Mortis - Czarodzieje 1939

Pełna wersja: Stara posiadłość klanu Oda [Japonia]
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2

Stara posiadłość klanu Oda


Adres: niedaleko Nagoi, prefektura Aichi, Japonia, Azja



[Obrazek: xLwPb3A.jpg]

Bardzo stary, tradycyjny dom należący do rodziny Oda od stuleci. Dawniej był siedzibą głowy rodu, od dawna nie nadaje się jednak do zamieszkiwania przez nikogo żywego - nawet służba mieszka osobno, w położonej niedaleko wiosce i dojeżdża do pracy w razie potrzeby. Większość rodziny zamieszkuje posiadłości znajdujące się bliżej centrum Nagoi.

Budynek ma rzadko używany system ogrzewania podłogowego zasilany potężnym, starodawnym piecem, napalaniem w którym nikt nie przejmował się od zamierzchłych czasów. Meble zebrane przez pokolenia stanowią ciekawą mieszkankę stylów, od popularnych w okresie Sengoku poczynając, do prawie nowoczesnych. Dom utrzymany jest w świetnym stanie, co wydaje się absurdalne wszystkim, którzy nie mają pojęcia o jego faktycznym właścicielu.

Wokół budynku rozciąga się dużych rozmiarów, piękny ogród pełen drzew starszych od każdego z ogrodników, którzy się nim zajmują, i to o całe setki lat.


Właściciel: Taira Oda
Mieszkańcy: Taira Oda (podczas pobytów w Japoni)


Nawet jeśli Wielka Brytania miała swoje plusy, dobrze było wrócić do domu. Tairy nie było w Japonii od kwietnia zeszłego roku i choć nie był to z jego perspektywy szczególnie długi okres, to zdążył się już trochę stęsknić za starą posiadłością rodową i ogrodem, który przywitał ich setką barw goszczącej już na Honsiu na dobre jesieni.
Bo tym razem Oda nie wrócił do domu sam - po raz pierwszy od setek lat, jak się nad tym zastanowić.
Był środek nocy i tylko kilka lampionów oświetlało wejście do posiadłości. Pod jego nieobecność służba pojawiała się tam przynajmniej raz na kilka dni, żeby zająć się ogrodem, posprzątać i przeprowadzić wymagane naprawy, których tak wiekowy dom potrzebował praktycznie nieustannie. Taira w teorii mógłby pozbyć się wszystkich tych problemów przy pomocy magii, ale zawsze wydawało mu się, że tak jest po prostu... Sam nie wiedział - lepiej? Zatrudniał członków tej samej rodziny od pokoleń i w pewnym sensie lubił czuć, że od czasu do czasu pojawiał się w domu ktoś żywy, wprowadzając nieco świeżości do zastałej, dusznej atmosfery nagromadzonej przez cztery wieki.
Przed wyruszeniem z Londynu napisał do swojego zarządcy, by ten zajął się przygotowaniem pokoi. Czasem polecał mu to, gdy odwiedzał go ktoś z rodziny - szczególnie, kiedy chodziło o uniwersalnie kochaną przez całą służbę panienkę.
Skinął głową na Saszę i pchnął bramę, zapraszając go gestem do ogrodu otaczającego dom. Czas się rozpakować i odpocząć po podróży.

Od zawsze chciał podróżować, co z pewnością odziedziczył po wiecznie nieobecnym ojcu. Stan zdrowia jednak nigdy mu na to nie pozwalał, a przeprowadzka z Rumunii do Wielkiej Brytanii była szcxytem szaleństwa i tego, na co mu pozwolono. Potem jednak przyszła śmierć, która w normalnych okolicznościach zabrałaby mu marzenia już na zawsze. Ale... No właśnie, było dość wielkie „ale” w tej sytuacji – uratował go Oda, zmieniając w stworzenie kroczące jedynie nocą. I chociaż dla jednych byłaby to klątwa, dla niego było to wybawienie. Mógł, o ironio, żyć pełnią życia, robić rzeczy, na które zawsze miał ochotę! Dzięki temu właśnie udało mu się dotrzeć do Japonii – kraju, z którego pochodził jego Taira.

