodząc do środka. Wyzbył się przy okazji płaszcza i kapelusza oddając go domowemu pomocnikowi.
Rozejrzał się po wnętrzu przedpokoju, zaś pisk pozwolił mu zlokalizować, gdzie może znajdować się ktoś z mieszkańców. Lecz to się zbliżało, gdy podbiegła do niego ośmioletnia dziewczynka zmierzył ją wzrokiem. Zapewne najmłodsza córka Philemona, o której ten sporo bywał mówić w pracy. Poczta pantoflowa działa widać wszędzie.
Gdy dziewczynka podbiegła do niego i bez żadnych oporów dźgnęła go palcem w żebra cofnął się lekko wzdrygając. Tego się nie spodziewał, dzieci zwykle na jego widok reagowały typowym zawstydzeniem i obawą, nie wyglądał nazbyt przyjaźnie. Jednak jaki ojciec, takie dzieci. Młoda latorośl Philemona zapewne była już odpowiednio skrzywiona, tak jak i jej tatuś.
I o wilku mowa. Tego Nevan się nie spodziewał, zastać pana Burke'a w takich okolicznościach. Odchrząknął jakby chciał oczyścić myśli i przetrawić to co właśnie zobaczył.
- Dobry wieczór. - Mruknął na przywitanie. Pokręcił szybko głową na propozycję Philemona. - Nie, dziękuję.
Spojrzał na dziewczynkę, jakby chciał się upewnić, że ta znów nie spróbuje go dotknąć. Ruszył w stronę gospodarza wyciągając dłoń, by się przywitać.
Skrzat, choć wciąż tam był, przestał istnieć. Nie był zauważalny w świecie pana Burke'a, chyba, że akurat pan Burke czegoś od niego potrzebował.
Dziewczynce zupełnie nie podobało się to, że Nevan przyszedł i zamiast dołączyć do ganianego, psuje zabawę! Skrzyżowała ręce na piersi i wykrzywiła usta w wyrazie niezadowolenia. Doskonale wiedziała, że przez Nevana nie spędzi więcej czasu z ojcem! Strzeż się zemsty ośmiolatki, Nevan!
- Idź do swojego pokoju, kochanie. - Powiedział czule Philemon, podchodząc do córki. Poprawił jej włosy, a następnie zawiązał kokardę ze wstążki, która zaplątana była na paru rudych kosmykach. Kokardka musiała rozwiązać się podczas biegania.
Dziecko nie było szczęśliwe, ale posłusznie zostawiło dorosłych samych.
- Będzie się teraz na mnie obrażać przez cały dzień. - Zaśmiał się Burke, zupełnie rozczulony córką. Uścisnął dłoń gościa.
Można było spodziewać się, że tak naprawdę nie chciał grać w berka z Nevanem. Pytanie mogło być pewnego rodzaju sprawdzianem? Próbą? Kto wie, po jakich torach toczyły się myśli pana Burke?
- Czasem mam wrażenie, że dopiero dorosłem do ojcostwa. Znasz moich najstarszych synów? Valentine i Timothy'ego? - Zerknął na Frasera z ukosa. - Reszta wciąż się uczy. Nie ukończyłeś Durmstrangu, prawda?
Jakby z momentem, w którym Philemon to sobie uzmysłowił, jego opinia o Nevanie zmieniła się na gorsze.
Znikąd pojawił się następny skrzat. Zaoferował obu panom po szklance wody, unosząc tacę nad głowę.
Naburmuszona ośmiolatka nie robiła na nim większego wrażenia, skoro przestała go tykać, to mógł ją bez przeszkód ignorować. Dzieci, to były istoty z którymi miał na prawdę mało do czynienia, czasem się zdarzyło jakieś w domu przesłuchiwanego, albo przy jakimś publicznym zamieszaniu. Ale sam nigdy nie garnął się do kontaktu z nimi, wręcz raczej unikał. Dobrze, że w kwaterze mieli kobiety, one były w tym najlepsze.
Uniósł jedynie ręce w geście bezsilności wobec obrazy kochanej córuni na pana Burke'a. Nic na to nie mógł poradzić, a on sam nie wziąłby udziału w zabawie. Nie. W żadnym wypadku. Nie ma takiej opcji!
- Myślę, że zna pan wiele sposobów aby pokonać jej dąsy. - Mruknął spoglądając na Philemona.
Sięgnął po chwili po zaproponowaną szklankę wody. W końcu w gościach się poczęstunku nie odmawia.
