Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: You look perfect tonight | Laura i Phobos
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2

1 maja 1937, pokój wspólny Gryfonów, późny wieczór



Laurę często można było spotkać przy kominku z książką, zwłaszcza gdy reszta domu już spała, a pokój wspólny był pusty. Tym razem jednak choć trzymała na kolanach kota, a na kocie książkę, nie czytała. Wpatrywała się w ogień mimo łzawiących oczu, a może właśnie z ich powodu? Tego dnia osiągnęła pełnoletniość i chociaż miała wiele powodów do radości, nie cieszyła się. Było jej zwyczajnie przykro, bo mimo starań, nadal nie wiedziała na czym stoją z Phobosem. A żeby to wszystko szlag trafił, ledwo wyplątała się z jednych problemów sercowych, już wpadła w następne! Tylko gorzej, bo przy Rhysie przynajmniej nie robiła sobie nadziei. Wiele by dała, żeby Phobos w końcu jasno określił czego chce i o co mu chodzi. Żeby przestał ją trzymać w niepewności. Żeby wiedziała, czy ma się starać czy sobie odpuścić. Bo jak na razie zupełnie nie wiedziała co jest grane.
Fakt, że unikał pokoju wspólnego jak najbardziej mógł nie mógł być chyba bardziej oczywisty. Zwłaszcza kiedy tylko zauważył, iż Laura też zmierza w tamtą stronę albo dowiedział się, że jest już w środku. Nie mógł stanąć przed nią twarzą w twarz. Zjebał, zjebał po całości i to wiedział... A przez tę świadomość opanował go bezkresny wstyd. Było mu tak okropnie głupio, iż prędzej wolałby chyba walczyć z rozszalałą mantykorą niż stawić czoła swoim sercowym problemom. Jego sposób radzenia sobie z problemami, nie był idealny. Ba, był wręcz idiotyczny, bo unikanie problemu nie sprawi aby ten zniknął. Tak jednak wydawało się być jakoś łatwiej, prościej... mniej... niezręcznie? Jednak kiedyś musiał przyjść ten moment. Bo co miał spać na korytarzu? Propozycja niezwykle kusząca, zwłaszcza patrząc na to co z czym miał się zmierzyć ale... Nie. Zachowaj chociaż reszt tego, co kiedyś mogłeś nazywać godnością i po prostu tam wejdź. A potem jak najszybciej uciekaj do dormitorium. Zanim cię zobaczy. Taki był plan. I plan poszedł się bujać jak tylko ją zobaczył. Siedzącą tak samą, to było częste ale... czy jej zbierało się na płacz, czy tylko wmawiał sobie to nękany tym cholernym poczuciem winy, po tym jak przez własny kretynizmy wyszło, że zwyczajnie ją olewał. Chociaż część , bardzo duża cześć chłopaka kazała mu spierniczać gdzie pieprz rośnie, ta druga część, mówiąca żeby podejść, może pocieszyć, albo chociaż... PRZEPROSIĆ?! Cokolwiek...
- Lau... Laura? Wszystko... Wszystko w porządku? - zapytał podchodząc powoli. No oczywiście kretynie, wszystko jest w porządku... Tyle, że nie było i to zupełnie twoja wina.
Sposób Phobosa nie był dobry, to fakt, ale Laura nie radziła sobie wcale lepiej. Gdyby tylko miała więcej odwagi, sama by się z nim skonfrontowała. Zmusiłaby go, żeby w końcu z nią porozmawiał, zamiast czekać, aż sam do niej przyjdzie. Odważna pani prefekt, obrończyni słabszych i strażniczka sprawiedliwości przerażona wizją wyciągania jakichkolwiek wyznań z Malfoya. Jakby to ujął Colin: żałosne. Oczywiście on nigdy by tak o Laurze nie powiedział, ale ona sama o sobie mogła.
Słysząc głos chłopaka zamrugała zaskoczona, a zebrane w oczach łzy spadły na policzki, spływając po nich, by w końcu skapnąć na książkę. Cudownie, Dorren, jeszcze się popłacz jak pierwszoroczna.
