Mortis - Czarodzieje 1937

Pełna wersja: You look perfect tonight | Laura i Phobos
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

1 maja 1937, pokój wspólny Gryfonów, późny wieczór



Laurę często można było spotkać przy kominku z książką, zwłaszcza gdy reszta domu już spała, a pokój wspólny był pusty. Tym razem jednak choć trzymała na kolanach kota, a na kocie książkę, nie czytała. Wpatrywała się w ogień mimo łzawiących oczu, a może właśnie z ich powodu? Tego dnia osiągnęła pełnoletniość i chociaż miała wiele powodów do radości, nie cieszyła się. Było jej zwyczajnie przykro, bo mimo starań, nadal nie wiedziała na czym stoją z Phobosem. A żeby to wszystko szlag trafił, ledwo wyplątała się z jednych problemów sercowych, już wpadła w następne! Tylko gorzej, bo przy Rhysie przynajmniej nie robiła sobie nadziei. Wiele by dała, żeby Phobos w końcu jasno określił czego chce i o co mu chodzi. Żeby przestał ją trzymać w niepewności. Żeby wiedziała, czy ma się starać czy sobie odpuścić. Bo jak na razie zupełnie nie wiedziała co jest grane.
Fakt, że unikał pokoju wspólnego jak najbardziej mógł nie mógł być chyba bardziej oczywisty. Zwłaszcza kiedy tylko zauważył, iż Laura też zmierza w tamtą stronę albo dowiedział się, że jest już w środku. Nie mógł stanąć przed nią twarzą w twarz. Zjebał, zjebał po całości i to wiedział... A przez tę świadomość opanował go bezkresny wstyd. Było mu tak okropnie głupio, iż prędzej wolałby chyba walczyć z rozszalałą mantykorą niż stawić czoła swoim sercowym problemom. Jego sposób radzenia sobie z problemami, nie był idealny. Ba, był wręcz idiotyczny, bo unikanie problemu nie sprawi aby ten zniknął. Tak jednak wydawało się być jakoś łatwiej, prościej... mniej... niezręcznie? Jednak kiedyś musiał przyjść ten moment. Bo co miał spać na korytarzu? Propozycja niezwykle kusząca, zwłaszcza patrząc na to co z czym miał się zmierzyć ale... Nie. Zachowaj chociaż reszt tego, co kiedyś mogłeś nazywać godnością i po prostu tam wejdź. A potem jak najszybciej uciekaj do dormitorium. Zanim cię zobaczy. Taki był plan. I plan poszedł się bujać jak tylko ją zobaczył. Siedzącą tak samą, to było częste ale... czy jej zbierało się na płacz, czy tylko wmawiał sobie to nękany tym cholernym poczuciem winy, po tym jak przez własny kretynizmy wyszło, że zwyczajnie ją olewał. Chociaż część , bardzo duża cześć chłopaka kazała mu spierniczać gdzie pieprz rośnie, ta druga część, mówiąca żeby podejść, może pocieszyć, albo chociaż... PRZEPROSIĆ?! Cokolwiek...
- Lau... Laura? Wszystko... Wszystko w porządku? - zapytał podchodząc powoli. No oczywiście kretynie, wszystko jest w porządku... Tyle, że nie było i to zupełnie twoja wina.
Sposób Phobosa nie był dobry, to fakt, ale Laura nie radziła sobie wcale lepiej. Gdyby tylko miała więcej odwagi, sama by się z nim skonfrontowała. Zmusiłaby go, żeby w końcu z nią porozmawiał, zamiast czekać, aż sam do niej przyjdzie. Odważna pani prefekt, obrończyni słabszych i strażniczka sprawiedliwości przerażona wizją wyciągania jakichkolwiek wyznań z Malfoya. Jakby to ujął Colin: żałosne. Oczywiście on nigdy by tak o Laurze nie powiedział, ale ona sama o sobie mogła.
Słysząc głos chłopaka zamrugała zaskoczona, a zebrane w oczach łzy spadły na policzki, spływając po nich, by w końcu skapnąć na książkę. Cudownie, Dorren, jeszcze się popłacz jak pierwszoroczna.
- T-tak. W porządku - odparła, ocierając szybko twarz rękawem. Oczywiście było to kłamstwo, mało co było w porządku. Nie wszystko było winą Phobosa, ale znaczna większość owszem. Pytanie jak długo zdołają tak się oszukiwać i krążyć wokół siebie wzajemnie.
Cóż czasem serce może ci pęknąć na tysiąc kawałków z różnych powodów. A widok kogoś na kim ci w sumie dość mocno zależy może do takich powodów należeć, zwłaszcza, że prawdopodobnie była to twoja wina. Westchnął cicho próbując zebrać w sobie odpowiednią ilość odwagi, którą powinien mieć, w końcu należał do Gryffindoru, prawda? Mimo to jednak miał najbardziej teraz ochotę wziąć i uciec jak najdalej stąd, zapaść się pod ziemię i nigdy nie wyłazić.
- Wiesz, jeżeli nieustraszona Laura Dorren płacze, to chyba jednak nie wszystko jest w takim porządku w jakim powinno być... - powiedział stojąc nad nią zastanawiając się czy powinien przysiąść i tak jak teraz, próbować ciągnąć dalej tę rozmowę, czy może pójść w pieruny. No dalej... Dalej wygarnij mu jakim młotkiem jest. Przecież zasłużył.
I tak się kręcili w kółko, próbując zebrać się na odwagę. W końcu jednak któreś musiało nie wytrzymać i spróbować ustalić na czym stoją. Padło na Laurę, najwyraźniej to ona była w tej relacji smokiem, a Phobos księżniczką siedzącą w wieży. Czy jakoś tak.
- Phobos, co właściwie jest między nami? - spytała wprost, zamykając książkę i odkładając ją. Lux wstał z jej kolan, przeciągnął się i zeskoczył na podłogę, dając Malfoyowi przestrzeń do pogadania z Laurą bez futrzastej obecności kocura. Chłopak mógł teraz bez obaw usiąść na kanapie. Względnie bez obaw.