Zanim jednak do tego doszło, Sasza spędził miesiące zamknięty w mieszkaniu pod czujnym okiem wampirzego ojca, starając się poskromić bestialskie instynkty, które zawładnęły jego ciałem i umysłem. Nie było to łatwe, nadal nie był mistrzem panowania nad sobą, ale udało mu się dojść do przyzwoitego stanu, w którym nie stanowił zagrożenia dla istot śmiertelnych na każdym kroku. Człapał za Odą, zadowolony z tego, że mogli wreszcie wyjść z pudeł, które nie jednego przyprawiłyby o klaustrofobię i przyglądał się egzotycznie wyglądającej ulicy, tak różnej od wszystkiego, co znał.

Sasza był już wystarczająco "udomowiony", żeby zabrać go gdzieś z Londynu - tak przynajmniej uważał Taira, decydując się na ich wspólną podróż. I to podróż nie byle jaką, bo aż na inny kontynent, położony tysiące mil dalej. Nielicha wycieczka, szczególnie jak na drugą w prawie-życiu!
Japończyk przyglądał się swojemu podopiecznemu przez moment, spoglądając nań przez ramię, zanim obaj weszli wreszcie na teren upstrzonej jesiennymi kolorami posesji.
Taira kroczył dostojnym krokiem niewzruszonego samuraja po długiej, kamiennej ścieżce ciągnącej się aż do stopni prowadzących na taras przed wejściem, kiedy w krzakach nieopodal coś zaszeleściło wyraźnie. Raz, drugi... Oda wydawał się tym zupełnie nie przejmować. Potwory? Dzikie zwierzęta? Obce wampiry?! Kto wie co mogło się tam czaić!

Z nich dwojga to zdecydowanie nie rolą Saszy było decydowanie, czy był już gotowy do tego, by opuścić mieszkanie. Nie mówiąc już o mieście, czy w ogóle kraju. To Oda, zaznajomiony z wampirzymi instynktami dużo bardziej, miał w tej kwestii decydować. I w wielu innych, jakby się nad tym zastanowić. Saszka nie miał problemu w tym, by dostosowywać się do jego decyzji. Chociaż, z drugiej strony, czy wszystko nie było robione tak czy siak pod zachcianki panicza Bătrâna? Był dzieckiem, dużym i nieporadnym, zarówno w kwestii swojego nowego, wampirzego "ja" jak i w kwestii bycia po prostu nierozwiniętym emocjonalnie bachorem. Ale to ostatnie miał zdecydowanie po tacie.

Kroczył za nim odrobinę nieporadnie, przypatrując się wszystkiemu po drodze z lekko rozszerzonymi z wrażenia ustami. Podobało mu się, chociaż czuł, jakby wylądowali w zupełnie innym świecie. Jakby byli w jakimś dziwnym wymiarze, który nie był w niczym podobny do tego, co znał. Wyciągnął dłoń i złapał Odę za rękaw, garbiąc się przy tym trochę, by było mu wygodniej.

Problem był taki, że Oda od bardzo dawna nie miał do czynienia z młodymi wampirami, więc z dużym prawdopodobieństwem albo możliwości Saszy nie doceniał, albo przeceniał właśnie. Jak się nad tym zastanowić, to rzadko kiedy spędzał czas z młodymi ludźmi w ogóle... Pozostawało mieć nadzieję, że nikt przez to nie zginie.
Bătrân złapał go za rękaw i w tej samej chwili z krzaków nieopodal wyskoczył na ścieżkę czarno-biały kot, obrzucając obu mężczyzn uważnym spojrzeniem zwężonych ślepi. Taira zatrzymał się wpół kroku i sięgnął ręką, by dotknąć przedramienia towarzyszącego mu chłopaka, jednocześnie mówiąc coś krótko w obcym dla Saszy narzeczu.
- Mój kot. - wyjaśnił mu przy pomocy równie skromnej ilości słów.
- Jesteś zmęczony? - spytał, zerkając na niego, podczas gdy kot podszedł bliżej, ocierając się o nogi właściciela i uważnie obwąchując obcego. Czasem Japończyk zupełnie zapominał, że teraz nawet najdłuższe podróże nie męczyły już Saszy tak, jak dawniej wycieczka do parku.