- T-tak. W porządku - odparła, ocierając szybko twarz rękawem. Oczywiście było to kłamstwo, mało co było w porządku. Nie wszystko było winą Phobosa, ale znaczna większość owszem. Pytanie jak długo zdołają tak się oszukiwać i krążyć wokół siebie wzajemnie.
Cóż czasem serce może ci pęknąć na tysiąc kawałków z różnych powodów. A widok kogoś na kim ci w sumie dość mocno zależy może do takich powodów należeć, zwłaszcza, że prawdopodobnie była to twoja wina. Westchnął cicho próbując zebrać w sobie odpowiednią ilość odwagi, którą powinien mieć, w końcu należał do Gryffindoru, prawda? Mimo to jednak miał najbardziej teraz ochotę wziąć i uciec jak najdalej stąd, zapaść się pod ziemię i nigdy nie wyłazić.
- Wiesz, jeżeli nieustraszona Laura Dorren płacze, to chyba jednak nie wszystko jest w takim porządku w jakim powinno być... - powiedział stojąc nad nią zastanawiając się czy powinien przysiąść i tak jak teraz, próbować ciągnąć dalej tę rozmowę, czy może pójść w pieruny. No dalej... Dalej wygarnij mu jakim młotkiem jest. Przecież zasłużył.
I tak się kręcili w kółko, próbując zebrać się na odwagę. W końcu jednak któreś musiało nie wytrzymać i spróbować ustalić na czym stoją. Padło na Laurę, najwyraźniej to ona była w tej relacji smokiem, a Phobos księżniczką siedzącą w wieży. Czy jakoś tak.
- Phobos, co właściwie jest między nami? - spytała wprost, zamykając książkę i odkładając ją. Lux wstał z jej kolan, przeciągnął się i zeskoczył na podłogę, dając Malfoyowi przestrzeń do pogadania z Laurą bez futrzastej obecności kocura. Chłopak mógł teraz bez obaw usiąść na kanapie. Względnie bez obaw.
Obawy wciąż miał, a chociaż zniknięcie przeklętego zwierza jakoś je ostudziło, to zadane pytanie od razu podbiło słupek zmysłu ostrzegającego przed niebezpieczeństwem do maksymalnego poziomu. Phobos czuł się jakby stąpał po jakimś polu gdzie każdy jego nieprzemyślany krok może skończyć się co najmniej urwaniem nogi, a w najgorszym przypadku śmiercią. Duchową i sercową, lecz może też fizyczną. Książką w końcu też na upartego dało się kogoś zabić. Mimo to zdecydował się przysiąść na tej kanapie. Teraz już nie było odwrotu, tę rozmowę, nieważne jak krępującą i potencjalnie niebezpieczną, trzeba było odbyć. Byle tylko Laura nie chciała zionąć ogniem. Chociaż... Wyglądała teraz na zbyt przybitą, żeby się wściekać. Chłopak poczuł kolejne ukłucie sumienia gdzieś w okolicach serduszka.
- Tak... Czysto teoretycznie to... Umm... Wiesz... Jesteśmy... razem? Chociaż... ostatnio tak schrzaniłem dość mocno sprawę, że nie zdziwię się jak będziesz chciała mi przyłożyć... - powiedział, mentalnie szykując się na nadchodzący cios tomikiem w twardych okładkach.
Kiedy Phobos przysiadł jednak na tej kanapie, Laura poczuła delikatny dreszcz i ukłucie w sercu. Nie czuła się tak nigdy, serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie miała mętlik. Bardzo szybko jej jednak przeszło, gdy dotarło do niej, co on właściwie powiedział. Razem? Że oni? Kpił sobie, czy co? Spojrzała na niego z wyrazem szczerego zdziwienia.