- Jednego z nich poznałem, przy okazji naszego spotkania w sklepie. - Nevan do końca nie wiedział, który z dziedziców Philemona był z nim w sklepie pana Smithiego.
Pokręcił głowo na zadane przez Phila pytanie o Durmstrang. Jego ledwo było stać na naukę w Hogwarcie, a co dopiero na takie ekstrawagancje jak Durmstrang.
- Jak większość wyspiarzy, kończyłem Hogwart. - Zdanie Philemona na temat tego, jaką szkołę się kończyło Nevana akurat niewiele obchodziło. Były lepsze i gorsze miejsca, a najważniejsze, że wyniósł z tej szkoły tyle ile mu do życia było potrzebne. Skoro przeżył tyle lat w zawodzie aurora, musiał sobie nieźle radzić.
Ośmiolatka zostawiła Nevana w spokoju, ale w powietrzu wisiała aura jej złości. A może to tylko zapachy z kuchni? Na obiad będzie pieczyste!
Zabawa w berka nie była taka zła. W pewnym wieku nie przystała, a parę lat później człowiek był już na tyle dorosły, że nie interesowała go opinia innych. Philemon szybko wkroczył w tę fazę swojego życia.
Zaśmiał się serdecznie, gdy usłyszał słowa Frasera. Nie przeszkadzało mu, że auror był nadąsany.
- Ależ oczywiście! Dąsa się tak często, że musiałem opracować sposób. - W jego oczach błysnęły podejrzane iskierki, ale nie ciągnął tematu.
Burke upił łyczek ze swojej szklanki.
- Ach! Tak, Timothy. - Przypomniał sobie. - Timothy również skończył Durmstrang. - Podkreślił, jakby to było najistotniejsze. - Przejdźmy może do mojej pracowni.
Phil poprowadził Nevana schodkami w dół, do pomieszczenia, które mogłoby uchodzić za zwykłe podpiwnicze, gdyby nie ustawione pod ścianami regały z fiolkami i słoikami, w których zdecydowanie nie było przetworów na zimę, oraz stołem ustawionym na środku. Przynajmniej nie było na nim trupa.
Rączka, jak zwykle umieszczona w słoju, zastukała w szybkę brudnym paznokciem. Chciała się przywitać.
Philemon na pewno znał jakieś triki, w końcu wychowywał to rude wcielenie demona, co gorsza, pewnie sporo z niego przejmie. A jako najmłodsze dziecko będzie zapewne terrorystką okolicy, przyszłej szkoły i wszystkiego co wokół niej się pojawi. Pannica już miała spore predyspozycje do stosowania terroru, jeśli czegoś chciała. A co to będzie za kilka lat!
Pogardliwe podejście Philemona do kwestii wykształcenia i ukończonych szkół nieco irytowało Nevana. Eh, ci arystokraci, niech ich szlag jasny trafi. Auror nie dał po sobie poznać, że znaczący ton pana Burke'a robi na nim wrażenie.
- Oczywiście. - Ruszył za panem Burke do jego pracowni.
Gdy weszli do piwnicy rozejrzał się z zaciekawieniem, co tam też Phil trzyma. Pięknie, laboratorium pod domem, w którym jego rodzina mieszkała. Nie ma to jak zbliżać swoje hobby do każdego aspektu swojego życia. Przyjrzał się słoikom i fiolkom ustawionym na regałach, zerknął na stół, który wybitnie wskazywał jakiego typu czynności bywają tutaj dokonywane.
Uwagę aurora zwróciła również i rączka, która zaczęła pukać w słoik. Fraser zerknął zaciekawiony na Philemona.
- Osobliwy pupil, jak mniemam. - Nevan wyciągnął z kieszeni koszuli niezbyt twarzowe okulary. Założył je na nos, spoglądając na pokój na nowo pod kątem poukrywanych rzeczy. Niby zwykłe okulary, w końcu każdy może mieć mniejsze lub większe problemy ze wzrokiem.
W słoikach na regałach czasem można było dojrzeć zupełnie normalne składniki eliksirów, jak choćby muchy siatkoskrzydłe czy szczurze ogonki w formalinie, ale również te mniej codzienne, jak... kawałki szarej, gąbczastej tkanki, w fiolkach na całej długości półki. Kto wie, czym były? Phil póki co nie zamierzał się chwalić.