Sasza z natury nie był szczególnie niebezpieczny. No, powiedzmy. Nie należał do ludzi o zdrowych zmysłach (ciele też nie, ale na szczęście ten problem został wyeliminowany przez przemianę), a po takich nigdy nie wiadomo było, czego się spodziewać. Nic więc dziwnego, że to i przemiana w krwiożerczą bestię mogły mu zrobić z psychiki jeszcze większy mętlik. Z dnia na dzień jednak wydawało się, że panował nad sobą coraz bardziej. Wiadomym było jednak, że lepiej trzymać się od niego z daleka, jeżeli zamierzało się krwawić. W jakikolwiek sposób.

Widząc nadchodzącego kota przyglądał mu się uważnie – stworzenie było bardzo ładne. Podobało mu się, chociaż przecież nie mógł powiedzieć, że nigdy wcześnie nie widział kota. Bo widział. Nawet sporo. Ale ten był w jakiś sposób podobny do Ody.  A może to po prostu fakt atmosfery, jaką roztaczało wokół siebie to egzotyczne miejsce?

— Nie, czuję się dobrze. Niemal jak nigdy wcześniej.

Sasza był bardzo małą krwiożerczą bestią, w dodatku młodziutką i niezaznajomioną ze światem. Z perspektywy Ody, był jak małe dziecko, które dopiero uczy się stawiać pierwsze kroki. A on był tam po to, żeby nie pozwolić mu się wywrócić i, jak na razie, szło mu całkiem dobrze. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że mógłby kiedykolwiek być dobrym materiałem na ojca, szczególnie takiego wampirzego. Niemniej jednak, Sasza wydawał się nie narzekać na jego opiekę, wyglądało więc na to, że czarnowidztwo w tym zakresie było kolejną z pomyłek Japończyka.
- Możesz ją pogłaskać, jeśli chcesz. Ma na imię Hime. Księżniczka. - wyjaśnił. Nie dodał, że wszystkie jego koty, jakich dorobił się przez wieki, tak się nazywały. Ani tego, że uparcie utrzymywał, że to ten sam kot.
Księżniczka nie wydawała się przejęta tym, że nowy przybysz również nie pachniał zbyt żywo. Widać przyzwyczaiła się do lekko zatęchłego stanu, jaki prezentował sobą jej właściciel. Obwąchawszy nogę Bătrâna, kichnęła cicho i otarła mu się o łydkę, owijając ogon zabawnie.
Taira przez chwilę obserwował chłopaka uważnie, by ostatecznie skinąć głową.
- Dobrze. - ocenił sytuację - Za kilka nocy pojedziemy do Kioto. Trzeba przedstawić cię rodzinie.

Sasza był wpatrzony w Odę jeszcze za życia, nic więc dziwnego, że nawet po przemianie to właśnie on był jego przewodnikiem. Jego wampirzym ojcem, towarzyszem życia i osobą, bez której z pewnością by oszalał. Tak, jak wtedy, kiedy myślał, że ojciec umarł i z desperacji poszedł rozkopać jego grób... Podobnie byłoby, gdyby Oda zniknął, gdyby coś mu się stało. Gdyby Sasza w tej chwili został bez opieki tego egzotycznego mężczyzny... Z pewnością nie byłoby to dobre ani dla niego, ani dla otaczającego go świata. Teraz nie był już słabym, chorym chłopcem. Teraz był niebezpieczną kreaturą, która zachowywała się przyzwoicie, bo była pod dobrą opieką.

— Hi... Hime? — Powtórzył niepewnie. Oda od jakiegoś czasu uczył go prostych zwrotów po japońsku, szczególnie że wiedzieli, że się tu wybiorą, ale nadal ni ebył najlepszy. Prawdę mówiąc, był dość słaby. Niemal tak samo, jak w angielskim. Nic dziwnego, skoro większość czasu i tak mówił tylko po rosyjsku, ewentualnie rumuńsku.