- Jesteśmy razem? Jeżeli tak wygląda bycie razem, to ja chyba nie chcę - odparła urażona. Bycie razem to nie unikanie się wzajemnie i udawanie, że wszystko jest dobrze. - Nie chcę, żeby tak to wyglądało. Że się staram, wręcz latam za tobą jak jakaś idiotka, a ty masz to gdzieś. Wiesz, ja... naprawdę się łudziłam, że może coś z tego będzie. Że nie powtórzy się sytuacja z Rhysem, który nawet nie wiedział, że coś do niego czuję i nie chciał wiedzieć. Nie robiłam sobie nadziei, ale to jakoś tak samo wyszło. Ta lekcja OPCM... straciliśmy wtedy punkty, ale przez moment chociaż miałam wrażenie, że może między nami coś być. Że może czujesz się podobnie. A potem z dnia na dzień udowadniałeś, że jest zupełnie inaczej. Ja już po prostu mam tego dość, określ się wreszcie czego chcesz. Bo każdego dnia się zastanawiam, czy mam oczekiwać wzajemności, czy może jednak złamanego serca. I jestem zmęczona tym oczekiwaniem i niepewnością - wyrzuciła z siebie. Postawienie na szczerość zwykle było dobrym rozwiązaniem, oby sprawdziło się też w tym przypadku. Bądźże chodź raz mężczyzną, Phobos, udowodnij, że jesteś Gryfonem, że jesteś księżniczką godną takiego smoka.
Laura wyrzucała z siebie emocje. Wszystkie nagromadzone, żale, nadzieje i niepewności dziewczyny wylewały się na Phobosa jak wiadro pomyj, bo jakkolwiek źle dziewczyna się czuła, to on był za to odpowiedzialnym. I słuchał w milczeniu, chociaż wielokrotnie miał zamiar wtrącić swoje trzy złamane knuty. Rozsądek, którego przez 90% czasu nie słucha tym razem dobitnie nie pozwalał chłopakowi powiedzieć ani słowa. Kiedy Gryfonka kończyła swoją jakże długą wypowiedź chłopak wyglądał jakby miał ochotę się zakopać jeszcze bardziej w kanapę na której siedział. Wydał z siebie przeciągły jęk, zakrywajac twarz dłońmi.
- Tyle że ja nie mam pojęcia jak powinno wyglądać bycie razem. Jeszcze nie tak dawno nie wyobrażałem sobie że mogę być z kimkolwiek... Wiesz tak jakby... Nigdy nie planowałem aż tak długodystansowo. W najśmielszych snach nie liczyłem, że kiedykolwiek powiesz mi "Tak" - zamilkł na chwile opuszczając dłonie w dół i zerkając na nią kątem oka - Wiec kiedy w końcu powiedziałaś, to... Zorientowałem się że za cholerę nie wiem co dalej...
Phobos zaśmiał się, chociaż jego głos załamał mu się gdzieś w pół.
- Oto ja, Phobos Malfoy, nieporadny romantyk bez ani krzty pojecia o romantyźmie. Czy to nie żałosne? - zapytał się bardziej siebie niż Laury, podnosząc wzrok pod sufit.
Jeszcze nic nie wylewała, dopiero mogła. Na razie tylko starała się zrozumieć dlaczego chłopak zachowywał się w taki sposób. Dawał jej nadzieję, a potem się wycofywał. O co mogło mu chodzić? Tego właśnie starała się dowiedzieć.
No i się dowiedziała. Pozostało tylko jakoś to rozwiązać. Laura westchnęła, również nie będąc w stanie spojrzeć Phobosowi w twarz.
- Wiesz, jak by nie patrzeć, to ja cię zaprosiłam w walentynki na tę... r-randkę. I to ja cię zaprosiłam na Bal Wiosenny... Sądziłam, że to coś znaczyło. Nie wiem jak i kiedy, ale pewnego dnia po prostu przestałeś być taki niemożliwie irytujący. Wtedy w skrzydle szpitalnym, jak się pobiłeś... naprawdę mnie to przestraszyło, że coś ci się stało - przyznała. Głęboki wdech, długi wydech. Jakoś to się rozwiąże.
- Ja też nie mam pojęcia co dalej. Już nawet abstrahując od tego, że w ogóle nasz związek jest pozbawiony przyszłości, skoro i tak ożenisz się kiedyś z panną wybraną ci przez rodziców - westchnęła. - Ale gdyby nie to... och, jesteś fatalnym przyjacielem, beznadziejnym romantykiem i generalnie idiotą... ale moim idiotą - zdołała podnieść wzrok i uśmiechnąć się lekko, a w jej oczach błyszczało ciepło i jakaś taka miękkość. - Chcę tego czy nie, zakochałam się. Tak po prostu i zwyczajnie cię kocham, ze wszystkimi twoimi wadami i ogólną beznadziejnością - wyznała. Zdecydowanie byli siebie warci. Malfoyowi brakowało jeszcze tylko tego jego cwaniackiego uśmiechu, a Laura tym razem wiedziałaby co z nim zrobić.