- Rączka? Ach, tak. Urocza, nieprawdaż? - Burke podszedł do słoika, przechylił go lekko i pozwolił, by odcięta dłoń wydostała się z płynu, w którym była. Otrzepała się szybko, niczym bardzo osobliwy pies, i przeskoczyła na ramię właściciela. Teraz jej ruchy przypominały bardziej pajęcze. Czule pomiziała palcem ucho Philemona. Po pomieszczeniu rozlał się ciężki zapach formaliny.
Okulary aurora nieco Philemona rozbawiły, dopiero po momencie poczuł znajome uczucie, jakby ostrzeżenie. Ach, tak. Wyczucie magii nie zawiodło. Przedmiot, który wyjął Nevan, z pewnością był zaklęty, jednak Burke nie potrafił powiedzieć, w jaki sposób.
- Nie widzi pan dobrze, panie Fraser? - Zapytał, wciąż uprzejmie, a jednak już nieco bardziej sztywno. Machnął różdżką, by zapalić wszystkie świece w pomieszczeniu. - Tak lepiej? Nie ma potrzeby używania okularów. Mogłyby się przez przypadek zbić.
Całe szczęście, w piwnicy nie było nic, co Nevan mógłby dostrzec przez swoje zaczarowane soczewki.
Interesujące, czuł się trochę jak na zajęciach eliksirów w Hogwarcie. Ah, te wspomnienia. Ile razy coś podkradł, albo podmienił nauczycielowi w magazynku. To były ciekawe casy.
- Osobliwa. - Skinął głową patrząc na Rączkę.
Nie nazwał jej specyficzną ani obleśną, gdyż do groteski był przyzwyczajony. Ale na pewno nie nazwałby jej uroczą, czy śliczną. W końcu to czyjaś ręka.
Nevan musiał dobrze grać, że te okulary wcale mu do dobrego widzenia nie są potrzebne. Lecz nic się nie poradzi na wrodzoną ciekawość. W końcu nie przybył tutaj na inwigilowanie pana Burke'a. Dostrzegł, że ten się spiął. Spojrzał na niego pytająco, nie no wcale nic nie knuje. A okulary można było wzmacniać na różne sposoby. Żeby na przykład lepiej widzieć w ciemności!
Gdy Phil zapalił świece auror zmrużył oczy jakby go światło oślepiało. Ściągnął okulary chowając je do kieszeni.
- Tak, zdecydowanie lepiej. Dziękuję. - Skinął głową przecierając oczy dłonią. - Fascynujące miejsce. Zatem, od czego zaczniemy?
Spojrzał na Philemona wyczekująco.
Szkolne czasy Nevana z pewnością byłyby ciekawsze, gdyby uczęszczał do Durmstrangu!
Ręka była czyjaś, w tym przypadku należała już do Philemona. Zawsze przydawała się pomocna dłoń! Nawet, jeśli odcięta, zdolna tylko do tego, by przymilać się i rozchlapywać wszędzie formalinę. Philemon parę razy próbował ją przestudiować, by odkryć co też trzyma ją w tym osobliwym stanie życia-nie-życia - póki co, bez sukcesów. Pozostało mu zaakceptować ją taką, jaką była.
Lekko uniesione brwi Burke'a mogły świadczyć o tym, że ten był zupełnie rozczarowany. Miał takie nadzieje względem Frasera! To smutne, że jednym działaniem można je wszystkie przekreślić.
- Niech pan mi powie, od czego chce zacząć. Może od przeszukania mojego laboratorium? - Pokręcił lekko głową. - Zaprosiłem tu pana w dobrej wierze, panie Fraser. Proszę mnie nie rozczarowywać. Poświęciłem dla pana czas, który mógłbym przeznaczyć dla córki. - Użył ostatecznego argumentu.
Nevan mógł obserwować rączkę z dystansu, ale nie miał ochoty poznawać jej osobiście. Niech siedzi sobie na ramieniu Phila i trzyma się z dala.
Gdy ten spiął się i nie kupił ściemy westchnął cicho. Głupio wyszło, a nie zamierzał wcale doprowadzać do takiego obrotu spraw.
- Proszę wybaczyć, panie Burke. - Skrzywił się spoglądając na Philemona. - To było niestosowne z mojej strony.
Mógłby się tłumaczyć odruchem, wrodzoną ciekawością, gdyż tak było. Ale już wolał się nie pogrążać. Nie chciał kończyć tej znajomości w ten sposób, a zwłaszcza zaprzepaścić taką okazję do poszerzenia wachlarza znanych zaklęć.