— Jest śliczna. —  Powiedział, głaskając kota i po chwili siadając obok niego na ziemi tak, by było mu łatwiej się z nim miziać. — Przypomina mi ciebie.

W przypadku Ody rozkopywanie grobu byłoby dość bezcelowe, ale zawsze mógł mu się wpakować do trumny, jeśli chciał. Poza tym teraz Sasza przynajmniej miałby siłę, żeby podnieść szpadel i nie leżeć później miesiąc w łóżku, nie mogąc się ruszyć - ot, plusy nieśmiertelności. Oda też nigdy nie nazwałby go "kreaturą", ale to po części dlatego, że rzadko używał podobnego słownictwa w ogóle i część słownika wypadła mu już z głowy przez ostatnie wieki.
Skinął głową. Był zadowolony z postępów swojego podopiecznego, zarówno jeśli chodziło o panowanie nad sobą, jak również naukę japońskiego. Chociaż na to drugie, Sasza miał akurat trochę więcej czasu. Całe wieki.
Nie pochwalał siadania na ziemi na środku ścieżki w ogródku, ale tym razem do nie strofował, tylko podszedł i korzystając z tej rzadkiej chwili, gdy był wyższy, przeczesał ozdobionymi długimi, czarnymi pazurami palcami jasne włosy Bătrâna.
- Nigdy nie myślałem, że jesteśmy podobni. Nie z wyglądu. - przyznał, bawiąc się dalej w przeplatanie blond pasemek między palcami.
- Poznasz księcia tych ziem, członków rodziny. - dodał spokojnie, bo nie obawiał się tego spotkania szczególnie. Nigdy nie miał dzieci, chociaż z racji wieku pozwolono mu na jednego potomka. Jedyne co niepokoiło go nieco to to, że Sasza mógłby poczuć się obco wśród grona azjatyckich istot.

Bătrân nie był ani trochę poliglotą, a nauka języków była dla niego szczególnie ciężka. Mimo to starał się, bo chciał znać ojczystą mowę Ody. Poznawał pojedyncze zdania i słowa, któych nauka sama w sobie nie była może najtrudniejsza, ale wymowa... Nie miał bladego pojęcia, jak się to mówiło. A czytanie znaków? Dla niego to jakieś magiczne runy, których znaczenia zwyczajnie nie znał. No, ale czego się nie robiło dla swojego... Wampira?

Przechylił głowę, gdy ten wplótł swoje palce w jego włosy i mruknął zadowolony, niczym kot, prosząc o więcej pieszczot. Faktycznie rzadko kiedy zdarzało się, by to Oda nad nim górował. On sam nie należał może do największych ludzi tego świata (patrz: wujek Giena), ale nie był też niski.

— Czy będę musiał coś mówić? Wolałbym nie, nadal nie umiem wymówić dobry wieczór.

Oda starał się jak mógł, żeby przekazać swojemu podopiecznemu jak najwięcej wiedzy w jak najkrótszym czasie. Tak, żeby mógł cieszyć się swoim nowym życiem w pełni, bez czekania na wszystko kolejne dziesiątki, a może i setki lat. Pamiętał własną frustrację w pierwszych latach nie-życia i chciał jej oszczędzić Bătrânowi, bo chociaż cenił nauki swojego wampirzego ojca, to ten konkretny, jasnowłosy chłopak znaczył dla niego zbyt wiele, by mógł tak po prostu wychowywać go twardą ręką. Nawet, jeśli prawdopodobnie powinien, bo było to słuszną drogą.
A co do wzrostu, to naprawdę nie powinien narzekać. Jeśli chodziło o Japonię i jej standardy, to Sasza był nie tyle nie-niski, co zwyczajnie wysoki. Oda był niski nawet jak na obecną średnią męskiego wzrostu na swoich wyspach, jego rumuński kompan zaś przypominał wyjątkowo dorosną brzozę wciśniętą pomiędzy krzewy. Musieli więc ograniczyć tego typu pieszczoty na te rzadkie chwile, kiedy Saszy zdarzało się siedzieć w jego obecności. Albo leżeć, ewentualnie... Co akurat trafiało się dosyć często, jak się nad tym zastanowić.
- Nie sądzę. Młodzi rzadko odzywają się tu w obecności starszych. - wyjaśnił, przeplatając jasne pasemka między palcami. Ich relacja była akurat mocno nieortodoksyjna, jeśli o japońskie zwyczaje chodziło i dlatego chłopak miał decydujący głos w tak wielu sprawach.