Wgapiał się w ten sufit, jakby miał mu się tam zaraz sam Merlin objawić i podać jakieś sensowne oraz korzystne rozwiązanie wszystkich jego problemów. No ale niestety, to jest życie... A życie nigdy nie było łatwe. Na wzmiankę o jego małym incydencie, na skutek którego wylądował w Skrzydle Szpitalnym, jedynie prychnął i przewrócił oczami, nieco się czerwieniąc. Nie musiała się o niego martwić, przecież nic takiego się nie stało, poradziłby sobie... No dobra, nie poradził, ale wszystko było ok, prawda? Trochę było mu wstyd, że tak to się skończyło i wyszedł z tego z kolejnym idiotycznym wyczynie na koncie, którego Laura była świadkiem. Jak tutaj zaimponować dziewczynie, kiedy ogólnie najczęściej za swoje genialne pomysły dostajesz sowity opierdziel albo wręcz wpierdol. Ale blondynka ciągnęła dalej, poruszając temat, jaki Malfoyowi wcale nie odpowiadał, a z każdym kolejnym słowem Gryfonki jedynie marszczył mocniej brwi, by ostatecznie oderwać w końcu wzrok od tego, zachwycającego sufitu i spojrzeć na tą która skradła jego serce, a w jego oczach błyszczała dezaprobata.
- Nie jestem wieszczem... Przyszłość jest jeszcze dość odległa i nie chcę o niej myśleć... - powiedział wymijająco ujmując delikatnie dłoń Laury, nie chcąc... Nie chcąc przyznawać jej racji. Bo czy potrafiłby się sprzeciwić rodzicom, aż tak dobitnie? Ojcu... może... Gdyby odpowiednio mocno się zirytował. Ale jego matka? Dostałaby wtedy zawału, z pewnością, a tego Phobos absolutnie nie chciał. Dlatego póki mógł zamierzał tańczyć dookoła tematu jego przyszłej żony. Może żadnej nie będzie miał?
- Ach więc jestem idiotą, tak? Cóż, wiesz ponoć nieszczęścia chodzą parami - powiedział uśmiechając się psotnie, tak jak to zwykle miał w zwyczaju, bo był szczęśliwy. To co teraz od niej usłyszał rozgrzało go od środka, wypuszczając tego wrednego cwaniaka z klatki. Chłopak dźgnął Gryfonkę wolną ręką w bok, przechylając lekko głowę na bok.
- I tym właśnie jesteś. Moim kochanym nieszczęściem do pary. Nic dziwnego, że się zakochałaś. Kto mógłby się oprzeć takiemu beznadziejnemu romantykowi jak ja?
Doprawdy zaskakujące było, jak bardzo Phobos nie wyciągał wniosków z absolutnie niczego, jeśli sądził, że musi imponować Laurze. Już od dawna powinien wiedzieć, że jej ciężko było zaimponować, jeśli nie miało się smoka. Jeśli zaś o przyszłość chodziło, to z jednej strony miał rację, nie dało się przewidzieć co będzie za kilka lat, ale z drugiej strony wieczne unikanie tematu też nie było dobrym wyjściem. Kiedyś będą musieli się zastanowić co dalej. To jednak nie był ten czas.
- Jak widać jesteśmy żywym przykładem na to, że taka jest prawda. Nieszczęścia chodzą parami - zgodziła się z uśmiechem.
Och tak, na ten uśmiech tylko czekała. Zdecydowanym ruchem chwyciła chłopaka za kołnierz i przyciągnęła do siebie, przywierając ustami do jego ust. Trwała tak przez chwilę zanim go wypuściła i odsunęła się zarumieniona.
- Od dawna chciałam to zrobić.