Pomimo ciężkiego charakteru Nevana, na obcym terenie, w obcym laboratorium i w obliczu czarodzieja, który był pewnie silniejszy od niego pozostało jedynie podkulić ogon. Miał braki w obejściu z ludźmi i to było wybitnie widać, gdy pewne hamulce nie zaskakiwały na czas, albo w ogóle.
Phil miał wrażenie, jakby miał do czynienia z trochę nieokrzesanym dzieciakiem. Fraser owszem był bardzo trudnym człowiekiem w obejściu i pewnych rzeczy można się było po nim spodziewać. Jak i również aurorskiej dociekliwości.
- Nie rozczaruję pana. Dołożę starań, aby ten incydent nie odcisnął się na naszej znajomości znacząco. Szczerze przepraszam. - Szczerość to była jednocześnie wada i zaleta Frasera, zrozumiał swój błąd i pozostało mu jedynie przeproszenie. Teraz tylko od Philemona zależało, czy ten go wyrzuci za drzwi, czy da jeszcze szansę. Ponoć krnąbrni uczniowie często dobrze poprowadzeni przynosili wiele satysfakcji, gdy dobrze się ich ukierunkowało.
Rączka obserwowała Nevana mimo braku oczu. Philemon oczy miał, wszystkie dwa, i obserwował aurora uważnie.
Nie uśmiechał się. Nie podobało mu się, co wyrabiał Fraser. Nie tak powinien zachowywać się gość w obcym domu. Phil pokazał mu wszystko, co miał do pokazania, a ten to wykorzysta? Zgłosi Ministerstwu tajemniczą piwniczkę pod domem Burke'ów?
Nie było tu nic niewłaściwego, nie w tym momencie. Phil stracił jednak chęć na chwalenie się swoim asortymentem.
- Wyjdźmy na zewnątrz. - Zarządził, nie komentując skruchy aurora. Prawdę mówiąc, średnio jej wierzył. Z drugiej strony, jeśli Nevan był na tyle bezczelny, że próbował szpiegować tuż pod nosem Philemona, sam już nie wiedział, czy ten zasługuje na jakąkolwiek naukę.
Skierował się ku kolejnym krótkim schodkom. Za drewnianymi drzwiczkami rozciągał się niewielki ogród. Na środku było wystarczająco dużo kamienistego pola, by móc tam w spokoju podjąć naukę. Ogród Burke'ów w lato zapewne był uroczym miejscem. Przy szarej angielskiej zimie był raczej przygnębiający.
Przez myśl Frasera nawet nie przeszło, aby informować Ministerstwo o czymkolwiek, co widział w domu pana Burke'a. Po co im ta wiedza? Przy czym auror wiedział o wiele więcej o panu Burke, co by mogło się nie spodobać jego przełożonym. Dziuple przemytnicze w sklepach, których był właścicielem już były sporym ciężarem na sumieniu. Ale aurora nie interesowało likwidowanie takiego procederu, było mu na rękę.
Posłusznie wyszedł za Philemonem do ogrodu nie komentując tego co zaszło już więcej. Po co rozdrapywać i drążyć coś, co wybitnie mogło mu przeszkodzić w poznaniu kilku nowych zaklęć? Nie był idiotą.
Rozejrzał się po ogrodzie,lecz głównie uwagę skupił na niewielkim, kamienistym polu. Zatrzymał się na jego skraju obserwując pana Burke'a i czekając na dalszy etap nauki.
Czy ktokolwiek udowodni Philemonowi, że wiedział o przemycie dziejącym się w jego lokalach? Przecież on tylko wynajmował pomieszczenia. Nie miał obowiązku sprawdzać, kto co robi w jego budynkach. Od śledzenia przestępczości były odpowiednie służby.
A zwłoki w posiadłości? Z tego mógłby się nie wyłgać. Poza tym, w swoim domu nie mieszkał sam.
Burke wyciągnął różdżkę. Wahał się jeszcze chwilę.
- Aqum impervio. - Spróbował na siebie rzucić, a w razie potrzeby powtórzył zaklęcie. Nie chciał zmoknąć, gdyby jednak miało się rozpadać. A na deszcz niewątpliwie się zbierało.
- Tu jest jaśniej, czyż nie? Światło dnia lepiej robi na oczy niż sztuczne ogniki świec. - Odezwał się. - Czego pan ode mnie oczekuje, panie Fraser?

!3k20
Stron: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32