Sasza nie znał się za bardzo na innych kulturach. Ba, swojej włąsnej też nie ogarniał za bardzo. Wychowany z daleka od społęczeństwa, nie wychodzący praktycznie z domu przez ponad dwadzieścia lat chłopaczyna miał nikłe pojęcie o świecie. Całym. Jedyne, co wiedział, to kilka drobiazgów z opowieści ojca, któy po długich wyprawach poświęcał mu wieczór na opowiedzenie o miejscach, jakie odwiedził. Bătrân jednak nigdy nie nauczył się niczego konkretnego, dlatego też (poza niekontrolowaną wampirzą naturą) jego nieświadomość zasad panujących w japońskim społeczeństwie mogła się źle skończyć. Ale... Od czegoś miał Odę, prawda?

— To dobrze. Milczenie wychodzi mi świetnie. — Powiedział, całkiem poważnie i oparł się głową o ciało Japończyka, wzdychając z zadowolenia. Nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, że spotkanie z wampirzą rodziną Tairy może być czymś stresującym. Głównie dlatego, że nie do końca docierało do niego to, jakie mogły być tego wszystkiego konsekwencje. Dużo bardziej stresowało go to, że wymówi to przeklęte dobry wieczór czy dzień dobry bardzo źle. Z drugiej strony, nawet wtedy świat nie padnie.

Tak, od czegoś niewątpliwie miał Odę. Japończyk był zdecydowany nauczyć swojego młodocianego podopiecznego wszystkich zawiłości i wymogów świata, w jakim przyszło mu się teraz poruszać, ale... Nie wszystko na raz, tak? Przeładowanie go informacjami nie mogło skończyć się niczym dobrym, a skoro tak, to może faktycznie lepiej, żeby przynajmniej przez jakiś czas nie odzywał się za dużo w towarzystwie innych członków ich wspólnej rodziny.
Skinął więc głową na jego słowa. Tak będzie lepiej. Niech przyłoży się do nauki zwrotów grzecznościowych, a później przejdą do kolejnych niuansów nieżycia.
- Chodźmy do środka. - odezwał się po chwili, ostatni raz przeczesując chłopakowi włosy swoimi trupiobladymi palcami.
- Pokażę ci kryptę. - dodał, bo jak dotąd nie przyszło mu do głowy, że mogliby spać gdziekolwiek poza jego zimną, kamienną trumną... Chociaż pewnie powinno, prawda? Przez ostatnie miesiące wyjątkowo mało czasu spędził śpiąc w typowych dla siebie warunkach i to wszystko przez Saszę właśnie.

Sasza, jakby się nad tym zastanowić, nigdy nie czuł się zbyt pewnie w obecnośći dużej ilości innych ludzi (i nie ludzi też). Zdecydowanie bardziej odpowiadały mu małe, kameralne grupki, takie jak jego rodzina. A teraz miał poznać zupełnie obce, wychowane w innej kulturze istoty i nie do końca był pewien, czy to się dobrze skończy. Czemu nie mógł być po prostu z Odą? Przy nim nie krępował się bycia sobą. Takim, jakim był.

— Kryptę? — Spytał zdziwiony, podnosząc się z ziemi i idąc za Tairą. Czy on nparawdę myślał, że Bătrân będzie spał w jakiejś trumnie? Saszka lubił wygody, nawet teraz po śmierci nie przestawał korzystać z miękkich poduszek i pachnącej pościeli. Nie był przecież jakimś... trupem, prawda?

Stron: 1 2