Mortis - Czarodzieje 1938

Pełna wersja: Oh boys just wanna have fun | Maximilien & Pierre
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.

17 sierpnia 1927 roku, Paryż, Francja.



Sierpień miał to do siebie, że czas w tym miesiącu wydawał się jakby płynąć wolniej. Szczególnie tutaj, w Paryżu. Większość mieszkańców udawała się wtedy na odpoczynek w okolicę Lazurowego Wybrzeża. Mugole korzystali z ostatnich dni wymarzonego urlopu, a czarodzieje zawsze mieli coś do roboty. Dlatego właśnie ten czas był dla Maximiliena taki magiczny. Mógł spokojnie odgrywać rolę paryżanina, który wiedzie błogie życie wśród francuskiej arystokracji, dobrych trunków i nieustanych, długich spacerów. Lubił zatracić się podczas czytania czy to kolejnych książek naukowych, czy poezji Oscara Wilde’a przesiadując w głębi ogrodu luksemburskiego między drzewami w okolicach oranżerii senackiej. Poczucie radości odnajdywał również przechadzając się wzdłuż Sekwany od strony katedry Notre-Dame w kierunku Pont Royale, gdzie bacznie przyglądał się mugolskim sprzedawcom, oferującym starodawne książki, rzekome pierwsze wydania wielkich autorów, malowidła i wszelkie drobiazgi codziennego użytku. Niekiedy nawet korzystał z tradycyjnych środków transportów i znaleźć go można było w paryskim metrze.

Tego dnia postanowił odłączył się nieco od swojej rodziny i odkryć na własną rękę nowe niespodzianki, które to miasto kryło na każdym kroku. Nie musiał się nawet tłumaczyć, bowiem dziadkowie i tak zajęci byli pracą w szpitalu, a matka zniknęła z samego rana na spotkanie z przyjaciółką z rodziny. Gałąź Delacourów była dla niego bardzo obca i zawiła chyba jeszcze bardziej niż Rowle’ów, więc postanowił nie zgłębiać się w zbędne dla niego szczegóły i wręcz z entuzjazmem przyjął informację o spędzeniu dnia w samotności. Bardzo szybko przeniósł się z rezydencji Delacourów z pobliskim Neuilly-sur-Seine do małego mieszkania w 16. dzielnicy Paryża przy Rue de Passy, które na co dzień zajmowane było przez uroczą parę młodych mugoli, którzy akurat wyjechali do San Sebastian w Kraju Basków i z pewnością nie byli i nie będą świadomi przebywania Maximiliena w ich domu. Wskazówki zegara ściennego znajdującego się w kuchni już prawie wskazywały godzinę siedemnastą, kiedy młody Rowle postanowił, że po krótkiej kąpieli uda się tam, gdzie jeszcze podczas swojego pobytu nie był, a wręcz obowiązkowym dla niego było się tam pokazać chociażby wyłącznie na kieliszek wina lub szampana. Mowa oczywiście o miejscu, w którym lokalni artyści wieczorami tworzyli wielką sztukę, gdzie można było usiąść i ich podziwiać, gdzie cierpkie, ciężkie wino smakowało jak napój bogów, a człowiek przenosił się conajmniej do początku tych wspaniałych lat dwudziestych. Place du Tertre. To była jego mała kraina na Montmartre w tym wielkim mieście. I tak właśnie po krótkiej podróży, wybiegnięciu po kilkudziesięciu schodach w stronę śnieżnobiałej bazyliki, dwóch zakrętach w lewo i jednym w prawo dotarł tam, gdzie chciał być już od dawna, a minęła ledwie godzina, odkąd wyszedł z mieszkania. Usiadł po prawej stronie od wejścia do placu przy stoliku restauracji La Mère Catherine, która słynęła ze swojej długoletniej działalności i już po chwili trzymał w ręce kieliszek czerwonego wina rozkoszując się upragnionym widokiem i ciepłem tego późnego, sierpniowego popołudnia.

Koniec sierpnia zbliżał się leniwymi, lecz nieustępliwymi krokami. W stronę nowego, innego życia.
Pierre Delacour, absolwent przesławnej Akademii Magii Beauxbatons, najlepszej szkoły magicznej na całym świecie, bawił się w najlepsze od dnia zakończenia ostatniego egzaminu do teraz.
Jednak nawet najpiękniejsze chwilę nie trwały wieczne, coraz częściej słyszał chrząknięcia, że pora zabrać się do pracy. Owa praca nie była oczywiście jakimś stanowiskiem gdziekolwiek, w knajpie, księgarni, na budowie. Bycie Delacourem i czarodziejem, stawiało przed Pierrem, drzwi do praktycznie wszystkiego co sobie zażyczył.
Mógłby być politykiem, właścicielem ziemskim, mistrzem magii, nauczycielem, a nawet artystom. Ceną za to było trochę poświęcenia i wylewania miodu właściwym ludziom, we właściwym czasie. I to też robił w tej chwili, udawał się do restauracji w pięknym miejscu, z pięknymi ludźmi, którzy zazwyczaj robili piękne rzeczy.
Idąc po schodach w stronę La Mère Catherine zastanawiał się kogo tam spotka, kto może być użyteczny dla jego rodziny, kogo zaufanie powinien zdobyć, żeby należycie wypełniać swój święty obowiązek. Czy uda mu się oczarować jakiegoś prominentnego rozmówce? Zawsze go martwiło, mimo wrodzonego daru do bycia fascynującym, bał się, że kiedyś zrobi błąd i wszystkie oczy zwrócą się na niego.
Dochodząc do restauracji rozejrzał się od razu, czy nie było tam kogoś nader interesującego. I był ktoś taki, przynajmniej w teorii.
— Rowle?
Spytał z widocznym zdziwieniem i niepewnością w głosie, nie widział go trochę czasu i kojarzył zdecydowanie przez mgłę. W swoim życiu poznał setki różnych czarodziejów, ale według powiedzenia, swój pozna swego. A człowiek, którego zaczepił był swoim, przynajmniej tak myślał młody Delacour.
To był jeden z tych momentów, które Maximilien uwielbiał najbardziej. Mógł wreszcie napić się dobrego wina, które jak na swój młody rocznik było naprawdę wspaniałe, wsłuchiwać się w rozmowy przechodzących turystów i przyglądać się nowopowstającym pracom niezwykłych artystów. Takie popołudnia były dla niego ucieczką od rzeczywistości, bowiem wciąż borykał się z problemami z czasów szkolnych, a presja ze strony rodziców dotycząca podjęcia stażu w londyńskim szpitalu dalej nad nim ciążyła. W tym wszystkim był on sam, a ratunku szukał wśród otaczających go ludzi. Szczęście zdecydowanie się do niego uśmiechnęło, kiedy pijąc już drugi kieliszek usłyszał swoje nazwisko wypowiadane przez przystojnego bruneta, zdecydowanie francuza. Szybkim ruchem podniósł się z krzesła i dokładnie przyjrzał się osobie, która się do niego zwróciła.
— Pierre? — zastygł na chwile, próbując ułożyć wszystkie wątki związane z rodzinnymi spotkaniami w całość — Pierre! A niech mnie, co TY tu robisz? Chodź, siadaj — odwrócił się w stronę małego stolika, który wcześniej zajmował. — Może się napijesz? To świetny Pinot Noir, spodoba Ci się — wskazał na niemalże pusty kieliszek i odsunął krzesło, by zrobić miejsce dla swojego kuzyna.