Lepiej, żeby nikt, mu tego nie uświadamiał bo dla Laury to byłby w stanie siąść na dupie i wymyślić jak tego smoka zdobyć, chociażby miał kminić do usranej śmierci. Nie chciał myśleć o przyszłości, że kiedyś stanie przed wyborem kogo poślubić i ta piękna urocza blondynka niestety nie będzie jednym z możliwych wyborów, no przynajmniej nie dla niego. On wcale nie zamierzał unikać wiecznie tego tematu. On po prostu sobie robił nieokreśloną czasowo przerwę, od tego kłopotu. Trochę można powiedzieć go zatkało, bo... no nie spodziewał się tego ruchu ze strony Gryfonki, więc wyraz jego twarzy był dość głupi. Przynajmniej przez chwilę. Bo zaraz znowu cwaniacko się uśmiechnął, łapiąc Laurę i przyciągając ją do siebie.
- Wredna złodziejka. Oddawaj co zabrałaś, przecież nie ładnie jest okradać innych - A zaraz potem sam skradł jej pocałunek, myśląc w duchu, że uroczo wygląda taka zarumieniona.
Gdyby tylko spróbował, zostałby bardzo szybko ustawiony do pionu. Laura w życiu by mu nie pozwoliła narażać się i szukać smoka. Tym bardziej, że po letnich praktykach, miała już jako taki kontakt z tymi stworzeniami i była zdecydowana iść na staż do Biura Oswajania Smoków, zanim postara się o pracę w hodowli. Więc tego smoka sama sobie mogła załatwić.
Phobow właściwie jako najmłodszy z rodziny, do tego męski potomek, mógł odwlekać decyzję o małżeństwie dłużej, choćby pod pretekstem robienia kariery. Wystarczyło spojrzeć choćby na gwiazdy quidditcha, o których tak nawijał Remus. Wiele z nich wzięło ślub późno, albo jeszcze wcale, mimo bliskiej trzydziestki. Więc i dla Phobosa była nadzieja. Ale to kiedyś, na razie były ważniejsze sprawy.
Zachichotała, odwzajemniając pocałunek i wplatając palce w jasne włosy chłopaka. Nagle poczuła, że tak, to jest dokładnie to, co powinna była zrobić już dawno.
- Wzięłam tylko co moje - zaśmiała się, odsuwając się nieznacznie. Była zakochana, przyznała to przed sobą i przyznała to głośno. W zasadzie nic więcej nie potrzebowała do szczęścia w tej chwili.
Laura z ich dwójki miała w planach bardziej imponującą karierę. Wróć, ona miała zaplanowaną jakąś karierę. Phobos... Phobos jeszcze nie wiedział co ze sobą zrobi. Chciałby podróżować ale, szansa że będzie mógł to swobodnie robić była bliska zeru. Cóż, żyjąc filozofią że kłopoty nie zając, nie uciekną, teraz się tym nie przejmował. Bardziej interesowało go tu i teraz, czyli w tym przypadku pewna cwana złodziejka, która twierdziła, że tylko odbiera swoją własność. Chłopak uniósł jedną brew, przybierając powątpiewającą minę.
- Twoje? Naprawdę? Nie przypominam, żebym się na takie coś zgadał - powiedział, by się z nią poprzekomarzać, chociaż szczerze mówiąc jeszcze trochę a zaczął by mruczeć, tak jak ten jej cholerny kot.
- Ale jeżeli dobrze pamiętam, zgodziłem się towarzyszyć ci podczas balu. I tak jakby wiszę ci taniec, prawda? - Malfoy uśmiechnął się w ten sam sposób co kiedy planował jakąś... Hmm... niezbyt rozsądną rzecz. A po nim przecież wszelakich szalonych pomysłów można się spodziewać.
Jednego Phobos mógł być pewien: z Laurą nie będzie się nudził. Nawet jeżeli postanowi pewnego dnia odciąć się od rodziny, przynajmniej będzie miał ciekawe życie. A że kłopoty nie zając, nie uciekną, to akurat była prawda.
- Och, wcale nie musiałeś - wzruszyła ramionami. I tak wiedziała lepiej co jej się należało. Zresztą to on wcześniej nawalił, powinna coś za to mieć. Choćby i miał mruczeć.
- Może - wzruszyła ramionami. - Bardziej niż na tańcu zależało mi na spędzeniu czasu z tobą. Zwłaszcza kiedy wyglądałam ładnie, a nie tak jak teraz, zwyczajnie, w swetrze od babci Weasley i ogólnie wyglądam okropnie.
Stron: 1 2